30 stycznia 2010

Miłość "brutalna" jest...


Kolejna sobota. Zawieje śnieżne tańczą pomiędzy budynkami szczecińskich ulic. Nic nie widzę. Ale idę, do przodu, z Bogiem na piersiach. Odwiedzam chorych. W kolejnym mieszkaniu modlę się przez chwilę, udzielam Komunii Świętej… Kiedy usiadłem w fotelu, zapadła nagle gęsta cisza. Pani Gertruda przyjęła Ciało Chrystusa. Żywa monstrancja, przykuta do łóżka. Patrzę na nią wzruszony, adorując Pana, przechadzającego się w kruchym ciele starszej kobiety. A raczej Nazarejczyka wiszącego na krzyżu, unieruchomionego gwoździami.

- Tak bardzo mi wstyd – mówi nagle, szlochając – leżę tu zupełnie bez sensu… Nic nie robię… Jestem ciężarem dla wszystkich…

Słucham. Głos kobiety zlewa się z innym, równie dramatycznym głosem, przechodzącym w krzyk: „Boże mój, czemuś mnie opuścił”… (por. Mk 15,34). Słyszę go wyraźnie. Bez Biblii w ręku. Nie stojąc przy ambonie. Żywy i prawdziwy jęk umierającego na krzyżu Boga…

W chwilę później trzymam dłoń (choć raczej moja dłoń jest trzymana) pana Narcyza. Nowotwór złośliwy. Stan letargu. Co chwilę, powoli otwiera oczy. Tak głębokiego spojrzenia, wypełnionego po brzegi ciszą samotnego cierpienia, widzi się rzadko. Obok pani Danuta. Małżonka umierającego. Płacze. Jest też ich syn. Lubi zwierzęta. Po domu przechadzają się dwa koty, trzy psy, w potężnym akwarium wąż. Czuję się jak w raju…

Pan Narcyz otwiera nagle oczy…

- Módl się i pracuj… - mówi - A będziesz zbawiony…

Powieki opadają łagodnie, bezszelestnie. A mi pod nogami pali się ziemia. Przez chwilę pomyślałem: „Zdejmę buty”. Ta ziemia jest święta. Nie ma gorejącego krzewu. Ale jest gorejący człowiek, właściciel nowotworu, człowiek szlachetny, z wiarą, która góry przenosi. Czuję się przy nim taki mały. Tak bardzo bezradny…
W jego głosie znów słyszę inny głos. Rozbijający skały, miotający ogniem.
„Kogo mam posłać – słyszę – kto by Nam poszedł”?... (por. Iz 6,8b)
Boję się, patrzę na pana Narcyza i mówię w milczeniu ciężkim od lęku: „Oto ja, poślij mnie”… (por. Iz 6,8c).

Miłość Boga może być „brutalna”. Czego Bóg nie zrobi, by wyzwolić człowieka z tego, co go wewnętrznie ogranicza, paraliżuje, zabija?... Zrobi wszystko, nawet w przestrzeni cierpienia nie do zniesienia, ciężaru ponad nasze siły.

Możemy psychologizować, teologizować, filozofować… Tłumaczyć cierpienie na tysiące sposobów, logicznie i z klasą, metaforycznie i dosłownie. A ja za każdym razem, gdy zbliżam się do chorych, przynosząc im żywego Boga w Komunii Świętej widzę, że Chrystus wiszący na krzyżu, unieruchomiony i sparaliżowany bólem, dokonuje najwięcej… Choć analitycy rynku i mistrzowie „public relations” nie dopatrywali by się w tym wszystkim nic szczególnego, ważnego, mającego sens…

Człowiek złamany cierpieniem niczym sakrament, może stać się widzialnym znakiem niewidzialnej łaski. I dlatego tak bardzo przeżywam te soboty, gdy Pan odwiedza wszystkich wiszących na krzyżu, poharatanych biczami zwątpienia, unieruchomionych gwoździami fizycznego i psychicznego bólu, wijących się nieporadnie w pościeli rozpaczy, wydających z siebie dźwięk bólu lub milczących śmiertelnie, jakby już każde słowo straciło prawo do sensu istnienia…

W cierpieniu człowiek ogołocony jest ze wszystkiego. Bezbronny, upokorzony, nagi… Gotowy na powstanie z martwych.

Oto wielka tajemnica wiary…

29 stycznia 2010

Szukam dojrzałej kobiety... Do bycia matką...


„Kryzys ojcostwa” nie pojawia się znikąd. To, że wielu mężczyzn nie jest w stanie zrealizować się w byciu ojcem jest często pokłosiem innego problemu, mianowicie „kryzysu macierzyństwa”. O ile „kryzys ojcostwa” doczekał się wielu solidnych analiz i w miarę merytorycznych dyskusji, o tyle kobieta mająca poważne trudności w przeżywaniu swojego macierzyństwa pozostaje wciąż tematem tabu albo żadnym tematem, bo (ponoć) problem nie istnieje…

Macierzyństwo wpisane jest w naturę kobiety. To fakt. Zresztą nie tylko biblijny i teologiczny. W antropologii i psychologii również jest o tym mowa. Ale czy natura pokiereszowana przez wiele doświadczeń życiowych (np. aborcję) jest w stanie stworzyć dziecku klimat macierzyńskiej miłości w stu procentach?...

Obserwuję od lat wiele kobiet. Także jako kapłan – w konfesjonale, we wspólnotach parafialnych, w czasie rozmów duchowych. Wychowałem się w domu, gdzie większość stanowiły kobiety. Tato, mama, dwie siostry i ja. Obserwuję kobiety w różnym wieku. Także przyszłe matki w mojej szkole, w której uczę. I momentami mam mieszane uczucia. Znam mnóstwo dojrzałych i wspaniałych kobiet. Znam matki gotowe do najwyższych poświęceń dla swoich dzieci. Ale grozą czasami napawa mnie zachowanie niektórych kobiet, młodych i w sile wieku…

Pojawia się zatem mnóstwo pytań…

1)Czy kobieta, która świadomie odsuwa od siebie macierzyństwo przez wiele lat, będzie miała w końcu siły do podjęcia dojrzałego macierzyństwa, gdy dzieciątko już się pojawi?...
2)Czy kobieta, przez wiele lat korzystająca z antykoncepcji, może wyzwolić się z „anty” w stosunku do swojego dziecka?...
3)Czy kobieta, posiadająca potomstwo i wybierająca karierę zawodową (kosztem towarzyszenia dziecku) jest w stanie oddać społeczeństwu dojrzałego i zintegrowanego osobowościowo obywatela płci męskiej lub żeńskiej?...
4)Czy kobieta, przechodząca horror w dzieciństwie, zaserwowany jej przez stukniętych rodziców, będzie w stanie podjąć się odpowiedzialnego rodzicielstwa?...
5)Czy kobieta, prowadząca rozwiązły tryb życia przez wiele lat młodości, gotowa będzie podjąć trud i ofiarę bycia matką?...

Pytania można mnożyć… Oczywiście problem jest złożony. Pomijam tu perspektywę integralnej współpracy obu płci. Odgrywa ona w życiu kobiety ważną rolę, bez dwóch zdań.

Pragnę jedynie wywołać dyskusję na temat macierzyństwa i jego kryzysu. Jesteśmy bowiem świadkami przewartościowywania wielu zjawisk antropologicznych, co dotyka również kobietę, jej tożsamości, świata uczuć, emocji, funkcjonowania w strukturach społecznych. Kobieta, ze swoją wrażliwością, jest szczególnie narażona na szereg kulturowych pułapek, serwowanych przez feministyczną (tę niekoniecznie chrześcijańską) wizję świata, czy styl życia proponowany chociażby w środkach masowego przekazu. Facetów dojrzałych też jak na lekarstwo…

Macierzyństwo jest głęboko zakorzenione w naturze kobiety… Ale czy natura zraniona, odarta z godności jest w stanie realizować macierzyństwo w pełnej krasie, bezwarunkowo i z oddaniem?... Tak i nie…

Ostatnio na jednej ze stron internetowych trafiłem na ciekawy apel: „Szukam dojrzałej kobiety, do bycia matką. Adam”… Zadrżałem. Może Adam to jeszcze jedna fujara i nieporadne chłopisko. Ale śmiem zauważyć (i żadną miarą w imię męskiej solidarności), że „fujarowatych” kobiet w naszym społeczeństwie przybywa z roku na rok. „Kryzys macierzyństwa” staje się faktem. Niepokojącym, smutnym i mrożącym krew w żyłach…

27 stycznia 2010

Nie ma nic prostszego, niż być księdzem...


Nie ma nic prostszego, niż być księdzem. Wychodzisz rano z plebanii, idziesz do szkoły. Nauczasz. W ciągu dnia rano lub wieczorem siadasz w konfesjonale. Odprawiasz Eucharystię. Spotkania ze wspólnotami. Modlitwa na brewiarzu, w kaplicy. Cicho, nikt nie przeszkadza. Masz pieniądze. Miesięcznie dwa, trzy, cztery tysiące złotych. U zakonników trochę inaczej. U nas miesięczne pekunium wynosi 500 zł. Ale o chałupę się martwić nie muszę. Prąd, ogrzewanie, jedzenie – to wszystko daje mi zakon. I nawet jeśli wracam nocą padnięty do zakonnej celi mam czas… dla siebie.

Wtedy myślami jestem przy moich rówieśnikach, kumplach ze szkoły średniej, ze studiów. Oni mają rodziny. Żonę, dzieci. Wracają z pracy (umęczeni maksymalnie) do domu i są z nimi. Mają na głowie swoje małżeństwo, potomstwo. Choruje dziecko, żona przeżywa coś tam (jak to kobieta), rozpada się szafa, trzeba naprawić… Jaki odpoczynek?... Żadnej ciszy… To się nazywa ofiara. Pokuta… Spalanie się dla innych…

Mówią niektórzy, że facet dojrzewa przy kochającej go kobiecie i dzieciach. A ksiądz?... Parafianie to nie ta sama bliskość, co małżeństwo czy ojcostwo.

Pan daje nam kapłanom wiele… Przestrzeni, czasu, łask… Tyle, że czasami trudno unieść. Wszystko po to, by przekraczać naturalny i bliski męskiej naturze narcyzm, egotyzm. Skupić się na duchowej walce o powierzonych sobie ludzi, być z nimi, rozmawiać, pocieszać, podnosić. A wielu z nas nie potrafi tego wykorzystać, docenić… Obrastamy w tłuszcz, w nieznośne ideologie, pachniemy forsą a pod sutannami i habitami pielęgnowany z pieczołowitością mały chłopiec, Piotruś Pan, z drewnianą szabelką.

Nie generalizuję. Mam świadomość, że kapłani są różni. Sam jestem księdzem i zakonnikiem. Rachunek sumienia robię w miarę regularnie i Bóg pokazuje mi, co w przysłowiowej trawie piszczy. Tym bardziej każdego dnia proszę za nas kapłanów i błagam wręcz Pana, by potrząsał nami ile wlezie, byśmy potrafili wykorzystać po Bożemu to wszystko co daje nam Pan. A daje wiele tylko po to, „by inni mieli życie”…

Nie ma nic prostszego, niż być księdzem. To żadna prowokacja. Kapłani mają naprawdę dobrze. I daj Bóg, by maksymalnie to wykorzystali w służbie Panu i człowiekowi.

Komu wiele dano, od tego wiele wymagać się będzie…

25 stycznia 2010

Zachęta Benedykta XVI


Dobrą Nowinę można głosić wszędzie. Także w Internecie. I do tego właśnie zachęca kapłanów Benedykt XVI w przesłaniu na 44. Światowy Dzień Środków Społecznego Przekazu. Dokument został opublikowany w dzień patrona dziennikarzy, św. Franciszka Salezego, 24 stycznia.

Pisze w nim Ojciec Święty: „Nowoczesne środki komunikacyjne od dłuższego czasu są zwykłymi narzędziami, za pomocą których wspólnoty wewnątrz Kościoła utrzymują kontakt ze swoim otoczeniem i tworzą często formy daleko sięgającego dialogu”.
O księżach blogujących mówi się różnie. Czasami z lekką nutą ironii (szczególnie w środowisku kapłańskim) innym razem pozytywnie. Prawda jest taka, że Kościół musi wejść z przesłaniem Dobrej Nowiny w wirtualny świat Internetu. Czeka tam mnóstwo zagubionych owiec na słowo nadziei, które potrafi wskrzesić umarłych. Wiem to z doświadczenia. Dostaję dziennie mnóstwo maili ze świadectwami osób, które często zupełnie przypadkowo trafiły na strony chrześcijańskie czy blogi prowadzone przez ludzi wierzących, w tym księży. Zadają te osoby mnóstwo pytać, szukają sensu życia i wskazówek, które pomogłyby zgłębić ich własne życie duchowe.

Skoro Jezus mówił „idźcie na cały świat”… trzeba nam w ten świat iść, nie pomijając niczego, tym bardziej Internetu i wszelkiej maści mediów, poprzez które Bóg chce trafić do człowieka. Nie ma się co oszukiwać: nasze kościoły stają się coraz bardziej puste. A głód prawdy w sercu człowieka pozostaje wciąż nieposkromiony.
„Im bardziej intensywne związki tworzą nowoczesne technologie – pisze papież - i im bardziej rozszerza się świat cyfrowy, tym bardziej będzie wymagać się od księdza, by duszpastersko zajął się tą tematyką i zwiększył swoje zaangażowanie, by zaprząc media do służby Słowu”…

Zatem do dzieła… Kapłani! Słowo Boże nie jest przyklejone li tylko do ambon w naszych kościołach. Media w służbie Słowa Bożego są narzędziem nie do zastąpienia w przestrzeni nowej ewangelizacji. Świat potrzebuje wiarygodnych świadków. Także w Internecie i mediach, gdzie rozgrywa się najpoważniejsza walka o ludzką godność i nasze sumienia.

Dobrą Nowinę można głosić wszędzie… Na chwałę Pana…

Chrystusowcy....

Zasadniczym celem Towarzystwa Chrystusowego dla Polonii Zagranicznej jest uwielbienie Boga i uświęcenie się poprzez naśladowanie Jezusa Chrystusa. W sposób szczególny członkowie Towarzystwa włączają się w apostolstwo na rzecz rodaków przebywających poza granicami państwa polskiego.

Duchowość Towarzystwa Chrystusowego,
wypływająca z życia zakonnego i kapłańskiego jego członków, oparta jest na charyzmacie Założyciela kard. Augusta Hlonda i posłannictwie zgromadzenia. Wypływa także z późniejszych tradycji wypracowanych przez wspólnotę, kierowanej zwłaszcza przez pierwszego przełożonego generalnego, współzałożyciela ks. Ignacego Posadzego.

Działalność Towarzystwa Chrystusowego zdeterminowana jest misją apostolską zleconą przez Kościół. Wypełniana jest poprzez gorliwe życie radami ewangelicznymi, modlitwą i pokutą oraz wszelkiego rodzaju pracami duszpasterskimi podejmowanymi dla dobra Polaków żyjącymi poza granicami kraju.

Kapłani Towarzystwa, jako słudzy Chrystusa niosą dobrą nowinę o zbawieniu wszystkim rodakom. Służą im nie tylko opieką duszpasterską, ale również kulturową i społeczną. Bracia zakonni uczestniczą w posłannictwie Towarzystwa poprzez gorliwe życie zakonne i podejmowane różnorakie prace dla wypełniania misji zgromadzenia.


Świadectwo....

...Z wiarą w Boga jest jak z lataniem. Może i nie jesteśmy ptakami, na rękach w powietrze się nie wzniesiemy, ale sny Dedala i Ikara o tańcu w chmurach drzemią w każdym z nas. Ktoś musiał zatem wymyśleć samoloty, balony, spadochrony. By poczuć trochę wolności i oderwać się od ziemi, wypowiadając wojnę poczciwemu prawu grawitacji.

Wierzyć, znaczy wzbić się - ze swoim niespokojnym sercem - w przestworza nieznane, bez skrzydeł. Myślę o tym, bo wciąż jestem świadkiem rzeczy i wydarzeń, o których jeszcze kiedyś mógłbym pomyśleć: zwykły przypadek, zbieg okoliczności, sztuczka nad sztuczkami. Kto raz spotkał na swojej drodze Boga, żywego i realnego, wszedłszy w zawiłość doświadczenia Jego obecności, ten już nigdy nie pomyśli, nawet na moment, że bez skrzydeł nie da się ulecieć w głąb tajemnicy. Niespokojne serce musi ostatecznie spocząć w Bogu...

To było 10 lat temu. Studiowałem wtedy filologię polską na Uniwersytecie Szczecińskim. Młody chłopak, z małej warmińskiej wioski, z legitymacją studencką w ręku, wylądował w dużym mieście. Zamieszkałem w akademiku. Nowe znajomości, kumple, wykłady, imprezy - życie studenckie. Wtedy w akademikach nie było internetu czy telewizji. Było za to życie towarzyskie, wysiadywanie do późnych godzin nocnych na korytarzach i w klubach studenckich. Mijały tygodnie. Wódka lała się litrami, dym palonej trawki - szwendał się bezwiednie korytarzami studenckiego organizmu. Przyszedł moment, że sięgnąłem przysłowiowego dna. Zawalone wykłady, moralność poniżej zera, pustka wewnętrzna coraz dotkliwiej dawała znać o sobie. Skreślono mnie w końcu z listy studentów. Wrak człowieka, z parszywą wewnętrzną samotnością, zawył któregoś wieczoru głęboko we mnie, ogłaszając całemu wszechświatu, że jestem prawdziwym zerem. Pamiętam ten wieczór. Leżałem w ciemnym pokoju, za oknami padał dołujący mnie jeszcze bardziej deszcz. Zacząłem płakać. Jak małe dziecko. Zerwałem się z łóżka, chwyciłem kurtkę i wybiegłem na zewnątrz. Myślałem - koniec. Jestem skończony. Co powiem moim rodzicom? Gdzieś, pięćset kilometrów stąd, harowali ciężko, by ich ukochany synek wyszedł na ludzi, ukończył studia i był szczęśliwy. Wierzyli we mnie. Dali mi wszystko, co mogli dać, odbierając sobie bardzo wiele. Szedłem tak długo, z tymi myślami. Deszcz mieszał się z moimi łzami. Pamiętam jak wtedy kląłem , przeklinałem, chciało mi się wrzeszczeć, wyć, krzyczeć, uciec gdzieś - ale dokąd? Aż w końcu stanąłem przed kościołem. Był późny wieczór. Kościół zamknięty. Uklęknąłem przed drzwiami, oparłem o nie swoje czoło i zacząłem wrzeszczeć do Boga. Potrzebowałem Go. Kiedyś słyszałem, jak w kościele mówili, że On przyszedł do chorych a nie do tych, co się dobrze mają. Cisza... Tylko deszcz i szum wiatru. Ale w tej ciszy było coś, co mnie uspokoiło. Zerwałem się z miejsca i pobiegłem do pobliskiej plebanii. Zacząłem na oślep dzwonić do wszystkich księży, tam mieszkających. Musiałem się wyspowiadać. Tak, byłem tego pewny, musiałem się wyspowiadać!!! Potrzebowałem oczyszczenia... Potrzebowałem uzdrowienia... Potrzebowałem Boga, który nie mógł mnie odrzucić. Teraz, albo nigdy! Jeśli istniejesz - wyciągnij mnie z bagna i tego piekła, które rozpętałem na własne życzenie. W domofonie usłyszałem nagle spokojny głos jakiegoś księdza. Wybuchłem płaczem...

Ten wieczór zdawał się nie mieć końca... W spowiedzi wyrzuciłem z siebie wszystko. Nie pamiętam ile trwała. Mówiłem dużo, przez łzy, ksiądz nie przerywał, tylko słuchał. Opowiedziałem historię mojego życia, wszystko, co podpowiadało mi moje niespokojne serce. Mówiłem o tym wszystkim nie księdzu, ale Bogu. Czułem, że mnie słyszy. Pomyślałem: przecież on to wszystko wie... On tak, ale i do mnie musiało to wszystko dotrzeć. Potężna fala wyzwalającej prawdy uniosła mnie i moją rozpacz, poddałem się sile żywiołu, wiedziałem, że nic mi się nie stanie. On był zbyt blisko...

Wracałem do akademika mocno wyczerpany. Wszystko mnie bolało: kości, mięśnie, głowa... Rzuciłem się na łóżko i zasnąłem. Po raz pierwszy, od długiego czasu, zasnąłem. Nie mogło być inaczej. Łaska przebaczenia uspokoiła wezbrane wody. Spałem wtulony w mojego Boga... Który mnie ocalił...

W kilka dni póżniej spakowałem się, by powrócić w moje rodzinne strony. Siedziałem w pociągu, skulony jak przerażone pisklę. Teraz czekało mnie coś najtrudniejszego. Spotkanie z rodzicami. Pociąg sunął się mozolnie, po mocno żelaznych szynach, wioząc zalęknionego syna, który zawiódł swoją matkę i ojca. Cały czas się modliłem. Od czasu do czasu w myślach pojawiała się twarz płaczącej mamy i twarz taty, z jego surowym spojrzeniem i krzykiem w tle. Był porywczym i nerwowym człowiekiem.

Gdy pociąg wjeżdżał na stację Braniewo, czekałem na najgorsze. Wyszedłem z pociągu. W oddali ujrzałem sylwetkę ojca. Zbliżałem się do niego powoli, niepewnie. Gotowy na wszystko. Na pierwsze docinki, marudzenie, może krzyk... Na pierwsze przekleństwa...

Ojciec nagle ruszył w moją stronę. Czułem w powietrzu jego siłę i moc. Spuściłem wzrok, czułem, że pod powiekami za chwilę pojawią się pierwsze łzy. Nie krzyczał... Nic nie powiedział, tylko rzucił się na mnie, oplatając mnie swymi ramionami. Ten uścisk wszedł w fazę nieskończoności. Uścisnął mnie mocno, jak gdyby nie chciał mnie już nigdy ze swoich ojcowskich ramion wypuścić. To nie był sen. To był mój ojciec, jakiego wcześniej nigdy nie znałem... Szeptał mi do ucha: synu, jak ty wyglądasz?... Znoszona kurtka, spodnie, stare buty. Cała kasa szła przecież na zabawę, alkohol, fajki, trawę... Płakałem. A on mnie ciągle ściskał. I wtedy poczułem coś, co mnie z jednej strony przeraziło a z drugiej zalało niedającym się opisać pokojem. Poczułem nie tylko ramiona mojego taty. To nie były tylko jego ramiona. W tym momencie, na peronie, obejmował mnie sam Bóg. Ojciec obejmował syna marnotrawnego... Bóg objął swoje zagubione dziecko. To doświadczenie było tak silne, tak stuprocentowe, że nawet teraz kiedy to piszę, przenika moje ciało dreszcz, zmieszany ze wzruszeniem. Tego dnia uzyskałem, jedyny z możliwych, dowód - na istnienie Boga. Dowód spłodzony w ramionach mojego biologicznego ojca...

I wtedy byłem już pewien swojej przyszłości. W objęciu Boga pojawiło się pragnienie, mocne i nie do zniszczenia. Pragnienie obejmowania ludzi zagubionych. Pragnienie szukania tych, którym brakuje sił do odnalezienia pokoju ducha. Pragnienie, by inni w moich ramionach, słowach, gestach mogli odkryć tajemnicę najpełniejszej i prawdziwej miłości, której na imię - Bóg... Jedna droga umożliwiła mi realizację tego silnego pragnienia. Wstąpiłem do zakonu. Zostałem księdzem i zakonnikiem. By Bóg mógł przeze mnie odnajdywać tych, którzy od Niego odeszli, w dalekie strony, pełne mroku i zwątpienia...

„Stworzyłeś mnie, Boże, dla siebie i niespokojne jest serce moje, dopóki nie spocznie w Tobie”. To słowa św. Augustyna. Moje ulubione, bo pełne tego, co dane mi było doświadczyć... Wiele jest historii niespokojnych serc. I wiele z tych historii rozgrywa się pośród nas, cichych i rzeczywistych do bólu... Bogu te wszystkie historie zawierzam, z nadzieją (może czasami aż nazbyt natrętną), że nie jedno serce (zagubione i niespokojne) otworzy się na łaskę wiary, by spocząć w ramionach ciepłych od prawdziwej miłości.

"Oto czynię wszystko nowe. (...) Stało się. Jam Alfa i Omega, Początek i koniec. Ja pragnącemu dam darmo pić ze źródła wody życia (...) I będę Bogiem dla niego, a on dla mnie będzie synem..."
(Ap 21, 5-7)