9 września 2010

Kocham piękne kobiety...


Kobieta jest piękna. Ruda, blondynka, brunetka, nie ważne. Wysoka, niska, gruba, szczupła, piękna jest i koniec. Czasami jest piękna „inaczej”. Piękna z dłońmi zanurzonymi w kuchennym zlewie, piękna w parku, wtulona w cień szumiącego drzewa, piękna w biegu, na dworcu kolejowym, piękna oblana potem, na sali porodowej, piękna w objęciach ukochanego, piękna za kratami klauzury, cała zatopiona w brązie habitu, piękna z włosami pokrytymi siwizną pędzącego czasu…

Piękno kobiety to ślad Nieskończonego. Piękno kobiety inspiruje, fascynuje, pogłębia świadomość ducha. Piękno zewnętrzne i wewnętrzne, piękno ciała, duszy, piękno charakteru, piękno istnienia. Jestem księdzem i zakonnikiem. To prawda. Ale jestem też mężczyzną. Po trzydziestce. Odkrywałem piękno kobiety najpierw w rodzinnym domu. Piękno matki i sióstr. Dojrzewałem i dorastałem w domu naznaczonym obecnością trzech wspaniałych kobiet. Z pięknem kobiety stykałem się wszędzie. Na podwórku, w szkole, w kościele. Dzisiaj uświadomiłem sobie, jak wiele pięknych kobiet, ciałem i duchem, postawił Najwyższy na mojej drodze. Kobiet samotnych, zamężnych, konsekrowanych… I ta jedna, jedyna, Niepokalana, która towarzyszy mi od zawsze…

Zanim Najwyższy doprowadził mnie do furty klasztornej, jak każdy zdrowy facet, miałem swoje marzenia. Prosiłem Go o wspaniałą kobietę. Delikatną, subtelną, wierzącą, z którą mógłbym na przykład w niedzielę pójść za rękę do kościoła. Marzyłem o dzieciach. Najlepiej chłopak i dziewczynka. Kordian i Laura. Stało się inaczej. Najwyższy cisnął jak mógł, a może cisnąc porządnie i bez skrupułów. Zabawa w Jonasza zakończyła się szybko, przestałem uciekać. Marzenia o kobiecie osłabły, zmieniły kurs, przybrały inną jakość. Inna droga, inne spojrzenie, inny rytm kroków, inne doznania. Pozostał zachwyt nad geniuszem kobiety, szacunek do jej godności, wdzięczność za kobiecą obecność, siłę, subtelność i odwagę.

(Tak na marginesie: Kobiet w Kościele jest dużo. Wygryzły mężczyzn i czasami ma się rzeczywiście wrażenie, że „Kościół jest kobietą”. Nie tylko w sensie teologicznym (Jezus Oblubieniec – Kościół Oblubienica) ale także w egzystencjalnym, co widać gołym okiem, na niedzielnej Eucharystii. Dobrze, że są. Choć między ławkami wypełnionymi pięknem kobiety ulatuje wciąż niespokojne pytanie; „a gdzie są mężczyźni”?... Wasi mężowie, synowie, przyjaciele… Gdzie oni są?... Dlaczego jest ich wciąż tak mało?...)

Piękno kobiety ma swoją wewnętrzną dynamikę i siłę. Niestety potrafi być zdradliwe. Córka Herodiady wytańczyła śmierć św. Jana Chrzciciela… W Herodzie, podnieconym widokiem tańczącej dziewczyny, obudził się „zwierz”. Ten naturalny, męski „zwierz”, który nieujarzmiony i niewytresowany budzi się często u wielu mężczyzn. Także tych obleczonych w sutanny i habity.

Piękno kobiet przyciąga, pociąga, czasami ogłupia. Wielu z nas, którzyśmy wybrali kapłaństwo, dało się wciągnąć w urzekający „taniec” kobiety. Brak wiary i więzi z Chrystusem budzi najbardziej niedojrzałe i dzikie instynkty „zwierza” ukrytego w męskich wnętrznościach. Zdrada powołania (nazywajmy rzeczy po imieniu) staje się bolesna dla wielu. Modlę się codziennie za moich współbraci, którzy porzucili kapłaństwo. Z różnych przyczyn. Wśród nich najwięcej jest tych, którzy odeszli z obranej kiedyś drogi, z kobietą. Wina leży po obydwu stronach. Ale sądy pozostawmy Bogu. Modlitwą zaś i pokutą obejmujmy szczególnie tych, co zgorszyli i zgorszonych…

Lata mijają, a ja , mężczyzna, kapłan, zakonnik szukam wciąż siły do wierności… Szukam jej w Pięknie Najwyższym. Umierającym powoli na drzewie krzyża. Jest ze mną i przymnie „cała Piękna”, która w mistrzowski sposób potrafi zmiażdżyć stopą węża. Ten nasz męski „zwierz” także drży przed Jej stopą i pięknem niepokalanym…

Kobieta jest piękna… To prawda… Ale czymże jest jej piękno wobec Piękna Najwyższego?... Nie śmiem porównywać. Za piękno "wyższe" wszystkich kobiet z serca dziś Panu dziękuję… Prosząc pokornie o łaskę „mądrości” w adorowaniu piękna stworzonego i Piękna Najwyższego. Na chwałę Pana. We właściwej mierze. W duchu wierności powołaniu…

17 komentarzy:

  1. Cudowny artykuł...To prawda, że piękno kobiety tkwi w Bogu i to w Nim może ona poznać swoje piękno i wartość :).

    OdpowiedzUsuń
  2. Trzeba mieć bardzo wrażliwą i piękną duszę, aby dostrzec to piękno w tym świetle o którym Ksiądz pisze.

    OdpowiedzUsuń
  3. Hmmm... a od kiedy węże mają stopy? :)
    A tak w ogóle to bardzo piękny i mądry post :-) Dziękuję Księdzu za niego ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie "stopę węża", tylko "stopą węża...

      Usuń
  4. Mógłby ksiądz napisać coś więcej, w osobnym temacie, na temat tego "ciśnięcia" przez Pana.

    OdpowiedzUsuń
  5. Oczywiście... już niebawem :)

    OdpowiedzUsuń
  6. "Prosiłem Go o wspaniałą kobietę. Delikatną, subtelną, wierzącą, z którą mógłbym na przykład w niedzielę pójść za rękę do kościoła. Marzyłem o dzieciach. Najlepiej chłopak i dziewczynka. Kordian i Laura. Stało się inaczej. Najwyższy cisnął jak mógł, a może cisnąc porządnie i bez skrupułów. Zabawa w Jonasza zakończyła się szybko, przestałem uciekać". - ja też proszę ale o takiego mężyczyznę... Może być jedno dziecko ;) Najwyższy i ciśnie w moim przypadku... U mnie zabawa się nie skończyła i ciekawe, kiedy ja przestanę uciekać... bo niedługo zwariuję.

    przepięknie napisane... Dziękuję za ten post ;)

    OdpowiedzUsuń
  7. własnie doświadczyłam tego"zwierza"męskiego, ale mam ogromna MIŁOSĆ I PODZIW DLA MĘŻCZYZN,że choć są aż tak wrażliwi potrafią ZAWALCZYĆ O NAJPIĘKNIEJSZE PIĘKNO.KSIEŻE KOCHANY-PIĘKNY JESTEŚ I POMÓDL SIĘ BARDZO ZE MNĄ O PIĘKNO DLA KOGOŚ., kto teraz walczy bardzo.

    OdpowiedzUsuń
  8. Marcin z nad morza.09 września, 2010

    Kochany księże, jest ksiądz pierwszym facetem (nie licząc mojego ojca), który tak pięknie ujął piękno kobiety i Boga w jednym artykule... Dziękuje za każdy z osobna i każdy kolejny. Codzienna lektura, na dobranoc, na dobry dzień na dobre popołudnie. Czasami po raz setny ten sam poruszający tekst. Dziękuję, dziękuję z całego swojego serducha. Ja już nie uciekam, chociaż pokus wiele, nie uciekam. Jak ksiądz, powiedziałem zdecydowanie "TAK!". Proszę o modlitwę. Ja codziennie, codziennie wspominam w swoich modlitwach o kochanym Kapłanie. Bóg zapłać za wszystko ;)

    OdpowiedzUsuń
  9. W kobiecie czasem też budzi się zwierz. A to co niedostępne jest bardziej pożądane... Sami nie wiecie jakim czasem jesteście "łakomym kąskiem". Często zresztą pewne cechy (delikatność, dobroć, wyrozumiałość, czułość) macie jakby narzucone z racji "zawodu", w wielu wypadkach to oczywiście tylko pozory, ale to się okazuje dopiero później. Właśnie mam na oku jednego zakonnika... i budzi się zwierz...

    OdpowiedzUsuń
  10. Panowie a może trzeba więcej modlitwy, aby jak Jezus patrzeć na kobiety.
    Jezus szczególną sympatią darzył Marię Magdalenę, stanął w jej obronie, gdy chciano ją ukamienować. Cenił Marię i Martę, z którymi prowadził dysputy teologiczne. Jezus chyba lubił kobiety, nie miał wobec nich uprzedzeń, darzył je zaufaniem i na pewno patrzył na nie inaczej,- dając przykład.
    Wielu świętych znajdowało oparcie w kobietach, które swoją duchowością wzbogacały ich samych. Przykładów jest dużo: św. Franciszek z Asyżu i św. Klara, św. Franciszek Salezy i św. Joanna de Chantal czy św. Jan od Krzyża i św. Teresa z Avila.
    Skoro oni poszli Jego śladem dlaczego nie my?
    Ale tylko z Jego pomocą, inaczej nie ryzykujemy.

    OdpowiedzUsuń
  11. Przecież Bóg stworzył człowieka mężczyzną i kobietą. Jeden ksiądz powiedział mi dawno temy, że obcowanie mężczyzny i kobiety na jakiejkolwiek płaszczyźnie jest koniecznością, gdyż dopełniamy się wzajemnie. Byle tylko poskromić "zwierza" i znać granice.
    Kasiu, czytaj uważnie, Cała Piękna miażdży STOPĄ weża a nie stopę węża.

    OdpowiedzUsuń
  12. A tak w ogóle, to księża prawosławni i pastorzy nie mają takich dylematów...i chyba nie są przez to gorsi, tylko inni

    OdpowiedzUsuń
  13. Faktycznie, przepraszam ;) i dzięki ;)

    OdpowiedzUsuń
  14. korekta do:
    "Ale tylko z Jego pomocą, inaczej nie ryzykujemy.
    ma być:
    ....inaczej nie ryzykujmy!

    OdpowiedzUsuń

Chrystusowcy....

Zasadniczym celem Towarzystwa Chrystusowego dla Polonii Zagranicznej jest uwielbienie Boga i uświęcenie się poprzez naśladowanie Jezusa Chrystusa. W sposób szczególny członkowie Towarzystwa włączają się w apostolstwo na rzecz rodaków przebywających poza granicami państwa polskiego.

Duchowość Towarzystwa Chrystusowego,
wypływająca z życia zakonnego i kapłańskiego jego członków, oparta jest na charyzmacie Założyciela kard. Augusta Hlonda i posłannictwie zgromadzenia. Wypływa także z późniejszych tradycji wypracowanych przez wspólnotę, kierowanej zwłaszcza przez pierwszego przełożonego generalnego, współzałożyciela ks. Ignacego Posadzego.

Działalność Towarzystwa Chrystusowego zdeterminowana jest misją apostolską zleconą przez Kościół. Wypełniana jest poprzez gorliwe życie radami ewangelicznymi, modlitwą i pokutą oraz wszelkiego rodzaju pracami duszpasterskimi podejmowanymi dla dobra Polaków żyjącymi poza granicami kraju.

Kapłani Towarzystwa, jako słudzy Chrystusa niosą dobrą nowinę o zbawieniu wszystkim rodakom. Służą im nie tylko opieką duszpasterską, ale również kulturową i społeczną. Bracia zakonni uczestniczą w posłannictwie Towarzystwa poprzez gorliwe życie zakonne i podejmowane różnorakie prace dla wypełniania misji zgromadzenia.


Świadectwo....

...Z wiarą w Boga jest jak z lataniem. Może i nie jesteśmy ptakami, na rękach w powietrze się nie wzniesiemy, ale sny Dedala i Ikara o tańcu w chmurach drzemią w każdym z nas. Ktoś musiał zatem wymyśleć samoloty, balony, spadochrony. By poczuć trochę wolności i oderwać się od ziemi, wypowiadając wojnę poczciwemu prawu grawitacji.

Wierzyć, znaczy wzbić się - ze swoim niespokojnym sercem - w przestworza nieznane, bez skrzydeł. Myślę o tym, bo wciąż jestem świadkiem rzeczy i wydarzeń, o których jeszcze kiedyś mógłbym pomyśleć: zwykły przypadek, zbieg okoliczności, sztuczka nad sztuczkami. Kto raz spotkał na swojej drodze Boga, żywego i realnego, wszedłszy w zawiłość doświadczenia Jego obecności, ten już nigdy nie pomyśli, nawet na moment, że bez skrzydeł nie da się ulecieć w głąb tajemnicy. Niespokojne serce musi ostatecznie spocząć w Bogu...

To było 10 lat temu. Studiowałem wtedy filologię polską na Uniwersytecie Szczecińskim. Młody chłopak, z małej warmińskiej wioski, z legitymacją studencką w ręku, wylądował w dużym mieście. Zamieszkałem w akademiku. Nowe znajomości, kumple, wykłady, imprezy - życie studenckie. Wtedy w akademikach nie było internetu czy telewizji. Było za to życie towarzyskie, wysiadywanie do późnych godzin nocnych na korytarzach i w klubach studenckich. Mijały tygodnie. Wódka lała się litrami, dym palonej trawki - szwendał się bezwiednie korytarzami studenckiego organizmu. Przyszedł moment, że sięgnąłem przysłowiowego dna. Zawalone wykłady, moralność poniżej zera, pustka wewnętrzna coraz dotkliwiej dawała znać o sobie. Skreślono mnie w końcu z listy studentów. Wrak człowieka, z parszywą wewnętrzną samotnością, zawył któregoś wieczoru głęboko we mnie, ogłaszając całemu wszechświatu, że jestem prawdziwym zerem. Pamiętam ten wieczór. Leżałem w ciemnym pokoju, za oknami padał dołujący mnie jeszcze bardziej deszcz. Zacząłem płakać. Jak małe dziecko. Zerwałem się z łóżka, chwyciłem kurtkę i wybiegłem na zewnątrz. Myślałem - koniec. Jestem skończony. Co powiem moim rodzicom? Gdzieś, pięćset kilometrów stąd, harowali ciężko, by ich ukochany synek wyszedł na ludzi, ukończył studia i był szczęśliwy. Wierzyli we mnie. Dali mi wszystko, co mogli dać, odbierając sobie bardzo wiele. Szedłem tak długo, z tymi myślami. Deszcz mieszał się z moimi łzami. Pamiętam jak wtedy kląłem , przeklinałem, chciało mi się wrzeszczeć, wyć, krzyczeć, uciec gdzieś - ale dokąd? Aż w końcu stanąłem przed kościołem. Był późny wieczór. Kościół zamknięty. Uklęknąłem przed drzwiami, oparłem o nie swoje czoło i zacząłem wrzeszczeć do Boga. Potrzebowałem Go. Kiedyś słyszałem, jak w kościele mówili, że On przyszedł do chorych a nie do tych, co się dobrze mają. Cisza... Tylko deszcz i szum wiatru. Ale w tej ciszy było coś, co mnie uspokoiło. Zerwałem się z miejsca i pobiegłem do pobliskiej plebanii. Zacząłem na oślep dzwonić do wszystkich księży, tam mieszkających. Musiałem się wyspowiadać. Tak, byłem tego pewny, musiałem się wyspowiadać!!! Potrzebowałem oczyszczenia... Potrzebowałem uzdrowienia... Potrzebowałem Boga, który nie mógł mnie odrzucić. Teraz, albo nigdy! Jeśli istniejesz - wyciągnij mnie z bagna i tego piekła, które rozpętałem na własne życzenie. W domofonie usłyszałem nagle spokojny głos jakiegoś księdza. Wybuchłem płaczem...

Ten wieczór zdawał się nie mieć końca... W spowiedzi wyrzuciłem z siebie wszystko. Nie pamiętam ile trwała. Mówiłem dużo, przez łzy, ksiądz nie przerywał, tylko słuchał. Opowiedziałem historię mojego życia, wszystko, co podpowiadało mi moje niespokojne serce. Mówiłem o tym wszystkim nie księdzu, ale Bogu. Czułem, że mnie słyszy. Pomyślałem: przecież on to wszystko wie... On tak, ale i do mnie musiało to wszystko dotrzeć. Potężna fala wyzwalającej prawdy uniosła mnie i moją rozpacz, poddałem się sile żywiołu, wiedziałem, że nic mi się nie stanie. On był zbyt blisko...

Wracałem do akademika mocno wyczerpany. Wszystko mnie bolało: kości, mięśnie, głowa... Rzuciłem się na łóżko i zasnąłem. Po raz pierwszy, od długiego czasu, zasnąłem. Nie mogło być inaczej. Łaska przebaczenia uspokoiła wezbrane wody. Spałem wtulony w mojego Boga... Który mnie ocalił...

W kilka dni póżniej spakowałem się, by powrócić w moje rodzinne strony. Siedziałem w pociągu, skulony jak przerażone pisklę. Teraz czekało mnie coś najtrudniejszego. Spotkanie z rodzicami. Pociąg sunął się mozolnie, po mocno żelaznych szynach, wioząc zalęknionego syna, który zawiódł swoją matkę i ojca. Cały czas się modliłem. Od czasu do czasu w myślach pojawiała się twarz płaczącej mamy i twarz taty, z jego surowym spojrzeniem i krzykiem w tle. Był porywczym i nerwowym człowiekiem.

Gdy pociąg wjeżdżał na stację Braniewo, czekałem na najgorsze. Wyszedłem z pociągu. W oddali ujrzałem sylwetkę ojca. Zbliżałem się do niego powoli, niepewnie. Gotowy na wszystko. Na pierwsze docinki, marudzenie, może krzyk... Na pierwsze przekleństwa...

Ojciec nagle ruszył w moją stronę. Czułem w powietrzu jego siłę i moc. Spuściłem wzrok, czułem, że pod powiekami za chwilę pojawią się pierwsze łzy. Nie krzyczał... Nic nie powiedział, tylko rzucił się na mnie, oplatając mnie swymi ramionami. Ten uścisk wszedł w fazę nieskończoności. Uścisnął mnie mocno, jak gdyby nie chciał mnie już nigdy ze swoich ojcowskich ramion wypuścić. To nie był sen. To był mój ojciec, jakiego wcześniej nigdy nie znałem... Szeptał mi do ucha: synu, jak ty wyglądasz?... Znoszona kurtka, spodnie, stare buty. Cała kasa szła przecież na zabawę, alkohol, fajki, trawę... Płakałem. A on mnie ciągle ściskał. I wtedy poczułem coś, co mnie z jednej strony przeraziło a z drugiej zalało niedającym się opisać pokojem. Poczułem nie tylko ramiona mojego taty. To nie były tylko jego ramiona. W tym momencie, na peronie, obejmował mnie sam Bóg. Ojciec obejmował syna marnotrawnego... Bóg objął swoje zagubione dziecko. To doświadczenie było tak silne, tak stuprocentowe, że nawet teraz kiedy to piszę, przenika moje ciało dreszcz, zmieszany ze wzruszeniem. Tego dnia uzyskałem, jedyny z możliwych, dowód - na istnienie Boga. Dowód spłodzony w ramionach mojego biologicznego ojca...

I wtedy byłem już pewien swojej przyszłości. W objęciu Boga pojawiło się pragnienie, mocne i nie do zniszczenia. Pragnienie obejmowania ludzi zagubionych. Pragnienie szukania tych, którym brakuje sił do odnalezienia pokoju ducha. Pragnienie, by inni w moich ramionach, słowach, gestach mogli odkryć tajemnicę najpełniejszej i prawdziwej miłości, której na imię - Bóg... Jedna droga umożliwiła mi realizację tego silnego pragnienia. Wstąpiłem do zakonu. Zostałem księdzem i zakonnikiem. By Bóg mógł przeze mnie odnajdywać tych, którzy od Niego odeszli, w dalekie strony, pełne mroku i zwątpienia...

„Stworzyłeś mnie, Boże, dla siebie i niespokojne jest serce moje, dopóki nie spocznie w Tobie”. To słowa św. Augustyna. Moje ulubione, bo pełne tego, co dane mi było doświadczyć... Wiele jest historii niespokojnych serc. I wiele z tych historii rozgrywa się pośród nas, cichych i rzeczywistych do bólu... Bogu te wszystkie historie zawierzam, z nadzieją (może czasami aż nazbyt natrętną), że nie jedno serce (zagubione i niespokojne) otworzy się na łaskę wiary, by spocząć w ramionach ciepłych od prawdziwej miłości.

"Oto czynię wszystko nowe. (...) Stało się. Jam Alfa i Omega, Początek i koniec. Ja pragnącemu dam darmo pić ze źródła wody życia (...) I będę Bogiem dla niego, a on dla mnie będzie synem..."
(Ap 21, 5-7)