26 czerwca 2010

Zabawa w chowanego... Z diabłem...



Nie wiem, czy będąc gwiazdą muzyki pop, zaśpiewałbym piosenkę i nakręciłbym teledysk na temat swoich traum z dzieciństwa. Takich piosenek ułożyłbym kilkadziesiąt. Tylko po co?... Budzenie litości u innych nie jest drogą do pełnego oczyszczenia i duchowego uzdrowienia. Jechanie na patencie gorących i kontrowersyjnych Wręcz przeciwnie. Gdyby Kora Jackowska rzuciła się w Boże Miłosierdzie…

To, co spotkało legendarną wokalistkę w dzieciństwie jest przerażające. Kilkuletnia dziewczynka i ksiądz, który dotyka ją w miejscach intymnych - to obraz niemal mechanicznie budzący odrazę. Pachnie piekłem. Mamy prawo potępić takie zdarzenia. Podobne akty nie mają prawa do akceptacji w wymiarze społecznym, ale też (i przede wszystkim) we wspólnocie ludzi wierzących. Ale bądźmy wierni Ewangelii. I nauce Kościoła, której szefuje Duch Święty. Brońmy się przed jakimkolwiek potępianiem człowieka. Zarówno ofiary jak i kata.

Z ofiarą sprawa jest mocno skomplikowana. Ona potępia sama siebie i w wieku kilku lat naturalnym jest mechanizm zrzucania winy na samego siebie. Z czasem owo „potępienie” zaczyna się rozrastać. Już nie tylko siebie potępiam, ale i tego, który mnie skrzywdził. Diabelski krąg potępiania zamyka się prawie że automatycznie.

Kata potępiamy namiętnie. Potępiamy jego zbrodnie, jego nieprawe czyny, jego samego. Kamienie lecą z każdej strony. Ale czy pomaga to w uzdrowieniu kata?... I czy w ogóle jest możliwe takie uzdrowienie?... Zresztą pytamy się często: czy kat ma prawo do uzdrowienia i naszego gestu przebaczenia?... Odpowiadam szczerze: ma prawo. Nasze dłonie mogą rzucić kamieniem, ale mogą też być przybite gwoździem do krzyża. Gwoździem zdawałoby się naszej bezradności, unieruchamiającym nas, pozwalającym, by gromada podłych do bólu hipokrytów i grzeszników oskarżała nas nadal, naigrywała się z nas, bluźniła, podczas gdy my wisimy na krzyżu bez sensu. Czy istnieje inna droga do uzdrowienia wewnętrznego ofiary i kata?... Istnieje. Ale tylko ta z dłońmi przebitymi gwoździami zło dobrem zwycięża. To o czym piszę, jest czymś więcej niż tylko jeszcze jedną, pięknie brzmiącą, teologiczną metaforą. Uzdrowienie człowieka dokonuje się na wszystkich płaszczyznach jego „esse”. Droga uzdrowienia jest długa, wąska, trudna i przerażająca. Napisanie piosenki i nakręcenie teledysku o molestowaniu nie prowadzi do moralnego i duchowego zwycięstwa. Niestety intensywnie nakręca spiralę nienawiści, pozwalając tym samym na dalszą jej żywotność. Diabeł się cieszy, wrogowie Kościoła zacierają ręce, a Kora Jackowska jak była zraniona i chora, tak jest dalej i będzie nadal, oklaskiwana przez ateistycznych aktywistów. Ofiara pozostaje ofiarą, kat katem, teledysk teledyskiem. Wszystko w tym samym miejscu, piekło tym samym piekłem. Może w „Mieście Kobiet” robi to wrażenie, mnie osobiście nie przekonuje. Wybieram miłosierdzie, z doświadczenia wiem, że litość działa tylko przez chwilę… Jak się ma gwoździe w dłoniach, to ma się i siłę wypowiedzieć słowa: „Boże, przebacz im, bo nie wiedzą, co czynią”…

Mam wrażenie, że Kora Jackowska rzuca na dzień dzisiejszy wszystkimi możliwymi kamieniami, w siebie, w księdza pedofila, w nas wszystkich. Kamieniami swojej traumy, depresji, niedokończonych rozdziałów swojego życia. To nie prowadzi do duchowego uzdrowienia. Wręcz odwrotnie. Szatana nie da się przegonić szatanem – mawiał o. Pio. Dopóki ręce inwestują w rzucanie kamieniami na oślep, nie ma mowy o zwycięstwie przysłowiowego „dobra nad złem”. Zatem pani Koro kochana… Nie tędy droga!!! Bawi się pani nadal w chowanego. Tyle, że z samym diabłem… Brakuje wciąż jednego w pani życiu: pojednania się z Bogiem poprzez krzyż…

Będę się o to gorąco modlił. Za księdza pedofila tym bardziej. Z rękoma przebitymi gwoździami postu, pokuty, dobra, którym jedynie zło da się zwyciężyć…

A teledysku Kory Jackowskiej już więcej nie obejrzę… By nie nakręcać spirali nienawiści…

37 komentarzy:

  1. Nie rozumiem jak można dzielić się takimi przeżyciami z całym światem!!

    OdpowiedzUsuń
  2. tego chyba nie da się zrozumieć...

    OdpowiedzUsuń
  3. Pierwsza myśl jaka mi przyszła to pytanie: czemu to "wyznanie" miało służyć poczynio w ten a nie inny sposób,co pani Jackowska chciała po przez ten utwór osiągnąć ??

    Mam mieszane uczucia. Uważam, że są pewne granice w dzieleniu się swoimi
    doświadczeniami wszem i wobec, na łamach całego świata. Są wydarzenia zarezerwowane wyłącznie dla konkretnego człowieka, jego najbliższych.
    (nie rozumiem pewnych postwa i nie nadążam jednak, za dzisiejszym światem...)

    A co do tematu.. hm podziele sie swoimi obserwacjami.. robi się na gonki na ks i wszystkich wrzuca się do jednego wora, nie chce w tym miejscu nikogo bronić, bo takie wydarzenia nie powinny mieć miejsca, ale ile dzieci jest wykorzystywanych w rodzinach przez swoich rodziców, ojców, wychowawców i o tym się tak nie krzyczy... Dopiero jak wyjdzie na jaw, że to jakaś os. duchowa wtedy wszystkie mass media krzyczą. Telewizja, internet, prasa...

    OdpowiedzUsuń
  4. E. - nie przesadzaj, nie widzę żadnej nagonki na księży, a o przypadkach molestowania czy kazirodztwa w rodzinach czy konkubinatach słyszy się aż za często. Aż się niedobrze robi, i w głowie się nie mieści że można coś takiego robić. To jest chore. I obojętnie, kto się tego dopuszcza, powinien być ukarany.

    Prawo do uzdrowienia? Pewnie kat też je ma, tylko pytanie kto, czy co, ma go uzdrowić. Bo do uzdrowienia ofiara ma jakąś motywację, chęć aby dalej żyć w miarę normalnie, a kat? Przecież dla niego to była/jest przyjemność. Modlitwa wystarczy? Wątpię.

    OdpowiedzUsuń
  5. Modlitwa to za mało. Choć jest jakimś wstępem, preludium, robieniem przestrzeni na coś więcej. Wierzę, że "kat" może być uzdrowiony przez Chrystusa. I tylko przez Niego. A że Chrystus w swoim dziele zbawienia posługuje się nami... i naszym przebaczeniem - w to też wierzę. Przecież tak mówi Ewangelia. A Jezus nie rzuca słów na wiatr...
    +Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  6. Może się mylę ale Kora próbuje jeszcze jakoś zaistnieć a skandal to takie proste. Byle badziew teraz się sprzeda jak się go umiejętnie nagłośni.
    Kiedyś była popularna teraz prawie nikt o niej nie pamięta - a to ją boli.

    OdpowiedzUsuń
  7. Zgadzam się z Tobą quis ut deus - dodatkowo trzeba zawsze znaleźć winnego jak się komuś kariera posypała ...

    OdpowiedzUsuń
  8. Samo życie...

    OdpowiedzUsuń
  9. Mi się wydaje, że Kora napisała tą piosenkę tylko po to, by o niej się znów głośno zrobiło. Może w ogóle nie była wcale molestowana przez księdza jak to twierdzi, ale że ostatnio o tym się mówiło postanowiła to wykorzystać i tyle.

    OdpowiedzUsuń
  10. Coś w tym jest...

    OdpowiedzUsuń
  11. To prosze człowieku wbij gwoździe w dłonie i powiedz "przebacz im panie bo nie wiedzą co czynią" mówi się głośno by historia NIGDY wiecej sie nie powtórzyła, aby ograniczyc jej rozmiar. i nie chodzi tu tylko o krąg księzy pedofili, ale każdego kto ma ciągotki do dotykania dzieci. tego jest na świecie mnóstwo człowieku, a własnie zamiatanie pod dywan, niemówienie, strach i wstyd powodują, ze słyszymy raz na 15 lat (chyba ze akurat jest urodzaj) o molestowaniu dzieci.

    OdpowiedzUsuń
  12. o takich rzeczach nie chce się pamiętać, a tym bardziej dzielić...

    OdpowiedzUsuń
  13. Dobra powinno się takie rzeczy i ludzi tak postępujących potępiać, ale chyba nie w taki sposób się to powinno odbywać. Manifestowanie tego co niby przeżyła w taki sposób jak to zrobiła Kora chyba nie jest odpowiednie. Jak można mówić o takich traumatycznych przeżyciach w taki sposób.
    Jakoś dziwi mnie, że akurat teraz jej się przypomniało, że kiedyś tam niby była molestowana przez księdza i nagle zachciało jej się o tym mówić publicznie w czasie kiedy stało się o tym głośno.

    OdpowiedzUsuń
  14. ja myśę, że tego rodzaju "kaci" niestety do leczenia się nie nadają. To tak, jakby chcieć uleczyć kogoś, kto ma kleptomanięm mówiąc mu, że kradzież to grzech.

    Sorry, ale pedofilów należy piętnować, tym bardziej, że współczesna kultura jest pedofilią przesycona.
    Nieważne, czy pedofil to ksiądz, strażak czy krawiec.

    Leczenie - hmmm....raczej odpada.

    Co nie znaczy, że mamy ich miażdżyć systemem prawnym - raczej izolacja, monitoring. Choć w Polsce to raczej sprawdziłoby sie tylko dożywotnie więzienie, bo innych procedur w polskim bałaganie nikt by nie upilnował.

    Fajnie jest być chrzescijaninem i mysleć, że nalezy wybaczyć, przytulić, rozgrzeszyć... ale w przypadku, gdy ktoś ma chorobliwe (podkreslam słowo "choroba") skłonnosci, miłosierdzie okazać w tym przypadku okazać może chyba tylko Bóg.

    OdpowiedzUsuń
  15. @Tomek - dla pedofilii nie ma zmiłuj się. Jeżeli jest 100% pewność, że ktoś dopuścił się tego obrzydlistwa - publiczne łamanie kołem. Jestem za eliminowaniem tego typu przypadków- jak wiadomo nie można tego wyleczyć.
    Problemem jest teraz wyciąganie często wyssanych z palca oskarżeń.
    Łatwo po 40 latach można komuś świnie podłożyć a ciężko tutaj udowodnić swoja niewinność - tym bardziej że zaczyna powoli robić się związek ksiądz - pedofil. Tak powoli te przypadki postrzeganie duchownych przez świeckich zmieniają.

    OdpowiedzUsuń
  16. Tomek... Czy ty naprawdę nie wierzysz w to, że Chrystus mam moc uzdrowienia, nawet ze skłonności pedofilskich?...

    OdpowiedzUsuń
  17. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  18. Modlitwa za pedofila i ofiarę są jak najbardziej potrzebne, natomiast kara kościelna i świeckiego wymiaru sprawiedliwości dla księdza pedofila - konieczna!!!

    OdpowiedzUsuń
  19. Ależ to jest OCZYWISTE!!!!

    OdpowiedzUsuń
  20. "Ks. Rafał pisze...

    Ależ to jest OCZYWISTE!!!! "

    ????????? To skąd się wzięło "Crimen Sollicitationis"???? Człowieku, księże, itd... Czy Ty oszalałeś?

    OdpowiedzUsuń
  21. Nomilku kochany!!! A jednak są ludzie bez grzechu! Z pewnością ty do nich należysz :)

    OdpowiedzUsuń
  22. Po co zmieniasz temat? Co z "Crimen Sollicitationis"? Odniosłeś się choć raz do tego? Po co potakujesz do "natomiast kara kościelna i świeckiego wymiaru sprawiedliwości dla księdza pedofila - konieczna!!!" skoro jest "Crimen Sollicitationis"?

    OdpowiedzUsuń
  23. Autorze - ja wierzę we wszechmoc Chrystusa, ale... cóż...nie wiem, czy umiem to pogodzić z wiarą w "uzdrowienie" pedofila.

    To tkwi głębiej niż na przykład uzależnienie od narkotyków czy hazardu.

    OdpowiedzUsuń
  24. Nomilk - wspominasz o dokumencie już nieaktualnym, zapoznaj się z najnowszymi dokumentami i dyrektywami Stolicy Apostolskiej na temat pedofilii księży, polecam i życzę dobrej lektury...

    OdpowiedzUsuń
  25. Nomilk twoja słaba wiedza i orientacja w zakresie aktualnego prawodawstwa obowiązującego w Kościele jest przyczyną niepotrzebnych twoich frustracji...

    OdpowiedzUsuń
  26. Tomku... Zapewniam, że umiesz to "pogodzić" :)choć łatwe to nie jest...

    OdpowiedzUsuń
  27. "wspominasz o dokumencie już nieaktualnym"?
    Od 1962 "JUŻ" nieaktualnym? Bardzo długo to trwało, i to nie ludzie tobie podobni naświetlili gwałty księży na dzieciach.
    Mam nadzieję, że twoi czytelnicy nie dadzą się zwieść manipulacjom typu "już nieaktualnym" - jakby to załatwiało wszystko.

    OdpowiedzUsuń
  28. To wszystkiego nie załatwia, ale jest ważnym momentem w autorefleksji Naucz. Urzędu K-ła. Czego ty oczywiście Nomilku kochany pojąć się nie starasz, bo zbyt zatwardziałe serce posiadasz. Ale nie martw się... Na wszystko jest czas, także na dojrzewanie w prawdziwej mądrości...
    +pozdrawiam serdecznie :)

    OdpowiedzUsuń
  29. "Czego ty oczywiście Nomilku kochany pojąć się nie starasz, bo zbyt zatwardziałe serce posiadasz"

    Kolejny raz przypisujesz mi swoje wyobrażenia.
    Ten "ważny moment autorefleksji" nadszedł po wielu latach dzięki dochodzeniom, a nie zaangażowaniu księży. I ty to nazywasz autorefleksją?

    OdpowiedzUsuń
  30. Nomilku, uparty jesteś jak "osiołek", nie warto... Mój Boże, żadną miarą nie przypisuję Tobie moich wyobrażeń, zresztą nawet gdybym próbował, to i tak nie znalazły by one gruntu podatnego w Twoim sercu (nie wspominając już o rozumie), boś zablokowany na maksa, z własnego wyboru rzecz jasna. I ja ten wybór szanuję. Choć boli mnie Twoja uparta jednostronność w myśleniu.

    OdpowiedzUsuń
  31. Co do "autorefleksji": że była ona rezultatem otwarcia się ofiar (a nie dochodzeń, jak sugerujesz, dochodzenia były wtórne) wie każdy poważnie myślący człowiek i nikogo tu do niczego przekonywać nie trzeba. Ale dzięki temu owa "autorefleksja" nastąpiła, więcej: poczyniono konkretne kroki i wiele episkopatów stawiło czoło tym bolesnym wydarzeniom. Kościelne kary dla księży, odszkodowania, pokuta etc. A Ty uparcie tego nie zauważasz. Jak to mówiła moja babcia: "lepiej późno, niż wcale"... KPW?????

    OdpowiedzUsuń
  32. Daruj sobie pisanie do mnie jak do kolegi, co najmniej upośledzonego umysłowo.
    Po co złośliwie i pogardliwie formułujesz myśli:
    1. "uparty jesteś jak "osiołek", nie warto",
    2. "nie wspominając już o rozumie",
    3. "KPW".
    Mam nadzieję, że twoi czytelnicy zauważają ten język i sposób w jaki przekonujesz do swoich racji.

    "była ona rezultatem otwarcia się ofiar" - Kora się otworzyła i jak to komentujesz? Dlaczego szydzisz z jej nieszczęścia?

    "Kościelne kary dla księży, odszkodowania, pokuta etc" - oszukujesz (bez problemu to wykażę) swoich czytelników. Napisz kto został ukarany (i dlaczego nie siedzi w więzieniu?), gdzie i kto wypłacił odszkodowania. Liczę na to, że twoi czytelnicy też sami sprawdzą jak to NAPRAWDĘ wygląda.

    OdpowiedzUsuń
  33. Ponosi Cię Nomilku coraz bardziej... Siedzą w więzieniach, siedzą np. mój współbrat z zakonu. Co do "swoich racji", nie o racje tu chodzi, ale o obiektywne postrzeganie rzeczywistości i problemów. Pozdrawiam serdecznie...
    Ps. A pani Kora ma bogatą i chorą wyobraźnię... niestety. Nie bądź tak bardzo łatwowierny Nomilku :)

    OdpowiedzUsuń
  34. Nie przypisuj mi unoszenia się, to tylko twoje wyobrażenie.

    Udowodnij, że Kora kłamie i ma chorą wyobraźnię. Nie przypisuj mi łatwowierności.

    Od 1962 "Crimen..." chroni księży gwałcicieli przed karą. Kto oprócz twego kolegi siedzi w celi? Kto z księży został skazany na karę więzienia, komu wypłacono odszkodowanie i z czyjej kasy.

    I... dlaczego formalnie od 1962 księża stosują się do "Crimen..."? Dlaczego od 1962 roku gwałciciele dzieci są chronieni przed hierarchów kościoła?

    OdpowiedzUsuń
  35. dlaczego ksiądz odzywa się do Nomilka w sposób poniżający? A gdzie opanowanie, gdzie wreszcie miłość bliżniego i naśladowanie Chrystusa? Bleeee! Gdzie kultura wypowiedzi wreszcie? Zastanawiające. Sama pycha i wywyższanie siebie kosztem rozmówcy jest tu widoczna. Nie wtrącam się w tą dyskusję, ale krytykuję jako obserwator niezależny. Ksiądz uparcie szczyci się, jakoby zdał maturę,a swojego przeciwnika sprowadza do roli niedouczonego debila. Obrzydliwe! To mają być argumenty?

    OdpowiedzUsuń
  36. moim zdaniem w takich wypadkach sprawy nalezy nagłaśniac a nie milczeć przybijając ręce do krzyża..... im więcej będziemy walczyć z tym zboczeniem tym mniej dzieci ucierpi.... i chodzi mi nie tylko o pedofili księży ale np o tych internetowych... niech społeczeństwo zobaczy problem który nie jest problemem kilku dzieci ale jest problemem globalnym.... popieram Korę.... czy była molestowana czy nie dobrze że porusza problem.... może da to odwagę tym co cierpią .... może cierpią ich dzieci.... niech mówią o tym głośno by to ksiądz czy nie ksiądz ale pedofil został ukarany i to on się bał nie biedne małe dziecko

    OdpowiedzUsuń

Chrystusowcy....

Zasadniczym celem Towarzystwa Chrystusowego dla Polonii Zagranicznej jest uwielbienie Boga i uświęcenie się poprzez naśladowanie Jezusa Chrystusa. W sposób szczególny członkowie Towarzystwa włączają się w apostolstwo na rzecz rodaków przebywających poza granicami państwa polskiego.

Duchowość Towarzystwa Chrystusowego,
wypływająca z życia zakonnego i kapłańskiego jego członków, oparta jest na charyzmacie Założyciela kard. Augusta Hlonda i posłannictwie zgromadzenia. Wypływa także z późniejszych tradycji wypracowanych przez wspólnotę, kierowanej zwłaszcza przez pierwszego przełożonego generalnego, współzałożyciela ks. Ignacego Posadzego.

Działalność Towarzystwa Chrystusowego zdeterminowana jest misją apostolską zleconą przez Kościół. Wypełniana jest poprzez gorliwe życie radami ewangelicznymi, modlitwą i pokutą oraz wszelkiego rodzaju pracami duszpasterskimi podejmowanymi dla dobra Polaków żyjącymi poza granicami kraju.

Kapłani Towarzystwa, jako słudzy Chrystusa niosą dobrą nowinę o zbawieniu wszystkim rodakom. Służą im nie tylko opieką duszpasterską, ale również kulturową i społeczną. Bracia zakonni uczestniczą w posłannictwie Towarzystwa poprzez gorliwe życie zakonne i podejmowane różnorakie prace dla wypełniania misji zgromadzenia.


Świadectwo....

...Z wiarą w Boga jest jak z lataniem. Może i nie jesteśmy ptakami, na rękach w powietrze się nie wzniesiemy, ale sny Dedala i Ikara o tańcu w chmurach drzemią w każdym z nas. Ktoś musiał zatem wymyśleć samoloty, balony, spadochrony. By poczuć trochę wolności i oderwać się od ziemi, wypowiadając wojnę poczciwemu prawu grawitacji.

Wierzyć, znaczy wzbić się - ze swoim niespokojnym sercem - w przestworza nieznane, bez skrzydeł. Myślę o tym, bo wciąż jestem świadkiem rzeczy i wydarzeń, o których jeszcze kiedyś mógłbym pomyśleć: zwykły przypadek, zbieg okoliczności, sztuczka nad sztuczkami. Kto raz spotkał na swojej drodze Boga, żywego i realnego, wszedłszy w zawiłość doświadczenia Jego obecności, ten już nigdy nie pomyśli, nawet na moment, że bez skrzydeł nie da się ulecieć w głąb tajemnicy. Niespokojne serce musi ostatecznie spocząć w Bogu...

To było 10 lat temu. Studiowałem wtedy filologię polską na Uniwersytecie Szczecińskim. Młody chłopak, z małej warmińskiej wioski, z legitymacją studencką w ręku, wylądował w dużym mieście. Zamieszkałem w akademiku. Nowe znajomości, kumple, wykłady, imprezy - życie studenckie. Wtedy w akademikach nie było internetu czy telewizji. Było za to życie towarzyskie, wysiadywanie do późnych godzin nocnych na korytarzach i w klubach studenckich. Mijały tygodnie. Wódka lała się litrami, dym palonej trawki - szwendał się bezwiednie korytarzami studenckiego organizmu. Przyszedł moment, że sięgnąłem przysłowiowego dna. Zawalone wykłady, moralność poniżej zera, pustka wewnętrzna coraz dotkliwiej dawała znać o sobie. Skreślono mnie w końcu z listy studentów. Wrak człowieka, z parszywą wewnętrzną samotnością, zawył któregoś wieczoru głęboko we mnie, ogłaszając całemu wszechświatu, że jestem prawdziwym zerem. Pamiętam ten wieczór. Leżałem w ciemnym pokoju, za oknami padał dołujący mnie jeszcze bardziej deszcz. Zacząłem płakać. Jak małe dziecko. Zerwałem się z łóżka, chwyciłem kurtkę i wybiegłem na zewnątrz. Myślałem - koniec. Jestem skończony. Co powiem moim rodzicom? Gdzieś, pięćset kilometrów stąd, harowali ciężko, by ich ukochany synek wyszedł na ludzi, ukończył studia i był szczęśliwy. Wierzyli we mnie. Dali mi wszystko, co mogli dać, odbierając sobie bardzo wiele. Szedłem tak długo, z tymi myślami. Deszcz mieszał się z moimi łzami. Pamiętam jak wtedy kląłem , przeklinałem, chciało mi się wrzeszczeć, wyć, krzyczeć, uciec gdzieś - ale dokąd? Aż w końcu stanąłem przed kościołem. Był późny wieczór. Kościół zamknięty. Uklęknąłem przed drzwiami, oparłem o nie swoje czoło i zacząłem wrzeszczeć do Boga. Potrzebowałem Go. Kiedyś słyszałem, jak w kościele mówili, że On przyszedł do chorych a nie do tych, co się dobrze mają. Cisza... Tylko deszcz i szum wiatru. Ale w tej ciszy było coś, co mnie uspokoiło. Zerwałem się z miejsca i pobiegłem do pobliskiej plebanii. Zacząłem na oślep dzwonić do wszystkich księży, tam mieszkających. Musiałem się wyspowiadać. Tak, byłem tego pewny, musiałem się wyspowiadać!!! Potrzebowałem oczyszczenia... Potrzebowałem uzdrowienia... Potrzebowałem Boga, który nie mógł mnie odrzucić. Teraz, albo nigdy! Jeśli istniejesz - wyciągnij mnie z bagna i tego piekła, które rozpętałem na własne życzenie. W domofonie usłyszałem nagle spokojny głos jakiegoś księdza. Wybuchłem płaczem...

Ten wieczór zdawał się nie mieć końca... W spowiedzi wyrzuciłem z siebie wszystko. Nie pamiętam ile trwała. Mówiłem dużo, przez łzy, ksiądz nie przerywał, tylko słuchał. Opowiedziałem historię mojego życia, wszystko, co podpowiadało mi moje niespokojne serce. Mówiłem o tym wszystkim nie księdzu, ale Bogu. Czułem, że mnie słyszy. Pomyślałem: przecież on to wszystko wie... On tak, ale i do mnie musiało to wszystko dotrzeć. Potężna fala wyzwalającej prawdy uniosła mnie i moją rozpacz, poddałem się sile żywiołu, wiedziałem, że nic mi się nie stanie. On był zbyt blisko...

Wracałem do akademika mocno wyczerpany. Wszystko mnie bolało: kości, mięśnie, głowa... Rzuciłem się na łóżko i zasnąłem. Po raz pierwszy, od długiego czasu, zasnąłem. Nie mogło być inaczej. Łaska przebaczenia uspokoiła wezbrane wody. Spałem wtulony w mojego Boga... Który mnie ocalił...

W kilka dni póżniej spakowałem się, by powrócić w moje rodzinne strony. Siedziałem w pociągu, skulony jak przerażone pisklę. Teraz czekało mnie coś najtrudniejszego. Spotkanie z rodzicami. Pociąg sunął się mozolnie, po mocno żelaznych szynach, wioząc zalęknionego syna, który zawiódł swoją matkę i ojca. Cały czas się modliłem. Od czasu do czasu w myślach pojawiała się twarz płaczącej mamy i twarz taty, z jego surowym spojrzeniem i krzykiem w tle. Był porywczym i nerwowym człowiekiem.

Gdy pociąg wjeżdżał na stację Braniewo, czekałem na najgorsze. Wyszedłem z pociągu. W oddali ujrzałem sylwetkę ojca. Zbliżałem się do niego powoli, niepewnie. Gotowy na wszystko. Na pierwsze docinki, marudzenie, może krzyk... Na pierwsze przekleństwa...

Ojciec nagle ruszył w moją stronę. Czułem w powietrzu jego siłę i moc. Spuściłem wzrok, czułem, że pod powiekami za chwilę pojawią się pierwsze łzy. Nie krzyczał... Nic nie powiedział, tylko rzucił się na mnie, oplatając mnie swymi ramionami. Ten uścisk wszedł w fazę nieskończoności. Uścisnął mnie mocno, jak gdyby nie chciał mnie już nigdy ze swoich ojcowskich ramion wypuścić. To nie był sen. To był mój ojciec, jakiego wcześniej nigdy nie znałem... Szeptał mi do ucha: synu, jak ty wyglądasz?... Znoszona kurtka, spodnie, stare buty. Cała kasa szła przecież na zabawę, alkohol, fajki, trawę... Płakałem. A on mnie ciągle ściskał. I wtedy poczułem coś, co mnie z jednej strony przeraziło a z drugiej zalało niedającym się opisać pokojem. Poczułem nie tylko ramiona mojego taty. To nie były tylko jego ramiona. W tym momencie, na peronie, obejmował mnie sam Bóg. Ojciec obejmował syna marnotrawnego... Bóg objął swoje zagubione dziecko. To doświadczenie było tak silne, tak stuprocentowe, że nawet teraz kiedy to piszę, przenika moje ciało dreszcz, zmieszany ze wzruszeniem. Tego dnia uzyskałem, jedyny z możliwych, dowód - na istnienie Boga. Dowód spłodzony w ramionach mojego biologicznego ojca...

I wtedy byłem już pewien swojej przyszłości. W objęciu Boga pojawiło się pragnienie, mocne i nie do zniszczenia. Pragnienie obejmowania ludzi zagubionych. Pragnienie szukania tych, którym brakuje sił do odnalezienia pokoju ducha. Pragnienie, by inni w moich ramionach, słowach, gestach mogli odkryć tajemnicę najpełniejszej i prawdziwej miłości, której na imię - Bóg... Jedna droga umożliwiła mi realizację tego silnego pragnienia. Wstąpiłem do zakonu. Zostałem księdzem i zakonnikiem. By Bóg mógł przeze mnie odnajdywać tych, którzy od Niego odeszli, w dalekie strony, pełne mroku i zwątpienia...

„Stworzyłeś mnie, Boże, dla siebie i niespokojne jest serce moje, dopóki nie spocznie w Tobie”. To słowa św. Augustyna. Moje ulubione, bo pełne tego, co dane mi było doświadczyć... Wiele jest historii niespokojnych serc. I wiele z tych historii rozgrywa się pośród nas, cichych i rzeczywistych do bólu... Bogu te wszystkie historie zawierzam, z nadzieją (może czasami aż nazbyt natrętną), że nie jedno serce (zagubione i niespokojne) otworzy się na łaskę wiary, by spocząć w ramionach ciepłych od prawdziwej miłości.

"Oto czynię wszystko nowe. (...) Stało się. Jam Alfa i Omega, Początek i koniec. Ja pragnącemu dam darmo pić ze źródła wody życia (...) I będę Bogiem dla niego, a on dla mnie będzie synem..."
(Ap 21, 5-7)