30 listopada 2009

Pan Adventus już przyszedł...


Pan Adventus nie miał już ochoty przyglądać się temu, co wydawało się być ponad jego siły. Twarz smukła, lekko pomarszczona i oczy zatopione głęboko w bajorze czegoś, co rasa ludzka zwykła określać twarzą. Stał przed lustrem. Prawie że nieruchomo. Bez żadnych metafizycznych przeżyć, przygnieciony widokiem jakże codziennym, z sercem ociężałym, bezrefleksyjnym zupełnie...

Zamknął oczy. Ukrył się w cieniu powiek. Pustka niczym nieskrępowana, panoszyła się nawet w źrenicach. Oczy pana Adventusa już od dawien dawna przestały być zwierciadłem duszy...

- Dusza... - pomyślał. Moja biedna dusza, cokolwiek to znaczy...

Nie, nie był załamany, ani złamany. Nie można też było jego stanu wewnętrznego bezruchu nazwać modnym słówkiem depresja, czy coś w tym rodzaju...

Pan Adventus był, po prostu był, istniał, ograniczony materią,oddychał, w żyłach pulsowała mu krew, nogami dotykał podłogi, dłońmi opierał się o ściany powietrza ruchome jak zawsze.

Czas dla niego nie istniał. Zegary znienawidził już dawno temu. Do przestrzeni zaufania też nie miał. Nawet w łonie swej matki płakał po cichu, przygnieciony faktem, który innych wzruszał a jego żadną miarą, faktem więziennego wręcz stanu zamknięcia. Chciał wyjść na zewnątrz. Tymczasem bezduszna natura skazała go na dziewięć miesięcy pływania w wodach płodowych. Czuł się jak wrak okrętu podwodnego, leżał na dnie, cierpiał, krzyczał, od czasu do czasu kopał nóżką czy coś w tym rodzaju. A jego matka cieszyła się i gładziła brzuch...

Nie znosił tego. Co mnie gładzisz, lepiej mnie wypuść - zdawał się krzyczeć...

A kiedy przyszedł ten dzień i pan Adventus wrzeszcząc z radości (łapiąc powietrze w zakrwawionym noskiem) ujrzał wreszcie światło dzienne - ktoś głupio-mądry strzelił mu klapsa w tyłek i w ten oto sposób pojawiła się w nim pierwsza nienawiść do rodzaju ludzkiego.

Przed lustrem spędzał dużo czasu...

Nie liczył zmarszczek, nie kokietował swojego oblicza, nic z tych codziennych, banalnych rzeczy. W lustrze spotykał kogoś, kogo pojąc w stanie nie był. Przerażało go to w czasach młodości. Teraz był już spokojny. Tak bynajmniej mu się zdawało.

Pan Adventus wchodził w fazę ostatnią.

Umierał...

Powieki, które opadały coraz częściej, niczym stara, zakurzona kotara w równie starym i zakurzonym teatrze, były jego ulubionym narzędziem znikania i nurkowania w głąb siebie.

Zapamiętajcie pana Adventusa...

Przyszedł i przez jakiś czas będzie, choć wcale o to nie prosił...

Zamknijcie oczy. Pan Adventus już przyszedł...

I teologom palama odbija....

Niektórym teologom katolickim na emeryturze czasami albo się nudzi, albo odbija im "przysłowiowa palma". Szczególnie naszym rodzimym "znawcom" teologii, którym do miana wybitnych raczej daleko, od czasu do czasu coś przychodzi do głowy, by na falii utopijnej, bo na wskroś liberalnej sensacji - zaszokować Lud Boży. Udowadnił to czasy ostatnimi nijaki ks. Alfons Skowronek, emerytuwany teolog, potwierdzając równocześnie nadzwyczaj niski poziom refleksji teologicznej w chrześcijańskim kraju nad Wisłą...

Że dziennikarze Gazety Wyborczej piszą, o tym co piszą - nie dziwi nikogo, kto potrafi korzystać ze swoich połaci mózgu - ale że teolog katolicki (i ksiądz w jednej osobie) stawia na łamach Wyborczej tezę, brzmiącą następująco: "Gdyby Chrystus urodził się dzisiaj, to nie widziałby niczego złego w wyświęcaniu kobiet na księży" - dziwić zaczyna, szczególnie zaś tych, którzy ośmielają się Chrystusowi wierzyć i nauką Nazarejczyka (i Jego Kościoła) żyć całą piersią.

Teza ks. Skowronka i związana z nią argumentacja nijak się ma do sięgającego starożytności chrześcijańskiej określenia teologii jako "scientia fidei" - czyli "nauka wiary". Lubelski teolog - ks. Jerzy Szymik tłumaczy to w sposób następujący: "Jest więc ona (teologia) "scientia" (nauką - należy do nauk, bo korzysta, jak one z rozumu), ale "fidei" (wiary - jest nauką różną od nauk, bo korzysta, jak żadna z nich, z wiary nieusuwalnie i konstytutywnie współtworzącej teologiczną metodologię). (...) W samym "sercu" teologii, w tym, co stanowi nieusuwalny rdzeń jej tożsamości, tkwi związek rozumu z wiarą".

Zastanawiam się, czego ks. Skowronkowi przy postawieniu swojej tezy zabrakło najbardziej: rozumu, czy wiary?...

Przypatrzmy się argumentacji emerytowanego teologa. Według niego, nadszedł czas, by w Kościele zaczęto poważnie rozmawiać o święceniach kobiet. Na dzień dzisiejszy bowiem zakazu wyświęcania kobiet nie da się utrzymać. Za święceniem kobiet przemawiają następujące argumenta:

1) Zasada równości kobiet i mężczyzn.

2) Godność kobiety.

3) Wrażliwość kobiety.

4) Aktywniejsze i szersze włączenie się kobiet w działalność Kościoła.

Wnioskuję zatem z przerażeniem, że "święcenie kobiet" otworzy kobietom drogę do realizacji równości płci, ich godności, wrażliwości i aktywnego włączenia się w działalność Kościoła. Rozumiem, że owych wyżej wymienionych aspektów "kobiecości" do tej pory w Kościele - przynajmniej niektórym kobietem nie dane było móc zrealizować. Jeśli to ma być argumentacja teologiczna, to rzeczywiście - ks. Skowronkowi i rozumu i wiary zaczyna poważnie brakować.

A "Bez wiary - jak przypomniał swego czasu teolog - ks. abp Alfons Nosol - nie ma teologii, ponieważ teologia to taki szczególny rodzaj "refleksyjnej wiary", która ma świadomość, iż cała nasza wiedza o Bogu jest ostatecznie wiedzą przez Boga. (...) W praktyce więc autentyczna teologia nie może nigdy zadowolić się mówieniem o Bogu, musi bowiem równocześnie stale prowadzić do mówienia z Bogiem i do Boga".

"Wyborczej" teologii (nie zaś "autentycznej") ks. Skowronka i wielu innych polskich "teologów wyzwlicieli" brakuje chyba często owego "mówienia z Bogiem i do Boga".

Ks. Skowronek w zadziwiający sposób omija całą teologiczną argumentację "contra" święceniom kobiet w Kościele Rzymskim. Omija świadomie, bo przyjęcie jej w całości i z wiarą - wiary niezłomnej się domaga. Stąd owa stricte socjologiczna i odarta z teologii argumentacja, stosowana przez środowiska feministyczne oraz nie mająca swojego zakorzenienia w antropologii i teologii chrześcijańskiej.

Jan Paweł II w swoim Liście apostolskim - ORDINATIO SACERDOTALIS - przypomniał i przedstawił Kościołowi (teologom również) teologiczne argumenty, związane z kwestią wyświęcenia kobiet na kapłanów:

"Ponieważ jednak kwestia ta stała się przedmiotem dyskusji także wśród teologów oraz w niektórych środowiskach katolickich, Paweł VI zlecił Kongregacji Nauki Wiary, by przedstawiła i wyjaśniła doktrynę Kościoła w tej materii. Uczyniono to wydając Deklarację Inter insigniores, którą papież zatwierdził i nakazał opublikować.

Deklaracja podejmuje i wyjaśnia podstawowe racje przemawiając za tą doktryną, to znaczy powołuje się na przykład, jaki pozostawił Chrystus, wybierając dwunastu Apostołów, a który Kościół wiernie naśladował w swojej niezmiennej i powszechnej Tradycji, i dlatego „nie uważa się za uprawnionego do dopuszczania kobiet do święceń kapłańskich”. Te podstawowe racje dokument uzupełnia innymi argumentami teologicznymi, które wykazują słuszność takiego właśnie Bożego nakazu oraz jasno dowodzą, że postępowaniem Chrystusa nie kierowały motywy socjologiczne i kulturowe Jego epoki. Jak stwierdził później Paweł VI, „prawdziwa przyczyna leży w tym, że Chrystus tak właśnie postanowił, nadając Kościołowi jego podstawową strukturę i jego antropologię teologiczną, zawsze zachowywaną przez Tradycję Kościoła”.

W Liście Apostolskim Mulieris dignitatem napisałem na ten temat: „Powołując samych mężczyzn na swych Apostołów, Chrystus uczynił to w sposób całkowicie wolny i suwerenny. Uczynił to z taką samą wolnością, z jaką w całym swoim postępowaniu uwydatniał godność i powołanie kobiety, nie dostosowując się do panującego obyczaju i tradycji usankcjonowanej ówczesnym prawodawstwem”.

Istotnie, Ewangelie i Dzieje Apostolskie poświadczają, że powołanie Apostołów dokonało się zgodnie z odwiecznym zamysłem Bożym: Chrystus wybrał tych, których sam chciał (por. Mk 3,13-14, J 15,16) i uczynił to w jedności z Ojcem, „przez Ducha Świętego” (Dz 1,2), spędziwszy uprzednio całą noc na modlitwie (por. Łk 6,12). Dlatego podejmując decyzję o dopuszczeniu do kapłaństwa urzędowego, Kościół uznawał zawsze za niezmienną normę sposób postępowania swojego Pana, który wybrał dwunastu mężczyzn i uczynił ich fundamentem swojego Kościoła (por. Ap 21,14). W rzeczywistości nie otrzymali oni jedynie jakiejś funkcji, którą mógłby potem sprawować każdy członek Kościoła, ale zostali w szczególny sposób i wewnętrznie włączeni w misję samego Słowa Wcielonego (por. Mt 10,1.7-8; 28,16-20; Mk 3,13-16; 16,14-15). Apostołowie uczynili to samo, gdy wybrali sobie współpracowników, którzy mieli być ich następcami w posługiwaniu. Wybór ten obejmował również tych, którzy mieli kontynuować w dziejach Kościoła misję Apostołów — misję reprezentowania Chrystusa Pana i Odkupiciela".

Tyle Jan Paweł II. Jeśli Jezus dwa tysiące lat temu, ustanawiając sakrament kapłaństwa, wyznaczył do niego mężczyzn - to kierował się czymś, co było ponadczasowe i uniwersalne - tak jak każda Jego decyzja, podjęta przecież przez samego Boga, który stał się człowiekiem.

Teologia, która mówi o Bogu, z Bogiem i do Boga, nie może ulegać presjom antropologicznej i socjologicznej fali pomysłów na Kościół, nie mających nic wspólnego z Objawieniem, dostępnym nam w Piśmie Świętym i Tradycji Kościoła. Teologia jako "scientia fidei" naucza wiary, która jest łaską i która czerpie swoje bogactwo, treści, argumentacje nade wszystko z samego Boga, na drodze rozumu oświeconego łaską wiary. Wreszcie autentyczna teologia posila się tym, w co Kościół wierzy od ponad dwóch tysięcy lat, prowadzony poprzez historię mocą i ogniem Ducha Świętego. A z tym warto się liczyć.

Teologowi - nawet na emeryturze - nie przystoi zatem wprowadzanie zamętu we wspólnocie Kościoła a tym bardziej głoszenie fałszywych tez, popartych pseudo-teologicznymi argumentami. Warto od czasu do czasu, odrywając się od zakurzonych książek i medialnego chaosu, paść poprostu na twzarz, w kaplicy i w obliczu Boga najpierw teologię uprawiać. A skoro Najwyższy przemawiał już do wielu, nawet przez oślicę Baalama, to myślę, że i do teologa przemówi, ratując go przed totalną kompromitacją i wręcz ośmieszeniem. Dla dobra samego teologa i Kościoła z którym raczy się identyfikować...

"Mówienie z Bogiem i do Boga" - ks. Skowronkowi i innym polskim teologom pokornie polecam, bo na dzień dzisiejszy tych, którym w naszym kraju palma odbija, już wystarczy. Więcej nie trzeba. Po co męczyć biedny naród...

+Fiat

Ps. Informacja z ostatniej chwili: pan Tomasz Polak (dawniej ks. Węcławski, wybitny teolog) rozstał się ponoć z kobietą, z którą się związawszy - kapłaństwo porzucił i z Kościoła wystąpić raczył... O Bogu mówił dużo...

wszyscy święci

wszyscy święci nie balują w niebie
nie skaczą w rytm anielskich śpiewów
nie znikają w oceanie pyłu niebiańskiego

nie stoją jednak w bezruchu

widzą Go twarzą w twarz
uśmiechają się splatając dłonie
ocierając się o roztańczone skrzydła aniołów
i śpiewają choć nikt ich na ziemi nie słyszy

nie płaczą nie narzekają nie robią nic na siłę

czekają

od czasu do czasu zjawiają się na cmentarzach
schowani w cieniu starych drzew
wpatrując się w zapalających znicze
ustawiających kwiaty

nie omijają kościołów
tych małych drewnianych i porządnie solidnych
z czerwonej cegły z chłodnego betonu

święci nie boją się chłodnych wieczorów
mroźnych poranków
czas ich nie rozlicza nie goni nie drażni

snują się trasami spokojnego ruchu
zawsze na trzeźwo bo też i nie może być inaczej
upojeni są chwałą
w żyłach niosą krew oczyszczoną

nie krzyczą na widok tych których kochają
nie zakłócają porządku publicznego
szanują wolną jak nic wolę
wyciągając dłonie ku napotkanym
dotykając ich duszy

święci nie zmykają się w niebiańskich pokojach

są obywatelami świata
za którym nawet przez moment nigdy nie zatęsknili

wracają do nieba po cichu
niosąc modlitwy jeszcze drżące
łapane po drodze czasami przypadkowo zupełnie

wszędzie dobrze ale w domu najlepiej
mówią aniołom

wszyscy święci nie balują w niebie

czekają

aż wszystko będzie nowe
dla wszystkich

nowe niebo i nowa ziemia

czekają

....

Chrystusowcy....

Zasadniczym celem Towarzystwa Chrystusowego dla Polonii Zagranicznej jest uwielbienie Boga i uświęcenie się poprzez naśladowanie Jezusa Chrystusa. W sposób szczególny członkowie Towarzystwa włączają się w apostolstwo na rzecz rodaków przebywających poza granicami państwa polskiego.

Duchowość Towarzystwa Chrystusowego,
wypływająca z życia zakonnego i kapłańskiego jego członków, oparta jest na charyzmacie Założyciela kard. Augusta Hlonda i posłannictwie zgromadzenia. Wypływa także z późniejszych tradycji wypracowanych przez wspólnotę, kierowanej zwłaszcza przez pierwszego przełożonego generalnego, współzałożyciela ks. Ignacego Posadzego.

Działalność Towarzystwa Chrystusowego zdeterminowana jest misją apostolską zleconą przez Kościół. Wypełniana jest poprzez gorliwe życie radami ewangelicznymi, modlitwą i pokutą oraz wszelkiego rodzaju pracami duszpasterskimi podejmowanymi dla dobra Polaków żyjącymi poza granicami kraju.

Kapłani Towarzystwa, jako słudzy Chrystusa niosą dobrą nowinę o zbawieniu wszystkim rodakom. Służą im nie tylko opieką duszpasterską, ale również kulturową i społeczną. Bracia zakonni uczestniczą w posłannictwie Towarzystwa poprzez gorliwe życie zakonne i podejmowane różnorakie prace dla wypełniania misji zgromadzenia.


Świadectwo....

...Z wiarą w Boga jest jak z lataniem. Może i nie jesteśmy ptakami, na rękach w powietrze się nie wzniesiemy, ale sny Dedala i Ikara o tańcu w chmurach drzemią w każdym z nas. Ktoś musiał zatem wymyśleć samoloty, balony, spadochrony. By poczuć trochę wolności i oderwać się od ziemi, wypowiadając wojnę poczciwemu prawu grawitacji.

Wierzyć, znaczy wzbić się - ze swoim niespokojnym sercem - w przestworza nieznane, bez skrzydeł. Myślę o tym, bo wciąż jestem świadkiem rzeczy i wydarzeń, o których jeszcze kiedyś mógłbym pomyśleć: zwykły przypadek, zbieg okoliczności, sztuczka nad sztuczkami. Kto raz spotkał na swojej drodze Boga, żywego i realnego, wszedłszy w zawiłość doświadczenia Jego obecności, ten już nigdy nie pomyśli, nawet na moment, że bez skrzydeł nie da się ulecieć w głąb tajemnicy. Niespokojne serce musi ostatecznie spocząć w Bogu...

To było 10 lat temu. Studiowałem wtedy filologię polską na Uniwersytecie Szczecińskim. Młody chłopak, z małej warmińskiej wioski, z legitymacją studencką w ręku, wylądował w dużym mieście. Zamieszkałem w akademiku. Nowe znajomości, kumple, wykłady, imprezy - życie studenckie. Wtedy w akademikach nie było internetu czy telewizji. Było za to życie towarzyskie, wysiadywanie do późnych godzin nocnych na korytarzach i w klubach studenckich. Mijały tygodnie. Wódka lała się litrami, dym palonej trawki - szwendał się bezwiednie korytarzami studenckiego organizmu. Przyszedł moment, że sięgnąłem przysłowiowego dna. Zawalone wykłady, moralność poniżej zera, pustka wewnętrzna coraz dotkliwiej dawała znać o sobie. Skreślono mnie w końcu z listy studentów. Wrak człowieka, z parszywą wewnętrzną samotnością, zawył któregoś wieczoru głęboko we mnie, ogłaszając całemu wszechświatu, że jestem prawdziwym zerem. Pamiętam ten wieczór. Leżałem w ciemnym pokoju, za oknami padał dołujący mnie jeszcze bardziej deszcz. Zacząłem płakać. Jak małe dziecko. Zerwałem się z łóżka, chwyciłem kurtkę i wybiegłem na zewnątrz. Myślałem - koniec. Jestem skończony. Co powiem moim rodzicom? Gdzieś, pięćset kilometrów stąd, harowali ciężko, by ich ukochany synek wyszedł na ludzi, ukończył studia i był szczęśliwy. Wierzyli we mnie. Dali mi wszystko, co mogli dać, odbierając sobie bardzo wiele. Szedłem tak długo, z tymi myślami. Deszcz mieszał się z moimi łzami. Pamiętam jak wtedy kląłem , przeklinałem, chciało mi się wrzeszczeć, wyć, krzyczeć, uciec gdzieś - ale dokąd? Aż w końcu stanąłem przed kościołem. Był późny wieczór. Kościół zamknięty. Uklęknąłem przed drzwiami, oparłem o nie swoje czoło i zacząłem wrzeszczeć do Boga. Potrzebowałem Go. Kiedyś słyszałem, jak w kościele mówili, że On przyszedł do chorych a nie do tych, co się dobrze mają. Cisza... Tylko deszcz i szum wiatru. Ale w tej ciszy było coś, co mnie uspokoiło. Zerwałem się z miejsca i pobiegłem do pobliskiej plebanii. Zacząłem na oślep dzwonić do wszystkich księży, tam mieszkających. Musiałem się wyspowiadać. Tak, byłem tego pewny, musiałem się wyspowiadać!!! Potrzebowałem oczyszczenia... Potrzebowałem uzdrowienia... Potrzebowałem Boga, który nie mógł mnie odrzucić. Teraz, albo nigdy! Jeśli istniejesz - wyciągnij mnie z bagna i tego piekła, które rozpętałem na własne życzenie. W domofonie usłyszałem nagle spokojny głos jakiegoś księdza. Wybuchłem płaczem...

Ten wieczór zdawał się nie mieć końca... W spowiedzi wyrzuciłem z siebie wszystko. Nie pamiętam ile trwała. Mówiłem dużo, przez łzy, ksiądz nie przerywał, tylko słuchał. Opowiedziałem historię mojego życia, wszystko, co podpowiadało mi moje niespokojne serce. Mówiłem o tym wszystkim nie księdzu, ale Bogu. Czułem, że mnie słyszy. Pomyślałem: przecież on to wszystko wie... On tak, ale i do mnie musiało to wszystko dotrzeć. Potężna fala wyzwalającej prawdy uniosła mnie i moją rozpacz, poddałem się sile żywiołu, wiedziałem, że nic mi się nie stanie. On był zbyt blisko...

Wracałem do akademika mocno wyczerpany. Wszystko mnie bolało: kości, mięśnie, głowa... Rzuciłem się na łóżko i zasnąłem. Po raz pierwszy, od długiego czasu, zasnąłem. Nie mogło być inaczej. Łaska przebaczenia uspokoiła wezbrane wody. Spałem wtulony w mojego Boga... Który mnie ocalił...

W kilka dni póżniej spakowałem się, by powrócić w moje rodzinne strony. Siedziałem w pociągu, skulony jak przerażone pisklę. Teraz czekało mnie coś najtrudniejszego. Spotkanie z rodzicami. Pociąg sunął się mozolnie, po mocno żelaznych szynach, wioząc zalęknionego syna, który zawiódł swoją matkę i ojca. Cały czas się modliłem. Od czasu do czasu w myślach pojawiała się twarz płaczącej mamy i twarz taty, z jego surowym spojrzeniem i krzykiem w tle. Był porywczym i nerwowym człowiekiem.

Gdy pociąg wjeżdżał na stację Braniewo, czekałem na najgorsze. Wyszedłem z pociągu. W oddali ujrzałem sylwetkę ojca. Zbliżałem się do niego powoli, niepewnie. Gotowy na wszystko. Na pierwsze docinki, marudzenie, może krzyk... Na pierwsze przekleństwa...

Ojciec nagle ruszył w moją stronę. Czułem w powietrzu jego siłę i moc. Spuściłem wzrok, czułem, że pod powiekami za chwilę pojawią się pierwsze łzy. Nie krzyczał... Nic nie powiedział, tylko rzucił się na mnie, oplatając mnie swymi ramionami. Ten uścisk wszedł w fazę nieskończoności. Uścisnął mnie mocno, jak gdyby nie chciał mnie już nigdy ze swoich ojcowskich ramion wypuścić. To nie był sen. To był mój ojciec, jakiego wcześniej nigdy nie znałem... Szeptał mi do ucha: synu, jak ty wyglądasz?... Znoszona kurtka, spodnie, stare buty. Cała kasa szła przecież na zabawę, alkohol, fajki, trawę... Płakałem. A on mnie ciągle ściskał. I wtedy poczułem coś, co mnie z jednej strony przeraziło a z drugiej zalało niedającym się opisać pokojem. Poczułem nie tylko ramiona mojego taty. To nie były tylko jego ramiona. W tym momencie, na peronie, obejmował mnie sam Bóg. Ojciec obejmował syna marnotrawnego... Bóg objął swoje zagubione dziecko. To doświadczenie było tak silne, tak stuprocentowe, że nawet teraz kiedy to piszę, przenika moje ciało dreszcz, zmieszany ze wzruszeniem. Tego dnia uzyskałem, jedyny z możliwych, dowód - na istnienie Boga. Dowód spłodzony w ramionach mojego biologicznego ojca...

I wtedy byłem już pewien swojej przyszłości. W objęciu Boga pojawiło się pragnienie, mocne i nie do zniszczenia. Pragnienie obejmowania ludzi zagubionych. Pragnienie szukania tych, którym brakuje sił do odnalezienia pokoju ducha. Pragnienie, by inni w moich ramionach, słowach, gestach mogli odkryć tajemnicę najpełniejszej i prawdziwej miłości, której na imię - Bóg... Jedna droga umożliwiła mi realizację tego silnego pragnienia. Wstąpiłem do zakonu. Zostałem księdzem i zakonnikiem. By Bóg mógł przeze mnie odnajdywać tych, którzy od Niego odeszli, w dalekie strony, pełne mroku i zwątpienia...

„Stworzyłeś mnie, Boże, dla siebie i niespokojne jest serce moje, dopóki nie spocznie w Tobie”. To słowa św. Augustyna. Moje ulubione, bo pełne tego, co dane mi było doświadczyć... Wiele jest historii niespokojnych serc. I wiele z tych historii rozgrywa się pośród nas, cichych i rzeczywistych do bólu... Bogu te wszystkie historie zawierzam, z nadzieją (może czasami aż nazbyt natrętną), że nie jedno serce (zagubione i niespokojne) otworzy się na łaskę wiary, by spocząć w ramionach ciepłych od prawdziwej miłości.

"Oto czynię wszystko nowe. (...) Stało się. Jam Alfa i Omega, Początek i koniec. Ja pragnącemu dam darmo pić ze źródła wody życia (...) I będę Bogiem dla niego, a on dla mnie będzie synem..."
(Ap 21, 5-7)