13 lutego 2010

Nasze innych miary...


Błogosławieni i przeklęci są wśród nas. Bóg sam wie, do których po drugiej stronie należeć będziemy. Tutaj wszystko zdaje się być jeszcze niejasne. Choć jak czytamy listy św. Pawła, Jana, Piotra, czy Jakuba – wszyscy oni mają odwagę nazywania rzeczy (i ludzi) po imieniu. Pokora bowiem domaga się „widzenia” w prawdzie. Milczeć ze swej natury mogą kamienie. Ochrzczeni, którzy spotkali Chrystusa i Mu zawierzyli milczeć w niektórych sytuacjach nie mogą. Ale czy czasami w formułowaniu wniosków i zbyt szybkiej ocenie innych nie przesadzamy?...

„Jezus zeszedł z dwunastoma Apostołami na dół i zatrzymał się na równinie. Był tam duży poczet Jego uczniów i wielkie mnóstwo ludu z całej Judei i z Jerozolimy oraz z wybrzeża Tyru i Sydonu.
A On podniósł oczy na swoich uczniów i mówił:
"Błogosławieni jesteście wy, ubodzy, albowiem do was należy królestwo Boże.
Błogosławieni wy, którzy teraz głodujecie, albowiem będziecie nasyceni.
Błogosławieni wy, którzy teraz płaczecie, albowiem śmiać się będziecie.
Błogosławieni będziecie, gdy ludzie was znienawidzą i gdy was wyłączą spośród siebie, gdy zelżą was i z powodu Syna Człowieczego podadzą w pogardę wasze imię jako niecne: cieszcie się i radujcie w owym dniu, bo wielka jest wasza nagroda w niebie. Tak samo bowiem przodkowie ich czynili prorokom.
Natomiast biada wam, bogaczom, bo odebraliście już pociechę waszą.
Biada wam, którzy teraz jesteście syci, albowiem głód cierpieć będziecie.
Biada wam, którzy się teraz śmiejecie, albowiem smucić się i płakać będziecie.
Biada wam, gdy wszyscy ludzie chwalić was będą. Tak samo bowiem ojcowie ich czynili fałszywym prorokom".
Łk 6, 17. 20-26

Ostre słowa Jezusa o przeklętych i błogosławionych dają do myślenia. Nie jestem biedny, mam w co się ubrać, w ferie zimowe byłem z młodzieżą na nartach, więc, czy „biada mi”?... Jestem syty, żarcia mi nie brakuje, czy jestem zatem przeklęty? Śmieję się nader często, taka moja natura, a słyszę dzisiaj: „Biada wam, którzy się teraz śmiejecie”? Płakać mi się nie chce, bom szczęśliwy… Chwalić też czasami mnie pochwalą, to momentami mobilizuje, pochwał zbieram dużo, czy zasługuję przez to na przekleństwo?...

A ci z pod znaku błogosławionych?... Znam ubogich, którzy potrafią być podli do bólu. Są momentami leniwi i zgorzkniali. Głodnych też znam, walczących o linię ciała, próżnych i zakochanych w sobie do bólu. Płaczących też nie brakuje, lejących łzy nad sobą, biadolących dzień i noc, mistrzów wszelkich spektakularnych udramatyzowań swojego losu. Znam też znienawidzonych, często na własne życzenie. Nienawidzi ich wielu, bo inaczej się nie da…

No więc o co Jezusowi chodzi. Powiecie o „złoty środek”… Może… Ale na czym ma on polegać?...

Czy rzeczywiście ci, którzy rozbijają się mercedesami skazani są z góry na ewangeliczne „biada” a tych, którzy marzną na przestankach tramwajowych „błogosławieństwo”? Czy ci, którzy czytują Frondę będą wygrzewać się na polanach niebiańskich, a ci którzy zaczytują się w Wyborczej cierpieć będą męki piekielne?... Wiem, nie o to Jezusowi chodzi. Ale wiem też, że posiadamy zdolność szalenie przepyszną szufladkowania ludzi i wrzucania ich do nieba i do piekła. Czasami stać nas na poryw dobrej woli i oferujemy fragmencik czyśćca.

Jezus może sobie na to pozwolić, by wskazywać błogosławionych i przeklętych. Jego apostołowie są już ostrożniejsi. Wskazują na fałszywych proroków, ale nie idą tak daleko, jak ich Mistrz. Piszą z kim się nie zadawać i na kogo uważać. A kluczem do wszystkiego jest „ewangeliczna miara”. To znaczy przyjęcie lub odrzucenie Dobrej Nowiny, której punktem centralnym jest wiara w Jezusa Chrystusa, Boga który stał się człowiekiem i który objawił światu prawdziwego i jedynego Boga. W trzech osobach. Wyzwalającego człowieka z niewoli grzechu i śmierci.

A jakie są twoje klucze w rozumieniu i postrzeganiu innych?... Może zasobność portfela, albo syte brzuchy? A jakie są nasze „ewangeliczne klucze” w postrzeganiu siebie samego?... Tu już jesteśmy łagodniejsi i czasami kluczy po prostu nie posiadamy. Hipokryzja daje najbardziej po oczach. Słuszność ma o. Kozacki komentując powyższy fragment Ewangelii: „Jeśli bowiem tylko do drugich stosujemy twarde słowa Boga, jeśli Dobra Nowina staje się narzędziem do wyznaczania miejsca w przyszłym świecie to „jesteśmy bardziej od wszystkich ludzi godni politowania”…

7 lutego 2010

Ochrzczone lenie


Teresa Wielka doświadczała swego czasu mocnego ataku pokus. Męczyło ją to paskudnie. Jęczała, wzdychała, padała na kolana. W końcu krzyknęła z całych sił do Boga. „Co mam robić?... Jak sobie z tym poradzić”?... Usłyszała głos. Sam Pan przemówił do niej, pytając: „Tereniu… Ty się zastanów poważnie, czy to są pokusy, czy ty sama tego chcesz”?...

Grzechy nasze powszednie. I te ciężkie, które wiercą w nas dziury przez całą dobę. Czasami stękamy: „Już nie dam rady”… „Mam dość”… Innym razem zamieniamy się w obrońców naszego biednego losu. Usprawiedliwiamy się, szeptamy Bogu do ucha (także w konfesjonale): „Jestem tylko człowiekiem, słabym i grzesznym, jak inni”…
A tak naprawdę to powiedz mi szczerze: Ile w tym wszystkim jest pokusy a ile tego, co chcesz?...

Miłosierdzie jest dla grzesznika, który płacze i chce się podnieść. Nie dla lenia, któremu nic się nie chce. I który ciągle stawia wszystko na Boga. On za mnie powalczy, On się napoci, On mnie podniesie… Tak, w Nim cała nasza siła. W Nim, ale nie na zasadzie, że Najwyższy będzie harował a my poleżymy sobie odłogiem, bośmy słabi…

Pamiętam jak z moim ojcem na wiosnę kopaliśmy działkę. Tato zasuwał ostro, ja co chwilę odpoczywałem, przecierając pot z czoła. Wtedy ojciec krzyczał: „Rób synku, rób, samo się nie zrobi”. I miał rację…

„Łopata miłosierdzia” sama nie pokopie. Wiele z tego, co jawi się jako grzech, jest na nasze żądanie. Tak naprawdę my tego chcemy. Bo łatwiej, bo przyjemniej, bo na skróty. Mam wrażenie, że czasami wielu z nas, katolików, idzie na łatwiznę. A sakrament pojednania sprowadzamy do pralki, która wszystko wypierze. Pralka jest, więc możemy łachy brudzić. Takie nastawienie trąci profanacją Bożego Miłosierdzia.
Kiedyś jeden z księży wygarnął mi pół żartem: „I dobrze i źle, że Jezus ma przybite stopy do krzyża. Bo jak by cię kopnął w …. to byś może się otrząsnął i przestał się usprawiedliwiać bez sensu”… Stary, poczciwy kapłan miał rację…

Święty nie jest mistrzem usprawiedliwień. To działka Jezusa. Święty za to potrafi dobrze machać łopatą i wie, że moc w słabości się doskonali. Słabości, która nie ma nic wspólnego ze świadomym mniej lub bardziej założeniem, że nie dam rady, żem słaby. Założenie chrześcijanina, spłodzone na krzyżu, prześwietlone blaskiem Zmartwychwstania brzmi zupełnie inaczej : „Wszystko mogę w Tym, który mnie umacnia”… To jest punkt wyjścia. Także w walce z naszymi słabościami.

Nie wszystko, co nas atakuje jest pokusą. Czasami to my prowokujemy. My wybieramy, my stwarzamy okazje do grzechów. Chcemy tego. Nawet jeśli mówimy sobie, że jest inaczej. Sakrament pojednania nie jest pralką. A Miłosierdzie Boże nie jest jeszcze jednym pachnącym płynem do płukania tkanin.

Walka z grzechem to ciężka praca. Bóg daje siły. Ale łopaty za nas w łapę nie weźmie. Samo się nie zrobi. On umacnia, my możemy „wszystko”. W Nim i dzięki Niemu. To nie pokusy nas wykańczają, ale to, czego chcemy… A chcemy czasami za dużo… Za szybko… Czasami za nic…

„Zastanów się poważnie, czy to są pokusy, czy ty sam(a) tego chcesz”?...

Chrystusowcy....

Zasadniczym celem Towarzystwa Chrystusowego dla Polonii Zagranicznej jest uwielbienie Boga i uświęcenie się poprzez naśladowanie Jezusa Chrystusa. W sposób szczególny członkowie Towarzystwa włączają się w apostolstwo na rzecz rodaków przebywających poza granicami państwa polskiego.

Duchowość Towarzystwa Chrystusowego,
wypływająca z życia zakonnego i kapłańskiego jego członków, oparta jest na charyzmacie Założyciela kard. Augusta Hlonda i posłannictwie zgromadzenia. Wypływa także z późniejszych tradycji wypracowanych przez wspólnotę, kierowanej zwłaszcza przez pierwszego przełożonego generalnego, współzałożyciela ks. Ignacego Posadzego.

Działalność Towarzystwa Chrystusowego zdeterminowana jest misją apostolską zleconą przez Kościół. Wypełniana jest poprzez gorliwe życie radami ewangelicznymi, modlitwą i pokutą oraz wszelkiego rodzaju pracami duszpasterskimi podejmowanymi dla dobra Polaków żyjącymi poza granicami kraju.

Kapłani Towarzystwa, jako słudzy Chrystusa niosą dobrą nowinę o zbawieniu wszystkim rodakom. Służą im nie tylko opieką duszpasterską, ale również kulturową i społeczną. Bracia zakonni uczestniczą w posłannictwie Towarzystwa poprzez gorliwe życie zakonne i podejmowane różnorakie prace dla wypełniania misji zgromadzenia.


Świadectwo....

...Z wiarą w Boga jest jak z lataniem. Może i nie jesteśmy ptakami, na rękach w powietrze się nie wzniesiemy, ale sny Dedala i Ikara o tańcu w chmurach drzemią w każdym z nas. Ktoś musiał zatem wymyśleć samoloty, balony, spadochrony. By poczuć trochę wolności i oderwać się od ziemi, wypowiadając wojnę poczciwemu prawu grawitacji.

Wierzyć, znaczy wzbić się - ze swoim niespokojnym sercem - w przestworza nieznane, bez skrzydeł. Myślę o tym, bo wciąż jestem świadkiem rzeczy i wydarzeń, o których jeszcze kiedyś mógłbym pomyśleć: zwykły przypadek, zbieg okoliczności, sztuczka nad sztuczkami. Kto raz spotkał na swojej drodze Boga, żywego i realnego, wszedłszy w zawiłość doświadczenia Jego obecności, ten już nigdy nie pomyśli, nawet na moment, że bez skrzydeł nie da się ulecieć w głąb tajemnicy. Niespokojne serce musi ostatecznie spocząć w Bogu...

To było 10 lat temu. Studiowałem wtedy filologię polską na Uniwersytecie Szczecińskim. Młody chłopak, z małej warmińskiej wioski, z legitymacją studencką w ręku, wylądował w dużym mieście. Zamieszkałem w akademiku. Nowe znajomości, kumple, wykłady, imprezy - życie studenckie. Wtedy w akademikach nie było internetu czy telewizji. Było za to życie towarzyskie, wysiadywanie do późnych godzin nocnych na korytarzach i w klubach studenckich. Mijały tygodnie. Wódka lała się litrami, dym palonej trawki - szwendał się bezwiednie korytarzami studenckiego organizmu. Przyszedł moment, że sięgnąłem przysłowiowego dna. Zawalone wykłady, moralność poniżej zera, pustka wewnętrzna coraz dotkliwiej dawała znać o sobie. Skreślono mnie w końcu z listy studentów. Wrak człowieka, z parszywą wewnętrzną samotnością, zawył któregoś wieczoru głęboko we mnie, ogłaszając całemu wszechświatu, że jestem prawdziwym zerem. Pamiętam ten wieczór. Leżałem w ciemnym pokoju, za oknami padał dołujący mnie jeszcze bardziej deszcz. Zacząłem płakać. Jak małe dziecko. Zerwałem się z łóżka, chwyciłem kurtkę i wybiegłem na zewnątrz. Myślałem - koniec. Jestem skończony. Co powiem moim rodzicom? Gdzieś, pięćset kilometrów stąd, harowali ciężko, by ich ukochany synek wyszedł na ludzi, ukończył studia i był szczęśliwy. Wierzyli we mnie. Dali mi wszystko, co mogli dać, odbierając sobie bardzo wiele. Szedłem tak długo, z tymi myślami. Deszcz mieszał się z moimi łzami. Pamiętam jak wtedy kląłem , przeklinałem, chciało mi się wrzeszczeć, wyć, krzyczeć, uciec gdzieś - ale dokąd? Aż w końcu stanąłem przed kościołem. Był późny wieczór. Kościół zamknięty. Uklęknąłem przed drzwiami, oparłem o nie swoje czoło i zacząłem wrzeszczeć do Boga. Potrzebowałem Go. Kiedyś słyszałem, jak w kościele mówili, że On przyszedł do chorych a nie do tych, co się dobrze mają. Cisza... Tylko deszcz i szum wiatru. Ale w tej ciszy było coś, co mnie uspokoiło. Zerwałem się z miejsca i pobiegłem do pobliskiej plebanii. Zacząłem na oślep dzwonić do wszystkich księży, tam mieszkających. Musiałem się wyspowiadać. Tak, byłem tego pewny, musiałem się wyspowiadać!!! Potrzebowałem oczyszczenia... Potrzebowałem uzdrowienia... Potrzebowałem Boga, który nie mógł mnie odrzucić. Teraz, albo nigdy! Jeśli istniejesz - wyciągnij mnie z bagna i tego piekła, które rozpętałem na własne życzenie. W domofonie usłyszałem nagle spokojny głos jakiegoś księdza. Wybuchłem płaczem...

Ten wieczór zdawał się nie mieć końca... W spowiedzi wyrzuciłem z siebie wszystko. Nie pamiętam ile trwała. Mówiłem dużo, przez łzy, ksiądz nie przerywał, tylko słuchał. Opowiedziałem historię mojego życia, wszystko, co podpowiadało mi moje niespokojne serce. Mówiłem o tym wszystkim nie księdzu, ale Bogu. Czułem, że mnie słyszy. Pomyślałem: przecież on to wszystko wie... On tak, ale i do mnie musiało to wszystko dotrzeć. Potężna fala wyzwalającej prawdy uniosła mnie i moją rozpacz, poddałem się sile żywiołu, wiedziałem, że nic mi się nie stanie. On był zbyt blisko...

Wracałem do akademika mocno wyczerpany. Wszystko mnie bolało: kości, mięśnie, głowa... Rzuciłem się na łóżko i zasnąłem. Po raz pierwszy, od długiego czasu, zasnąłem. Nie mogło być inaczej. Łaska przebaczenia uspokoiła wezbrane wody. Spałem wtulony w mojego Boga... Który mnie ocalił...

W kilka dni póżniej spakowałem się, by powrócić w moje rodzinne strony. Siedziałem w pociągu, skulony jak przerażone pisklę. Teraz czekało mnie coś najtrudniejszego. Spotkanie z rodzicami. Pociąg sunął się mozolnie, po mocno żelaznych szynach, wioząc zalęknionego syna, który zawiódł swoją matkę i ojca. Cały czas się modliłem. Od czasu do czasu w myślach pojawiała się twarz płaczącej mamy i twarz taty, z jego surowym spojrzeniem i krzykiem w tle. Był porywczym i nerwowym człowiekiem.

Gdy pociąg wjeżdżał na stację Braniewo, czekałem na najgorsze. Wyszedłem z pociągu. W oddali ujrzałem sylwetkę ojca. Zbliżałem się do niego powoli, niepewnie. Gotowy na wszystko. Na pierwsze docinki, marudzenie, może krzyk... Na pierwsze przekleństwa...

Ojciec nagle ruszył w moją stronę. Czułem w powietrzu jego siłę i moc. Spuściłem wzrok, czułem, że pod powiekami za chwilę pojawią się pierwsze łzy. Nie krzyczał... Nic nie powiedział, tylko rzucił się na mnie, oplatając mnie swymi ramionami. Ten uścisk wszedł w fazę nieskończoności. Uścisnął mnie mocno, jak gdyby nie chciał mnie już nigdy ze swoich ojcowskich ramion wypuścić. To nie był sen. To był mój ojciec, jakiego wcześniej nigdy nie znałem... Szeptał mi do ucha: synu, jak ty wyglądasz?... Znoszona kurtka, spodnie, stare buty. Cała kasa szła przecież na zabawę, alkohol, fajki, trawę... Płakałem. A on mnie ciągle ściskał. I wtedy poczułem coś, co mnie z jednej strony przeraziło a z drugiej zalało niedającym się opisać pokojem. Poczułem nie tylko ramiona mojego taty. To nie były tylko jego ramiona. W tym momencie, na peronie, obejmował mnie sam Bóg. Ojciec obejmował syna marnotrawnego... Bóg objął swoje zagubione dziecko. To doświadczenie było tak silne, tak stuprocentowe, że nawet teraz kiedy to piszę, przenika moje ciało dreszcz, zmieszany ze wzruszeniem. Tego dnia uzyskałem, jedyny z możliwych, dowód - na istnienie Boga. Dowód spłodzony w ramionach mojego biologicznego ojca...

I wtedy byłem już pewien swojej przyszłości. W objęciu Boga pojawiło się pragnienie, mocne i nie do zniszczenia. Pragnienie obejmowania ludzi zagubionych. Pragnienie szukania tych, którym brakuje sił do odnalezienia pokoju ducha. Pragnienie, by inni w moich ramionach, słowach, gestach mogli odkryć tajemnicę najpełniejszej i prawdziwej miłości, której na imię - Bóg... Jedna droga umożliwiła mi realizację tego silnego pragnienia. Wstąpiłem do zakonu. Zostałem księdzem i zakonnikiem. By Bóg mógł przeze mnie odnajdywać tych, którzy od Niego odeszli, w dalekie strony, pełne mroku i zwątpienia...

„Stworzyłeś mnie, Boże, dla siebie i niespokojne jest serce moje, dopóki nie spocznie w Tobie”. To słowa św. Augustyna. Moje ulubione, bo pełne tego, co dane mi było doświadczyć... Wiele jest historii niespokojnych serc. I wiele z tych historii rozgrywa się pośród nas, cichych i rzeczywistych do bólu... Bogu te wszystkie historie zawierzam, z nadzieją (może czasami aż nazbyt natrętną), że nie jedno serce (zagubione i niespokojne) otworzy się na łaskę wiary, by spocząć w ramionach ciepłych od prawdziwej miłości.

"Oto czynię wszystko nowe. (...) Stało się. Jam Alfa i Omega, Początek i koniec. Ja pragnącemu dam darmo pić ze źródła wody życia (...) I będę Bogiem dla niego, a on dla mnie będzie synem..."
(Ap 21, 5-7)