30 grudnia 2010
Uroki "nieszczęsnej kolędy"...
Co do kolędy... Różnie się w tej naszej katolickiej Polsce o niej mówi. W ostatnich dniach to jeden z najgorętszych tematów poruszanych wszędzie: w domach, w sklepie, na ulicach, w szkole. Tradycja kolędy, choć stara jak niektóre polskie dęby, musi przejść swoją konfrontację nie tylko na płaszczyźnie religijnej ale i w kontekście kulturowo-społecznym czasów, w których żyjemy.
Ostatnio na jednym z blogów natknąłem się na porównanie kolędy do "ogólnopolskiej plagi" idącej przez nasze domy w styczniowe popołudnia. "Nieszczęsna kolęda" jednych mobilizuje, innych irytuje, jeszcze innych przyprawia o poważny ból głowy. Bo to przecież trzeba chałupę wysprzątać, jakąś kopertę przygotować, dzieci w pion postawić - no i jakoś to wszystko przeżyć. Klimat kolędowy udziela się (chyba można tak to ująć) obydwu stronom. Jest więc ksiądz, który przedzierając się przez mroźne powietrze musi odwiedzić od 20 do 40 a nawet 50 rodzin dziennie. Wyrusza ok. 15:00 bądź 16:00 godziny a zdarza się że do ostatnich domostw dociera nawet ok. godz. 22:00. Jest i rodzina - wyczekująca, czasami nawet wiele dobrych godzin. Pojawia się pierwsza nerwówka, ciągłe wyglądanie przez okno a nawet i wędrówki korytarzami klatek schodowych. A kiedy już ksiądz wchodzi - różnie się to wszystko potoczyć może. Są "księża sprinterzy" - czyli 5 minut, ładny uśmiech, kilka kropel święconej wody, ładny obrazek dla każdego i "cześć". Swoją drogą "księża sprinterzy" są dowodem na to, że z polską lekkoatletyką nie jest jeszcze tak źle. To oczywiście żart. Są też "księża inkwizytatorzy" z tysiącem pytań, czasami pretensji, wykazujący z kartą w ręku, małą pobożność wielu członków rodziny. Stosy zaczynają płonąć - gdy ksiądz gorliwy odkryje jeszcze niesakramentalny związek. Gdyby nie ostatnie akordy odświarzacza powietrza czy pachnącej świeczki, swąd siarki piekielnej zabiłby obydwie strony. Osobiście nigdy w żywocie swoim "księdza inkwizytatora" nie spotkałem, ale wiem, że takowi się jeszcze zdarzają i potrafią porządnie sumieniami wielu ochrzczonych (a w grzechu żyjących) potrząsnąć. No i są "księża z pierwszej okładki" - milusińscy, kulturalni, fajni, ot tacy do przytulenia. Choć ani razu nie pada słowo "Bóg", "Chrystus" czy "Ewangelia" - wszyscy bawią się fajnie, jak w amerykańskim kinie. Może jestem radykałem ale dla mnie to też żadna kolęda. Nic to z Ewangelią nie ma wspólnego. Czymże jest więc owa "nieszczęsna kolęda", wpisana w kalendarz większości polskich rodzin?
Po pierwsze... Kolęda to czas wspólnej modlitwy. Proszę zwrócić uwagę: w większości polskich domów to jedyny moment w roku, kiedy cała rodzina razem z księdzem modli się w rodzinnym domu. Nie w kościele, ale we własnym domu. Ojciec, matka, dzieci, dziadkowie... Wszyscy mają złożone dłonie i kierują swój wzrok i serce w stronę Boga. Są domy, w których dzieci tylko ten jeden raz widzą swoich rodziców zatopionych w modlitwie. Dla mnie osobiście jest to poruszajaca chwila. I czuję zawsze jak to wspólne wołanie do Boga - napełnia domowstwa Bożym światłem i łaską.
drugie... Kolęda to czas Bożego błogosławieństwa. W słowach: "Niech Was strzeże, umacnia i Wam błogosławi Bóg Wszechmogący"... kryje się moc i łaska samego Boga. Błogosławieństwo jest przeciwnością przekleństwa. Krople święconej wody, towarzyszące błogosławieństwu, "egzorcyzmują" przestrzeń w której żyją rodziny. A nie ma co owijać w bawełnę: pod dachami naszych domów grzechów panoszy się wiele. Diabeł nie znosi kolędy. Równie mocno jak święconej wody i księży, którzy udzielając sakramentów - niweczą jego dzieło wciągania w świat kłamstwa oraz iluzji a nade wszystko upadlania ludzkiej godności.
Po trzecie... Kolęda to czas nawrócenia księdza. Dla mnie osobiście kolęda staje się źródłem wielu refleksji, wzruszeń, dojrzewania w kapłaństwie. Chodząc po domach widzę, jak moi parafianie żyją, poznaję ich problemy, wchodzę w to wszystko, czym żyją i jak żyją. Nie oddziela mnie tedy od parafian kamienny stół ołtarza ani ambona, czy balaski. W jakiś sposób każda kolęda staje się dla mnie jednym wielkim rachunkiem sumienia. Wchodząc w życie wielu rodzin mam okazję zobaczyć - jak bardzo ludzie potrzebują chociażby z pozycji ambony i głoszonego słowa - strumienia nadziei i pocieszenia. A nie moralizowania, czy wielkich teologicznych mądrości, które nic ze sobą nie niosą.
Na kolędę staram się patrzeć zatem z perspektywy wiary. Bo kolęda to nie tylko zlepek pewnych tradycji, norm społecznych czy religijnych zachowań. I nawet jeśli kolęda trwa 10 minut - to uwierzcie mi, tyle Panu Bogu wystarczy, by w danym domu rozlała się Jego niewidzialna łaska. Zbyt powierzchowne i zewnętrzne postrzeganie kolędy jest głęboko niesprawiedliwe. A jak ktoś chce dłużej z księdzem porozmawiać - proponuję spotkanie i podaję numer swojego telefonu. Chodzę po kolędzie od pięciu lat. Zgadnijcie, ilu pragnących głębszej rozmowy - zadzwoniło? Nikt... I to też daje mi dużo do myślenia...
Co do koperty... Nie jest to obowiązek i nakaz. Nigdy sam do ręki koperty nie biorę, chyba, że ktoś wyraźnie chce na Kościół ofiarę złożyć i podaje mi szczerze tę kopertę do ręki. Zdaża się, że często tej słynnej koperty, szczególnie w rodzinach uboższych, w ogóle nie zabieram. Tak mi podpowiada sumienie, rozum i serce.
Kolęda "nieszczęsna" może stać się "kolędą szczęśliwą". Owszem - dużo tu zależy od księdza. Choć od przyjmującej rodziny równie dużo. Jeden tylko Bóg w tym wszystkim nigdy nie zawodzi. "Bo - jak to sam zapewnił Chrystus - gdzie dwóch albo trzech gromadzi się w imię moje, tam Ja jestem".... A na kolędzie gromadzimy się właśnie w Jego imię...
Czekam na Wasze głosy i świadectwa... Odnośnie kolędy. Przydadzą się, bo wyruszam 2 lutego :)
______________
tekst archiwalny, ale wciąż na czasie :)
28 grudnia 2010
"Miłość" w czasach zarazy
„Sir Elton John i jego partner David Furnish zostali rodzicami. W Boże Narodzenie w Kalifornii matka zastępcza urodziła dla nich syna - podał magazyn "US Weekly". Chłopiec nazywa się Zachary Jackson Levon Furnish-John i jest pierwszym dzieckiem brytyjskiego piosenkarza i kanadyjskiego filmowca, którzy są razem od wczesnych lat 90. Para, która w 2005 roku zawarła ślub cywilny, próbowała w ubiegłym roku adoptować zarażoną AIDS sierotę z Ukrainy, jednak nie udało jej się przezwyciężyć regulacji administracyjnych” – podaje portal Onet.pl. Kolejny news, który ma prześwidrować mózg przeciętnego Polaka (szczególnie Polaka – konserwatysty) i oswoić naród z myślą metapozytywną, że gej też człowiek i dziecko wychować potrafi.
Wiadomość o szczęśliwych gejach-tatusiach (no chyba, że któryś z panów czuje się mamusią) sąsiaduje na portalu z innym „ciekawym” materiałem w formie fotoreportażu pod znamiennym tytułem: „ Biło seksem ze sceny! Zobacz zdjęcia”! Nie zobaczyłem i nie żałuję. Za to mocno się przejąłem losem nowo narodzonej dzieciny, szczerze jej współczując. Ponadto biłem się z myślami (przez conajmniej kwadrans), czy Zachary powstał z nasienia Eltona, czy Davida?... Jest też trzecia możliwość: nasienie pochodziło od innego mężczyzny, który korzystając z dobrodziejstwa banku spermy, nawet coś na tym zarobił. Jedno jest pewne: z racji czysto technicznych (i naturalnych, rzecz jasna) ani Elton ani David ciąży nie nosili i dzięki temu uniknęli bólu porodu. Dumnie nazwali siebie „rodzicami” i rozpoczęli „hodowlę” kolejnego homoseksualisty, który na razie tylko płacze i robi w pieluchy, ale w przyszłości, kto wie, może pójdzie w ślady swoich tatusiów. Ci zaś nie ukrywają wzruszenia: "Jesteśmy przepełnieni radością i szczęściem w tej wyjątkowej chwili. Zachary jest zdrowy i ma się naprawdę dobrze. Jesteśmy bardzo dumnymi i szczęśliwymi rodzicami".
Morał bajki „O dwóch gejach tatusiach, co nie zrodzili synka” jest raczej smutny i przerażający zarazem: „nawet geje, w swej chorobie, mają dziecko, radząc sobie”. I tak oto mały Zachary Jackson, nie mogący possać mleka ani z piersi Eltona ani z piersi Davida, rozpoczął swój żywot w gejowskiej rodzinie, którą łączy z pewnością jedno: i tatusie i synek noszą pampersy, żeby nie daj Boże, coś z jelita nie wyleciało na luksusową podłogę luksusowej posiadłości sir Eltona Johna i jego życiowego partnera.
Wzięło mnie trochę na żarty i ironię, ale problem jest poważny. Kolejny znak czasu (mocny i niepokojący), znak idealnie pasujący do naszej schorowanej europejskiej cywilizacji, która usiłuje raz na zawsze zamykając Bogu usta - ogłosić wszem i wobec, że tzw. „gejowska miłość” w czasach moralno-etycznej zarazy zdolna jest do wszystkiego, nawet do wychowania dziecka. Na nic tradycja, psychologia, religia, na nic osamotnione głosy chrześcijańskich (i nie tylko) proroków, socjologów, psychologów, udowadniających, że by człowiek mógł wyrosnąć na normalnego i zdrowego człowieka, potrzeba mu kobiety i mężczyzny. No cóż... Zaraza się rozprzestrzenia, szczepionek brać nie chcą, zwieracze u wielu już dawno nie pracują, a dzieci?... Dzieci można kupić, zaadoptować,” wychować” i po krzyku, byleby tęczowa rewolucja uciemiężonych gejów wciąż mogła święcić triumfy, cel uświęcając chorymi środkami.
A mały Zachary?... Daj mu Panie Boże szczęśliwe (bo na „normalne” raczej nie ma co liczyć) dzieciństwo. Wiem, będzie trudno, ale przecież dla Ciebie, Panie, nie ma rzeczy niemożliwych. Nawet w czasach zarazy...
25 grudnia 2010
17 grudnia 2010
Koniec spania...
To nie były łatwe rekolekcje. Choć św. Michał Archanioł (ich naczelny patron) dwoił się i troił, jak zawsze, przełamując fale. Potężne fale zmęczenia, wątpliwości, fale natury technicznej, fale religijnych schematów. Te ostatnie Duchowi Świętemu nie ułatwiają działania, szczególnie wtedy, gdy Duch pragnie zadziałać w sercu letnim nieznośnie. Sercu, które bije rytmem znanym i utartym (od zawsze), przyzwyczajonym do wysłuchania jeszcze jednej nauki rekolekcyjnej, jeszcze jednej spowiedzi i jeszcze jednego powrotu do domu, by żyć dalej tak, jak się do tej pory żyło...
Warmię zasypało śniegiem. Porządnie i namiętnie. Do Kortowa dotarłem późnym wieczorem, w sobotę. Jechałem pociągiem dobre osiem godzin. W drodze modliłem się, spałem, czytałem książkę. Cel podróży: rekolekcje akademickie: „Któż jak Bóg”... Wciągnął mnie w to wszystko (jak zwykle) pan Leszek Dokowicz, człowiek charyzmatyczny, mąż cudownej żony, ojciec piątki dzieci, który przeżył wiele. Ów Boży człowiek nosi w sobie mądrą, bo ewangeliczną intuicję, którą można streścić w jednym zdaniu: „czas, by w polskim Kościele wierni i ich pasterze doświadczyli wreszcie (i porządnie) mocnego powiewu Ducha Świętego”... Powiewu, który otworzy oczy, który umożliwi doświadczenie żywego Boga i który „duchowych mięczaków” przemieni w oddanych Panu siewców Ewangelii.
Rekolekcje rozpoczęły się w niedzielę. Kolejne trzy dni wypełnione były Eucharystią, konferencjami połączonymi z multimedialną prezentacją i Adoracją Najświętszego Sakramentu. Plan był od początku jasny i prosty. Poruszyć temat walki duchowej, zagrożeń w przestrzeni pierwszego i szóstego przykazania. Wreszcie: przypomnieć młodym ludziom o obecności w Kościele żywegoChrystusa, posyłającego swoim umiłowanym dzieciom („robaczkom” jak by to ujął prorok Izajasz) Ducha Pocieszyciela, który prowadzi, uzdrawia, pociesza, broni i uświęca. Porzeczkę podnieśliśmy wysoko. Ale inaczej być nie mogło. Słyszalne były głosy, że studenci nie przyjdą, przestraszą się, nie włążą w to wszystko wysiłku. Obawy jak najbardziej uzasadnione choć wynikały one raczej z braku wiary, niż zdrowego rozsądku. Przez kolejne dni głosiliśmy z Leszkiem Słowo Boże, nie rozpieszczając nikogo, słowo prorockie, które musi wiele rozwalić, by coś nowego mogło zaistnieć. Czuliśmy, że nie jesteśmy sami. Modliło się w intencji tych rekolekcji wiele klasztorów, osób zakonnych, wspólnot. Modlitwa i post... Siła potężna, która nie zawodzi nigdy... Przed wyjazdem prosiłem moich kochanych lektorów i stargardzką młodzież: „módlcie się”... I modlili się, szczerze, wytrwale, nie zdając chyba sobie z tego sprawy, jak mocno święty czas rekolekcji w Kortowie wspierali. Byli z nami obywatele Nieba... Maryja, św. Michał Archanioł, św. Jan Chrzciciel, św. Łucja, św. Jan od Krzyża, św. ojciec Pio. Ich orędownictwa wzywaliśmy nieustannie. Nie zawiedli.
Przez kolejne dni pachniało coraz mocniej Niebem. Rozpoczynaliśmy wszystko Eucharystią (z wyjątkiem poniedziałku... niestety) o godz. 19:45 (wtorek), 20:00 (środa). W czasie niej głosiłem Słowo. Potem konferencja Leszka, świadectwo jego poplątanego niegdyś życia, mocne słowa o współczesnych bożkach, o destrukcyjnej sile pornografii, aborcji, magiczno-okultystycznych formach unicestwiania siebie etc. Odbyły się projekcje filmów „Syndrom” i „Duch” wzbogacone komentarzem Leszka. Ok. 22:00 Adoracja. Pierwszego dnia zachęcaliśmy młodych do gorącej modlitwy o uzdrowienie. Bóg rozpoczynał dokonywać wielkich cudów. Drugiego dnia oddawaliśmy swoje życie Jezusowi. Trzeciego trwaliśmy na modlitwie Uwielbienia, wzywaliśmy Ducha Świętego... Adoracje trwały długo. Środowa zakończyła się około północy. Duch Święty manifestował swoją obecność. Młodzi „pękali”, Duch kruszył ich ciała, serca, umysły. Z dnia na dzień studentów przybywało. Pan ich przyprowadzał i mocno nimi potrząsał. Uzdrawiał w konfesjonale, umacniał na modlitwie, rozpalał ogień w czasie Adoracji. W ostatni wieczór pozwolił także na manifestację złego ducha. Wielu studentów zamarło z przerażenia. Padali na kolana, modlili się na głos, płakali. Kapłani nakładali na nich ręce, prosili o dary Ducha. Kościół wypełniał się każdego wieczoru łzami, gorącą modlitwą, ogniem żywego, duchowego doświadczenia. I o to chodziło. Chwała Panu...
Wracałem z Olsztyna umocniony. Kolejny znak w życiu grzesznika, który pięć lat temu przyjął święcenia kapłańskie. Pan jest wielki. I miłosierny. Poczułem na tych rekolekcjach „Wiosnę Kościoła”, o której tak wiele razy mówił Jan Paweł II. Wiosnę pachnącą Niebem, Wiosnę Kościoła, który na dzień dzisiejszy nie ma innego wyboru... Więcej Pięćdziesiątnicy... Więcej wiary biskupów i kapłanów w moc Ducha Świętego. Tak wiele jest w nas sceptycyzmu, niewiary, strachu... Dopóki plebanie, klasztory, pałace biskupie, parafie nie przejdą doświadczenia Wieczernika, dopóty ziemia pokryta będzie nieustannie letnimi katolikami, których Najwyższy „wyżyga” z ust swoich... Przerażająca perspektywa z Apokalipsy... Równie przerażająca, co letniość katolików, którym diabeł krępuje ręce i zamyka usta. Siedzieć cicho, cieszyć się z jeszcze pełnych kościołów, nie widzieć śmierci duchowej tysiąca młodych ludzi, których w naszym Kościele coraz mniej. Przespać to wszystko... Duchu Święty... Obudź nas... I zmaż krew ignorncji, którą mamy na rękach... Koniec spania...
9 grudnia 2010
Nigdy nie trać cierpliwości...
„Nigdy nie trać cierpliwości – to jest ostatni klucz, który otwiera drzwi”.....
Antoine de Saint-Exupéry
Trudna jest „cierpliwość”. A przecież bez niej nie ma miłości. Prawdziwej, mądrej, krystalicznie czystej. Cierpliwie kochać, cierpliwie prowadzić, cierpliwie wychowywać. Nie zatrzymywać się nad „teraz”, ale też zrobić miejsce na nadzieję. Brakuje nam cierpliwości, bo lubimy efektywność i ten „dreszczyk w duszy” kiedy coś się udało i widać konkretne owoce...
Jezus był cierpliwy. Fascynuje mnie Jego Boska moc i ludzka dojrzałość. Spojrzenie cierpliwego faceta, utkwione w tłumie i ucznich. Mówił do nich, tłumaczył, był z nimi, podnosił z gleby. Jakże musiało Go boleć, „że mają oczy a nie widzą, mają uszy a nie słyszą”. Szedł czasami późną nocą, na „miejsce pustynne”, modlił się, może płakał, poruszony ignorancją i zagubieniem człowieka. W uszach brzęczały Mu słowa Ojca, które usłyszał pod natchnieniem Ducha Świętego mędrzec Kochelet, słowa odczytywane w synagodze, że „wszystko ma swój czas”...
Mówił o sobie Jezus, że jest cichy i pokornego serca. Cierpliwość może dlatego jest tak trudna w „użyciu”, że pozbawiona instrukcji dla idiotów, wymaga pokory i wyciszenia. Uznania swojej małości i zrobienia przestrzeni dla łaski. Mistrzowie „trzymania ręki na pulsie” popadają w furię, gdy coś się nie udaje. Nauczyciel fizyki, tłumaczący godzinami prawa termodynamiki, dostaje zawału przeglądając i oceniając sprawdziany, z których połowa nadaje się do spuszczenia w sedesie. Ksiądz... Traci powoli cierpliwość, gdy... No właśnie. Jestem blisko młodzieży szkół średnich i studentów, rozmawiam, tłumaczę, staram się życiem zaświadczyć, konkretami dnia codziennego, a oni... Oni i tak robią swoje... I można się przerazić, kulkę w łeb władować. Ale po co? Może lepiej pójść śladami Jezusa, który swoją ewangeliczną pedagogię rozłożył na tysiące lat, cierpliwie (po dzień dzisiejszy) kochając człowieka, nasze ludzkie bunty, krnąbrność, pomyłki...
Może dlatego brakuje mi cierpliwości, bo wciąż za mało we mnie łaski... Powoli odkrywam, że Adwent to nie tylko czas czujnego oczekiwania. To także „szkoła cierpliwości”. Uczenia się bycia bardziej cierpliwym, to znaczy: pokorniejszym i wyciszonym. Pokora robi przecież miejsce dla Tego, który wie najlepiej, czego nam potrzeba. Który jest „Panem historii”. Cisza demaskuje kompleksy, lęk, odkrywa świat naszej wewnętrznej plątaniny uczuć, emocji, wspomnień. Więcej, sprawia, że rany dotąd ukryte, zaczynają krwawić, tak jak Jego dłonie i stopy, unieruchomione na drzewie krzyża. A to wszystko trzeba uzdrowić, poukładać, zalać balsamem miłosierdzia, olejem sprawiedliwości... Cierpliwość to” cierpienie rozłożone w czasie”. Jeszcze nie dziś, jeszcze nie wczoraj i może jeszcze nie jutro, będzie bolało, śmiech zmiesza się z płaczem, ale Pan nie zapomni, będzie prowadził, będzie oczyszczał, będzie uzdrawiał. Pokorny i wyciszony zrobi dla Niego miejsce. Pozwoli Mu dołożyć Boskie „trzy grosze”, da Mu szansę zainwestowania w swój niepokój, ciągłe wypatrywanie efektów i sukcesów. Zamieni je wszystkie w „miłość cierpliwą” wobec tych, którzy tak blisko nas żyją, a którym możemy pomóc, cierpliwie walcząc o ich wieczne szczęście...
Ten, który przyjdzie, którego oczekujemy, jest cierpliwy do szpiku kości. Pragniesz się z Nim spotkać?... Pokochaj cierpliwość. Pozwól jej zakrólować w swoich wnętrznościach. Daj nam Panie siłę cierpienia rozłożonego w czasie... Ucz nas cierpliwości... Niech ostatni klucz otworzy drzwi, przez które będziesz mógł wejść... Marana tha...
6 grudnia 2010
Subskrybuj:
Posty (Atom)
Chrystusowcy....
Zasadniczym celem Towarzystwa Chrystusowego dla Polonii Zagranicznej jest uwielbienie Boga i uświęcenie się poprzez naśladowanie Jezusa Chrystusa. W sposób szczególny członkowie Towarzystwa włączają się w apostolstwo na rzecz rodaków przebywających poza granicami państwa polskiego.
Duchowość Towarzystwa Chrystusowego, wypływająca z życia zakonnego i kapłańskiego jego członków, oparta jest na charyzmacie Założyciela kard. Augusta Hlonda i posłannictwie zgromadzenia. Wypływa także z późniejszych tradycji wypracowanych przez wspólnotę, kierowanej zwłaszcza przez pierwszego przełożonego generalnego, współzałożyciela ks. Ignacego Posadzego.
Duchowość Towarzystwa Chrystusowego, wypływająca z życia zakonnego i kapłańskiego jego członków, oparta jest na charyzmacie Założyciela kard. Augusta Hlonda i posłannictwie zgromadzenia. Wypływa także z późniejszych tradycji wypracowanych przez wspólnotę, kierowanej zwłaszcza przez pierwszego przełożonego generalnego, współzałożyciela ks. Ignacego Posadzego.
Działalność Towarzystwa Chrystusowego zdeterminowana jest misją apostolską zleconą przez Kościół. Wypełniana jest poprzez gorliwe życie radami ewangelicznymi, modlitwą i pokutą oraz wszelkiego rodzaju pracami duszpasterskimi podejmowanymi dla dobra Polaków żyjącymi poza granicami kraju.
Kapłani Towarzystwa, jako słudzy Chrystusa niosą dobrą nowinę o zbawieniu wszystkim rodakom. Służą im nie tylko opieką duszpasterską, ale również kulturową i społeczną. Bracia zakonni uczestniczą w posłannictwie Towarzystwa poprzez gorliwe życie zakonne i podejmowane różnorakie prace dla wypełniania misji zgromadzenia.
Świadectwo....
...Z wiarą w Boga jest jak z lataniem. Może i nie jesteśmy ptakami, na rękach w powietrze się nie wzniesiemy, ale sny Dedala i Ikara o tańcu w chmurach drzemią w każdym z nas. Ktoś musiał zatem wymyśleć samoloty, balony, spadochrony. By poczuć trochę wolności i oderwać się od ziemi, wypowiadając wojnę poczciwemu prawu grawitacji.
Wierzyć, znaczy wzbić się - ze swoim niespokojnym sercem - w przestworza nieznane, bez skrzydeł. Myślę o tym, bo wciąż jestem świadkiem rzeczy i wydarzeń, o których jeszcze kiedyś mógłbym pomyśleć: zwykły przypadek, zbieg okoliczności, sztuczka nad sztuczkami. Kto raz spotkał na swojej drodze Boga, żywego i realnego, wszedłszy w zawiłość doświadczenia Jego obecności, ten już nigdy nie pomyśli, nawet na moment, że bez skrzydeł nie da się ulecieć w głąb tajemnicy. Niespokojne serce musi ostatecznie spocząć w Bogu...
To było 10 lat temu. Studiowałem wtedy filologię polską na Uniwersytecie Szczecińskim. Młody chłopak, z małej warmińskiej wioski, z legitymacją studencką w ręku, wylądował w dużym mieście. Zamieszkałem w akademiku. Nowe znajomości, kumple, wykłady, imprezy - życie studenckie. Wtedy w akademikach nie było internetu czy telewizji. Było za to życie towarzyskie, wysiadywanie do późnych godzin nocnych na korytarzach i w klubach studenckich. Mijały tygodnie. Wódka lała się litrami, dym palonej trawki - szwendał się bezwiednie korytarzami studenckiego organizmu. Przyszedł moment, że sięgnąłem przysłowiowego dna. Zawalone wykłady, moralność poniżej zera, pustka wewnętrzna coraz dotkliwiej dawała znać o sobie. Skreślono mnie w końcu z listy studentów. Wrak człowieka, z parszywą wewnętrzną samotnością, zawył któregoś wieczoru głęboko we mnie, ogłaszając całemu wszechświatu, że jestem prawdziwym zerem. Pamiętam ten wieczór. Leżałem w ciemnym pokoju, za oknami padał dołujący mnie jeszcze bardziej deszcz. Zacząłem płakać. Jak małe dziecko. Zerwałem się z łóżka, chwyciłem kurtkę i wybiegłem na zewnątrz. Myślałem - koniec. Jestem skończony. Co powiem moim rodzicom? Gdzieś, pięćset kilometrów stąd, harowali ciężko, by ich ukochany synek wyszedł na ludzi, ukończył studia i był szczęśliwy. Wierzyli we mnie. Dali mi wszystko, co mogli dać, odbierając sobie bardzo wiele. Szedłem tak długo, z tymi myślami. Deszcz mieszał się z moimi łzami. Pamiętam jak wtedy kląłem , przeklinałem, chciało mi się wrzeszczeć, wyć, krzyczeć, uciec gdzieś - ale dokąd? Aż w końcu stanąłem przed kościołem. Był późny wieczór. Kościół zamknięty. Uklęknąłem przed drzwiami, oparłem o nie swoje czoło i zacząłem wrzeszczeć do Boga. Potrzebowałem Go. Kiedyś słyszałem, jak w kościele mówili, że On przyszedł do chorych a nie do tych, co się dobrze mają. Cisza... Tylko deszcz i szum wiatru. Ale w tej ciszy było coś, co mnie uspokoiło. Zerwałem się z miejsca i pobiegłem do pobliskiej plebanii. Zacząłem na oślep dzwonić do wszystkich księży, tam mieszkających. Musiałem się wyspowiadać. Tak, byłem tego pewny, musiałem się wyspowiadać!!! Potrzebowałem oczyszczenia... Potrzebowałem uzdrowienia... Potrzebowałem Boga, który nie mógł mnie odrzucić. Teraz, albo nigdy! Jeśli istniejesz - wyciągnij mnie z bagna i tego piekła, które rozpętałem na własne życzenie. W domofonie usłyszałem nagle spokojny głos jakiegoś księdza. Wybuchłem płaczem...
Ten wieczór zdawał się nie mieć końca... W spowiedzi wyrzuciłem z siebie wszystko. Nie pamiętam ile trwała. Mówiłem dużo, przez łzy, ksiądz nie przerywał, tylko słuchał. Opowiedziałem historię mojego życia, wszystko, co podpowiadało mi moje niespokojne serce. Mówiłem o tym wszystkim nie księdzu, ale Bogu. Czułem, że mnie słyszy. Pomyślałem: przecież on to wszystko wie... On tak, ale i do mnie musiało to wszystko dotrzeć. Potężna fala wyzwalającej prawdy uniosła mnie i moją rozpacz, poddałem się sile żywiołu, wiedziałem, że nic mi się nie stanie. On był zbyt blisko...
Wracałem do akademika mocno wyczerpany. Wszystko mnie bolało: kości, mięśnie, głowa... Rzuciłem się na łóżko i zasnąłem. Po raz pierwszy, od długiego czasu, zasnąłem. Nie mogło być inaczej. Łaska przebaczenia uspokoiła wezbrane wody. Spałem wtulony w mojego Boga... Który mnie ocalił...
W kilka dni póżniej spakowałem się, by powrócić w moje rodzinne strony. Siedziałem w pociągu, skulony jak przerażone pisklę. Teraz czekało mnie coś najtrudniejszego. Spotkanie z rodzicami. Pociąg sunął się mozolnie, po mocno żelaznych szynach, wioząc zalęknionego syna, który zawiódł swoją matkę i ojca. Cały czas się modliłem. Od czasu do czasu w myślach pojawiała się twarz płaczącej mamy i twarz taty, z jego surowym spojrzeniem i krzykiem w tle. Był porywczym i nerwowym człowiekiem.
Gdy pociąg wjeżdżał na stację Braniewo, czekałem na najgorsze. Wyszedłem z pociągu. W oddali ujrzałem sylwetkę ojca. Zbliżałem się do niego powoli, niepewnie. Gotowy na wszystko. Na pierwsze docinki, marudzenie, może krzyk... Na pierwsze przekleństwa...
Ojciec nagle ruszył w moją stronę. Czułem w powietrzu jego siłę i moc. Spuściłem wzrok, czułem, że pod powiekami za chwilę pojawią się pierwsze łzy. Nie krzyczał... Nic nie powiedział, tylko rzucił się na mnie, oplatając mnie swymi ramionami. Ten uścisk wszedł w fazę nieskończoności. Uścisnął mnie mocno, jak gdyby nie chciał mnie już nigdy ze swoich ojcowskich ramion wypuścić. To nie był sen. To był mój ojciec, jakiego wcześniej nigdy nie znałem... Szeptał mi do ucha: synu, jak ty wyglądasz?... Znoszona kurtka, spodnie, stare buty. Cała kasa szła przecież na zabawę, alkohol, fajki, trawę... Płakałem. A on mnie ciągle ściskał. I wtedy poczułem coś, co mnie z jednej strony przeraziło a z drugiej zalało niedającym się opisać pokojem. Poczułem nie tylko ramiona mojego taty. To nie były tylko jego ramiona. W tym momencie, na peronie, obejmował mnie sam Bóg. Ojciec obejmował syna marnotrawnego... Bóg objął swoje zagubione dziecko. To doświadczenie było tak silne, tak stuprocentowe, że nawet teraz kiedy to piszę, przenika moje ciało dreszcz, zmieszany ze wzruszeniem. Tego dnia uzyskałem, jedyny z możliwych, dowód - na istnienie Boga. Dowód spłodzony w ramionach mojego biologicznego ojca...
I wtedy byłem już pewien swojej przyszłości. W objęciu Boga pojawiło się pragnienie, mocne i nie do zniszczenia. Pragnienie obejmowania ludzi zagubionych. Pragnienie szukania tych, którym brakuje sił do odnalezienia pokoju ducha. Pragnienie, by inni w moich ramionach, słowach, gestach mogli odkryć tajemnicę najpełniejszej i prawdziwej miłości, której na imię - Bóg... Jedna droga umożliwiła mi realizację tego silnego pragnienia. Wstąpiłem do zakonu. Zostałem księdzem i zakonnikiem. By Bóg mógł przeze mnie odnajdywać tych, którzy od Niego odeszli, w dalekie strony, pełne mroku i zwątpienia...
„Stworzyłeś mnie, Boże, dla siebie i niespokojne jest serce moje, dopóki nie spocznie w Tobie”. To słowa św. Augustyna. Moje ulubione, bo pełne tego, co dane mi było doświadczyć... Wiele jest historii niespokojnych serc. I wiele z tych historii rozgrywa się pośród nas, cichych i rzeczywistych do bólu... Bogu te wszystkie historie zawierzam, z nadzieją (może czasami aż nazbyt natrętną), że nie jedno serce (zagubione i niespokojne) otworzy się na łaskę wiary, by spocząć w ramionach ciepłych od prawdziwej miłości.
Wierzyć, znaczy wzbić się - ze swoim niespokojnym sercem - w przestworza nieznane, bez skrzydeł. Myślę o tym, bo wciąż jestem świadkiem rzeczy i wydarzeń, o których jeszcze kiedyś mógłbym pomyśleć: zwykły przypadek, zbieg okoliczności, sztuczka nad sztuczkami. Kto raz spotkał na swojej drodze Boga, żywego i realnego, wszedłszy w zawiłość doświadczenia Jego obecności, ten już nigdy nie pomyśli, nawet na moment, że bez skrzydeł nie da się ulecieć w głąb tajemnicy. Niespokojne serce musi ostatecznie spocząć w Bogu...
To było 10 lat temu. Studiowałem wtedy filologię polską na Uniwersytecie Szczecińskim. Młody chłopak, z małej warmińskiej wioski, z legitymacją studencką w ręku, wylądował w dużym mieście. Zamieszkałem w akademiku. Nowe znajomości, kumple, wykłady, imprezy - życie studenckie. Wtedy w akademikach nie było internetu czy telewizji. Było za to życie towarzyskie, wysiadywanie do późnych godzin nocnych na korytarzach i w klubach studenckich. Mijały tygodnie. Wódka lała się litrami, dym palonej trawki - szwendał się bezwiednie korytarzami studenckiego organizmu. Przyszedł moment, że sięgnąłem przysłowiowego dna. Zawalone wykłady, moralność poniżej zera, pustka wewnętrzna coraz dotkliwiej dawała znać o sobie. Skreślono mnie w końcu z listy studentów. Wrak człowieka, z parszywą wewnętrzną samotnością, zawył któregoś wieczoru głęboko we mnie, ogłaszając całemu wszechświatu, że jestem prawdziwym zerem. Pamiętam ten wieczór. Leżałem w ciemnym pokoju, za oknami padał dołujący mnie jeszcze bardziej deszcz. Zacząłem płakać. Jak małe dziecko. Zerwałem się z łóżka, chwyciłem kurtkę i wybiegłem na zewnątrz. Myślałem - koniec. Jestem skończony. Co powiem moim rodzicom? Gdzieś, pięćset kilometrów stąd, harowali ciężko, by ich ukochany synek wyszedł na ludzi, ukończył studia i był szczęśliwy. Wierzyli we mnie. Dali mi wszystko, co mogli dać, odbierając sobie bardzo wiele. Szedłem tak długo, z tymi myślami. Deszcz mieszał się z moimi łzami. Pamiętam jak wtedy kląłem , przeklinałem, chciało mi się wrzeszczeć, wyć, krzyczeć, uciec gdzieś - ale dokąd? Aż w końcu stanąłem przed kościołem. Był późny wieczór. Kościół zamknięty. Uklęknąłem przed drzwiami, oparłem o nie swoje czoło i zacząłem wrzeszczeć do Boga. Potrzebowałem Go. Kiedyś słyszałem, jak w kościele mówili, że On przyszedł do chorych a nie do tych, co się dobrze mają. Cisza... Tylko deszcz i szum wiatru. Ale w tej ciszy było coś, co mnie uspokoiło. Zerwałem się z miejsca i pobiegłem do pobliskiej plebanii. Zacząłem na oślep dzwonić do wszystkich księży, tam mieszkających. Musiałem się wyspowiadać. Tak, byłem tego pewny, musiałem się wyspowiadać!!! Potrzebowałem oczyszczenia... Potrzebowałem uzdrowienia... Potrzebowałem Boga, który nie mógł mnie odrzucić. Teraz, albo nigdy! Jeśli istniejesz - wyciągnij mnie z bagna i tego piekła, które rozpętałem na własne życzenie. W domofonie usłyszałem nagle spokojny głos jakiegoś księdza. Wybuchłem płaczem...
Ten wieczór zdawał się nie mieć końca... W spowiedzi wyrzuciłem z siebie wszystko. Nie pamiętam ile trwała. Mówiłem dużo, przez łzy, ksiądz nie przerywał, tylko słuchał. Opowiedziałem historię mojego życia, wszystko, co podpowiadało mi moje niespokojne serce. Mówiłem o tym wszystkim nie księdzu, ale Bogu. Czułem, że mnie słyszy. Pomyślałem: przecież on to wszystko wie... On tak, ale i do mnie musiało to wszystko dotrzeć. Potężna fala wyzwalającej prawdy uniosła mnie i moją rozpacz, poddałem się sile żywiołu, wiedziałem, że nic mi się nie stanie. On był zbyt blisko...
Wracałem do akademika mocno wyczerpany. Wszystko mnie bolało: kości, mięśnie, głowa... Rzuciłem się na łóżko i zasnąłem. Po raz pierwszy, od długiego czasu, zasnąłem. Nie mogło być inaczej. Łaska przebaczenia uspokoiła wezbrane wody. Spałem wtulony w mojego Boga... Który mnie ocalił...
W kilka dni póżniej spakowałem się, by powrócić w moje rodzinne strony. Siedziałem w pociągu, skulony jak przerażone pisklę. Teraz czekało mnie coś najtrudniejszego. Spotkanie z rodzicami. Pociąg sunął się mozolnie, po mocno żelaznych szynach, wioząc zalęknionego syna, który zawiódł swoją matkę i ojca. Cały czas się modliłem. Od czasu do czasu w myślach pojawiała się twarz płaczącej mamy i twarz taty, z jego surowym spojrzeniem i krzykiem w tle. Był porywczym i nerwowym człowiekiem.
Gdy pociąg wjeżdżał na stację Braniewo, czekałem na najgorsze. Wyszedłem z pociągu. W oddali ujrzałem sylwetkę ojca. Zbliżałem się do niego powoli, niepewnie. Gotowy na wszystko. Na pierwsze docinki, marudzenie, może krzyk... Na pierwsze przekleństwa...
Ojciec nagle ruszył w moją stronę. Czułem w powietrzu jego siłę i moc. Spuściłem wzrok, czułem, że pod powiekami za chwilę pojawią się pierwsze łzy. Nie krzyczał... Nic nie powiedział, tylko rzucił się na mnie, oplatając mnie swymi ramionami. Ten uścisk wszedł w fazę nieskończoności. Uścisnął mnie mocno, jak gdyby nie chciał mnie już nigdy ze swoich ojcowskich ramion wypuścić. To nie był sen. To był mój ojciec, jakiego wcześniej nigdy nie znałem... Szeptał mi do ucha: synu, jak ty wyglądasz?... Znoszona kurtka, spodnie, stare buty. Cała kasa szła przecież na zabawę, alkohol, fajki, trawę... Płakałem. A on mnie ciągle ściskał. I wtedy poczułem coś, co mnie z jednej strony przeraziło a z drugiej zalało niedającym się opisać pokojem. Poczułem nie tylko ramiona mojego taty. To nie były tylko jego ramiona. W tym momencie, na peronie, obejmował mnie sam Bóg. Ojciec obejmował syna marnotrawnego... Bóg objął swoje zagubione dziecko. To doświadczenie było tak silne, tak stuprocentowe, że nawet teraz kiedy to piszę, przenika moje ciało dreszcz, zmieszany ze wzruszeniem. Tego dnia uzyskałem, jedyny z możliwych, dowód - na istnienie Boga. Dowód spłodzony w ramionach mojego biologicznego ojca...
I wtedy byłem już pewien swojej przyszłości. W objęciu Boga pojawiło się pragnienie, mocne i nie do zniszczenia. Pragnienie obejmowania ludzi zagubionych. Pragnienie szukania tych, którym brakuje sił do odnalezienia pokoju ducha. Pragnienie, by inni w moich ramionach, słowach, gestach mogli odkryć tajemnicę najpełniejszej i prawdziwej miłości, której na imię - Bóg... Jedna droga umożliwiła mi realizację tego silnego pragnienia. Wstąpiłem do zakonu. Zostałem księdzem i zakonnikiem. By Bóg mógł przeze mnie odnajdywać tych, którzy od Niego odeszli, w dalekie strony, pełne mroku i zwątpienia...
„Stworzyłeś mnie, Boże, dla siebie i niespokojne jest serce moje, dopóki nie spocznie w Tobie”. To słowa św. Augustyna. Moje ulubione, bo pełne tego, co dane mi było doświadczyć... Wiele jest historii niespokojnych serc. I wiele z tych historii rozgrywa się pośród nas, cichych i rzeczywistych do bólu... Bogu te wszystkie historie zawierzam, z nadzieją (może czasami aż nazbyt natrętną), że nie jedno serce (zagubione i niespokojne) otworzy się na łaskę wiary, by spocząć w ramionach ciepłych od prawdziwej miłości.
(Ap 21, 5-7)"Oto czynię wszystko nowe. (...) Stało się. Jam Alfa i Omega, Początek i koniec. Ja pragnącemu dam darmo pić ze źródła wody życia (...) I będę Bogiem dla niego, a on dla mnie będzie synem..."





