21 lipca 2010

Lektura obowiązkowa w dni upalne...


„Podstawowym wyróżnikiem czasów współczesnych jest – jak sądzę – redukcjonistyczna antropologia. Antropologia czyli, w skrócie, odpowiedź na pytanie, kim jest człowiek i jaki jest sens jego życia. Nowożytność zerwała z wizją chrześcijaństwa, dla którego człowiek jest przede wszystkim dzieckiem Bożym, dążącym do życia wiecznego. Zamiast tego zaproponowano szereg najróżniejszych koncepcji, z których każda wyolbrzymiając jeden aspekt człowieczeństwa rugowała wszystkie pozostałe, zwłaszcza zaś sferę duchową” – tak rozpoczyna się jedna z najlepszych książek lat ostatnich, autorstwa Grzegorza Górnego: „Demon Południa”. Doskonała lektura na wakacje.

Początek pierwszego rozdziału: „Scenariusz jest zawsze taki sam: skwarne południe, żar lejący się z nieba, powietrze falujące z gorąca nad stepami, cisza nie zakłócona powietrzem wiatru ni szelestem liści, odrętwienie całej przyrody, ogarniające zewsząd znużenie, melancholia i – nagle – atak dzikiego szaleństwa, gwałty, mordy, rzezie, pogromy”…

A dalej… „Zbiór błyskotliwych esejów długoletniego redaktora naczelnego „Frondy”. Autor powtarza za Janem Pawłem II, że dziś toczy się bój o duszę tego świata i analizuje różne fronty tej walki, które przebiegają przez nie przez okopy i zasieki, lecz przez redakcje, sale sądowe, wytwórnie filmowe czy uniwersytety. Autor demaskuje m.in. fałszerstwa seksuologa Alfreda Kinseya czy antropolog Margaret Mead, odkrywa drugie dno w twórczości Czesława Miłosza i Gustawa Herlinga-Grudzińskiego, pisze o inicjacjach demonicznych, o współczesnych mechanizmach prowokacji, manipulacji i dezinformacji, zastanawia się nad sensem cierpienia czy istnieniem małżeństwa. Prezentuje unikalny w polskim pisarstwie sposób przykładania miar duchowych do zjawisk społecznych, kulturowych i obyczajowych” – zachęcają recenzenci. A ja się pod tym wszystkim dwoma dłońmi i stopami nawet, szczerze podpisuję…

„Demon Południa” Grzegorza Górnego (2008) – do nabycia w księgarniach internetowych… I nie tylko…

12 lipca 2010

Lodówka, krzyż i ukłute sumienia (PO)lityków


Jestem na wakacjach u siostry. W Gdańsku. Za oknem przysłowiowa „parówa” i już nie przysłowiowy żar. A w dodatku padła nam lodówka. Nie za wesoło. Podobnie jak w naszym ukochanym kraju nad Wisłą… Zmarł prałat Jankowski. Pokój jego duszy. Był, jaki był. Pan osądzi. Ale rozdmuchana medialnie sprawa krzyża sprzed Pałacu Prezydenckiego już takiego spokoju mi nie daje. Z wielu przyczyn...

Więc w końcu doczekaliśmy się chwili, kiedy krzyż zaczyna przeszkadzać. Kłuć w oczy. Całkiem to sytuacja normalna, przecież trwa to „ukłucie” od dwóch tysięcy lat. I niektórych boli strasznie. Szczególnie panów i panie o złamanych sumieniach. Także polityków. Że nie choruję na wszelkiej maści „polityczne poprawności” i „fobie antykatolickie”, to wiecie, w bawełnę owijać więc nie zamierzam. Krzyż przeszkadza rzecz oczywista politykom PO i SLD. Jeszcze jeden dowód na to, jak czcigodnym z obu frakcji blisko do siebie.

W obydwu partiach katolików od licha. Ale przecież nie oszukujmy się. Nie o katolicyzm tu chodzi. Panu Komorowskiemu nie w smak oglądać krzyż ze swojego okna, który kojarzy się Polakom już nie tylko z pasją Jezusa Chrystusa, ale nade wszystko z „pasją smoleńską” i Lechem Kaczyńskim. Jak już miażdżyć, to do końca...

Za PiS-em nie przepadam. Jak już pisałem kiedyś: moją polityką jest „Ojcze nasz”. Ale drażni mnie coraz bardziej bezczelność i subiektywizm kasty obecnie rządzącej w naszym kraju. „Jesteśmy cudowni” … A jakże… A PiS jest „be”. I wszystko, co z PiS-u wyszło i z PiS-em związane, też jest „be”. Jeszcze kilka dni temu słyszeliśmy, że „zgoda buduje”. Jeśli w taki sposób, to dzięki. Pani Senyszyn zaciera ręce, pan Niesiołowski nie widzi w niczym problemu, premier Tusk milutko się uśmiecha. W końcu to wychodzi mu najlepiej.

Co do krzyża: przenoście go sobie panowie, gdzie chcecie… A on i tak dalej będzie was kłuł i nie tylko w oczy, ale nade wszystko w sumienia. Ducha smoleńskiego nie da się tak szybko przepędzić. Krew naszych braci zbyt głośno woła z ziemi. I nie da się tego krzyku zagłuszyć „zgodą” (PO)prawności politycznej.

Będę oskarżany o uprawianie polityki. Znowu. „Klecha” wchodzi na tereny zakazane dla „czarnych”. Proszę bardzo. Biczujcie, bijcie, krzyżujcie. Wszystkim chorym na „krzyżowicę” (czyli „zespół neurotycznej alergii na krzyż i sacrum”) przebaczam. I modlę się słowami „zbaw nas ode złego”… Tyle mogę. Co do zepsutej lodówki, jutro mają przyjechać z serwisu i ją naprawiać. Szkoda, że nie ma w naszym kraju serwisów zajmujących się naprawą szwankujących polityków. Wynająłbym od razu...

Błogosławiony ks. Jerzy Popiełuszko – módl się za nami…

8 lipca 2010

Dwie i pół godziny


Dwie i pół godziny. Tyle dokładnie trwała spowiedź. Chłopak, który przyszedł do mnie przed kilkoma dniami pogubił się mocno. Poprosiłem go, by przyszedł jeszcze raz i wszystko oddał Panu Bogu w Sakramencie Miłosierdzia. Przyszedł. I oddał. Co będzie dalej, nie wiem. Pragnąłem tylko jednego. By pozwolił Chrystusowi wejść w swoje traumy, zranienia, lęki, słabości. W końcu nasz Pan przyszedł i wciąż przychodzi do tych, „co źle się mają”. Do chorych, zranionych, zmiażdżonych grzechem swoim i swoich rodziców…

Płakałem razem z nim. W jego opowieściach widziałem siebie i swoją przeszłość. Nade wszystko jednak czułem, jak Pan zaczyna wwiercać się ze swoim miłosierdziem w serce tego chłopaka. Jak go uspokaja, leczy, pociesza. Jak wpuszcza w jego krwiobieg potężną dawkę nadziei.

Choć były też chwile, kiedy wewnętrznie krzyczałem. Ze złości i bezradności. Mój Boże, jak bardzo matka z ojcem, mniej lub bardziej świadomie, potrafią zniszczyć w swoim dziecku to, co najbardziej ludzkie, wartościowe, delikatne, ważne. Jak mocno ciągną się za nami koszmarne wspomnienia, wypełnione tęsknotą, za słowami pełnymi czułości, troski, za prostymi gestami, których nie doświadczyliśmy nigdy, choć mieliśmy do tego święte prawo. Ile w nas pretensji, złowrogich przekleństw, otwartych ran, ropiejących wciąż i na nowo brakiem przebaczenia, emocjonalną nieporadnością… A Pan robił swoje… Przechadzał się nie tylko we wnętrznościach tego chłopaka, ale i w moim sercu… Powtarzałem cicho słowa, które uzdrawiają: Jezu ufam Tobie…

Błogosławieni rodzice, którzy kochają się miłością cierpliwą… Błogosławieni rodzice, którzy mądrze kochają swoje dzieci… Błogosławieni rodzice, którzy dla swoich dzieci mają czas… Błogosławieni rodzice, którzy żyją wierząc i wierzą żyjąc… Błogosławieni rodzice, czule przytulający swoje dzieci… Błogosławieni rodzice obdarowujący i wymagający… Błogosławieni rodzice, objawiający dziecku oblicze sprawiedliwego i miłosiernego Ojca, który mieszka w Niebie… Błogosławieni rodzice, którzy szczerze i całym sercem szukają Boga…

Po spowiedzi poszedłem z tym chłopakiem do kaplicy. Udzieliłem mu Komunii Świętej. Modlił się długo. Z twarzą ukrytą w dłoniach. A potem patrzyłem się na niego, powoli oddalającego się i znikającego za drzewami, okalającymi plebanię…

+Niech Pan Ci błogosławi – modliłem się w sercu – i niech cię strzeże… W Twoje ręce, o Panie, powierzam tego chłopaka… Jego ducha, jego ciało, jego szczere pragnienia… Gdziekolwiek się uda, bądź z nim… Cokolwiek się stanie, umacniaj go… Niech te dwie i pół godziny zamienią się w wieczność…

7 lipca 2010

Polityka "Ojcze nasz"


No i po wyborach. Rodacy wybrali, wybór uszanować trzeba. Takie są prawidła demokracji. Oddaliśmy Cesarzowi, co cesarskie, oddajmy Bogu, co Boże. A jeśli już jestem przy słowach mojego Pana (głębokich jak zawsze) ośmielę się poruszyć temat, który u wielu wciąż powoduje gęsią skórkę, czyli: „Kościół a polityka”.

Nie ukrywam, że sprowokował mnie czasy ostatnimi jeden z komentarzy, pod tekstem mojego autorstwa: Komorowskiego "rozdwojenie jaźni"... Komentarz brzmi następująco: „Nie głosowałam na Komorowskiego i go nie bronię, ale nie podoba mi się ten blog ze względu na poruszanie polityki, kłótnie, dyskusje, zadymę. Jeżeli tak ma wyglądać blog księdza, to wielkie dzięki! Dzięki Bogu są jeszcze inne. A gdzie świadectwa, gdzie miłość Boga i bliźniego”?

No cóż. Tak dla przypomnienia: „miłość Boga i bliźniego” nie kłóci się z umiejętnością trzeźwego myślenia i próby spojrzenia na rzeczywistość oczami Ewangelii, co też Kościół stara się czynić od dwóch tysięcy lat. Także, jeśli chodzi o sprawy „polityczne”.

Według Stephena D. Tanseya „polityka obejmuje szeroki wachlarz sytuacji, w których ludzie kierujący się odmiennymi interesami działają wspólnie dla osiągnięcia celów, które ich łączą, i konkurują ze sobą, gdy cele są sprzeczne”. Ciekawa definicja. Zresztą jedna z tysięcy definicji, próbujących krótko i zwięźle zdefiniować to pojęcie. Polityką Kościoła jest „Ojcze nasz” – mawiał św. Jan Bosco. I miał rację. W „Pater noster” zawiera się wszystko, co chrześcijanom w warunkach ziemskiego życia jest potrzebne. Bóg, Niebo, świętość, Królestwo Boże, chleb powszedni, nasze winy, przebaczenie, pokusa etc. Oddajemy zatem Cezarowi, co cesarskie i Bogu, co Boże. Aniołami nie jesteśmy, ale jako słabi ludzie mamy prawo powalczyć o Królestwo Niebieskie, które w pełni objawia się na poziomie ludzkiego życia i ludzkiej godności. I dlatego Kościół, gdy chodzi o te wartości, odważnie zawiera głos, głosząc światu Chrystusa i Jego Królestwo. Wpis odnośnie pana Komorowskiego nie poruszał kwestii politycznych. Uważny czytelnik zauważy to od razu. A jeśli już jakieś kwestie poruszył, :to etyczne, czyli problem „in vitro”.

Nie wiem, może się mylę, ale jako człowiek (i dalej, jako ksiądz), który żyje i funkcjonuje w polskim społeczeństwie, mam prawo do działania (tudzież zabierania głosu) wraz z innymi obywatelami w sprawach dla naszego kraju ważnych i istotnych. Wręcz moim świętym obowiązkiem (jako księdza) jest upominanie, także polityków (tych katolickich szczególnie) w sprawach fundamentalnych, a obrona życia ludzkiego niewątpliwie do takich należy. Upominał Heroda Jan Chrzciciel (za co trafił za kratki), upominał Heroda i żydowskich liderów religijnych sam Jezus (za co m.in. trafił na krzyż). W imię miłości to robili!!! Nie będę milczał. Jeśli się to komuś nie podoba, trudno… Pan nas ze wszystkiego rozliczy.

Co do „kłótni” i „zadym” proszę nie przesadzać. Ja ich nie inicjuję i nie rozpoczynam. Staram się dyskutować. Głaskać nie potrafię. Zresztą osoby zaglądające na mojego bloga nie są kotkami i pieskami do głaskania. Tam, gdzie porusza się tematy trudne, tam też jest ogień dyskusji i płomiennej polemiki. Rzeczowej polemiki. A nie emocjonalnych i jednostronnych „kąsań”, które nic do dyskusji nie wprowadzają.

Kościół tworzą żywi ludzie. Nie mogą oni omijać tematów politycznych. Ale mogą uprawiać „politykę” na fundamencie Ewangelii, z Cezarem w tle i z Bogiem w sercu. Do parlamentu się nie pcham, do żadnej partii nie należę. Ale mam głos wyborczy, współtworzę społeczeństwo, mam udział w PKB. To prawda, jestem księdzem. Ale jestem też obywatelem Rzeczpospolitej. Jeśli komuś to przeszkadza, proszę wybaczyć, ale to już nie jest mój problem. Tematy polityczne z zakresu „Ojcze nas” będę podejmował nadal. Rozdrażnionych (i ochrzczonych) ignorantów „katolickiej nauki społecznej”, zaglądających na mojego bloga, z serca pozdrawiam. I zachęcam do radykalizmu ewangelicznego (nie mylić z religijnym fanatyzmem), nawet jeśli przyjdzie nam zapłacić za to głową…

Amen…

Ps. „Przyjdź Królestwo Twoje”…

Chrystusowcy....

Zasadniczym celem Towarzystwa Chrystusowego dla Polonii Zagranicznej jest uwielbienie Boga i uświęcenie się poprzez naśladowanie Jezusa Chrystusa. W sposób szczególny członkowie Towarzystwa włączają się w apostolstwo na rzecz rodaków przebywających poza granicami państwa polskiego.

Duchowość Towarzystwa Chrystusowego,
wypływająca z życia zakonnego i kapłańskiego jego członków, oparta jest na charyzmacie Założyciela kard. Augusta Hlonda i posłannictwie zgromadzenia. Wypływa także z późniejszych tradycji wypracowanych przez wspólnotę, kierowanej zwłaszcza przez pierwszego przełożonego generalnego, współzałożyciela ks. Ignacego Posadzego.

Działalność Towarzystwa Chrystusowego zdeterminowana jest misją apostolską zleconą przez Kościół. Wypełniana jest poprzez gorliwe życie radami ewangelicznymi, modlitwą i pokutą oraz wszelkiego rodzaju pracami duszpasterskimi podejmowanymi dla dobra Polaków żyjącymi poza granicami kraju.

Kapłani Towarzystwa, jako słudzy Chrystusa niosą dobrą nowinę o zbawieniu wszystkim rodakom. Służą im nie tylko opieką duszpasterską, ale również kulturową i społeczną. Bracia zakonni uczestniczą w posłannictwie Towarzystwa poprzez gorliwe życie zakonne i podejmowane różnorakie prace dla wypełniania misji zgromadzenia.


Świadectwo....

...Z wiarą w Boga jest jak z lataniem. Może i nie jesteśmy ptakami, na rękach w powietrze się nie wzniesiemy, ale sny Dedala i Ikara o tańcu w chmurach drzemią w każdym z nas. Ktoś musiał zatem wymyśleć samoloty, balony, spadochrony. By poczuć trochę wolności i oderwać się od ziemi, wypowiadając wojnę poczciwemu prawu grawitacji.

Wierzyć, znaczy wzbić się - ze swoim niespokojnym sercem - w przestworza nieznane, bez skrzydeł. Myślę o tym, bo wciąż jestem świadkiem rzeczy i wydarzeń, o których jeszcze kiedyś mógłbym pomyśleć: zwykły przypadek, zbieg okoliczności, sztuczka nad sztuczkami. Kto raz spotkał na swojej drodze Boga, żywego i realnego, wszedłszy w zawiłość doświadczenia Jego obecności, ten już nigdy nie pomyśli, nawet na moment, że bez skrzydeł nie da się ulecieć w głąb tajemnicy. Niespokojne serce musi ostatecznie spocząć w Bogu...

To było 10 lat temu. Studiowałem wtedy filologię polską na Uniwersytecie Szczecińskim. Młody chłopak, z małej warmińskiej wioski, z legitymacją studencką w ręku, wylądował w dużym mieście. Zamieszkałem w akademiku. Nowe znajomości, kumple, wykłady, imprezy - życie studenckie. Wtedy w akademikach nie było internetu czy telewizji. Było za to życie towarzyskie, wysiadywanie do późnych godzin nocnych na korytarzach i w klubach studenckich. Mijały tygodnie. Wódka lała się litrami, dym palonej trawki - szwendał się bezwiednie korytarzami studenckiego organizmu. Przyszedł moment, że sięgnąłem przysłowiowego dna. Zawalone wykłady, moralność poniżej zera, pustka wewnętrzna coraz dotkliwiej dawała znać o sobie. Skreślono mnie w końcu z listy studentów. Wrak człowieka, z parszywą wewnętrzną samotnością, zawył któregoś wieczoru głęboko we mnie, ogłaszając całemu wszechświatu, że jestem prawdziwym zerem. Pamiętam ten wieczór. Leżałem w ciemnym pokoju, za oknami padał dołujący mnie jeszcze bardziej deszcz. Zacząłem płakać. Jak małe dziecko. Zerwałem się z łóżka, chwyciłem kurtkę i wybiegłem na zewnątrz. Myślałem - koniec. Jestem skończony. Co powiem moim rodzicom? Gdzieś, pięćset kilometrów stąd, harowali ciężko, by ich ukochany synek wyszedł na ludzi, ukończył studia i był szczęśliwy. Wierzyli we mnie. Dali mi wszystko, co mogli dać, odbierając sobie bardzo wiele. Szedłem tak długo, z tymi myślami. Deszcz mieszał się z moimi łzami. Pamiętam jak wtedy kląłem , przeklinałem, chciało mi się wrzeszczeć, wyć, krzyczeć, uciec gdzieś - ale dokąd? Aż w końcu stanąłem przed kościołem. Był późny wieczór. Kościół zamknięty. Uklęknąłem przed drzwiami, oparłem o nie swoje czoło i zacząłem wrzeszczeć do Boga. Potrzebowałem Go. Kiedyś słyszałem, jak w kościele mówili, że On przyszedł do chorych a nie do tych, co się dobrze mają. Cisza... Tylko deszcz i szum wiatru. Ale w tej ciszy było coś, co mnie uspokoiło. Zerwałem się z miejsca i pobiegłem do pobliskiej plebanii. Zacząłem na oślep dzwonić do wszystkich księży, tam mieszkających. Musiałem się wyspowiadać. Tak, byłem tego pewny, musiałem się wyspowiadać!!! Potrzebowałem oczyszczenia... Potrzebowałem uzdrowienia... Potrzebowałem Boga, który nie mógł mnie odrzucić. Teraz, albo nigdy! Jeśli istniejesz - wyciągnij mnie z bagna i tego piekła, które rozpętałem na własne życzenie. W domofonie usłyszałem nagle spokojny głos jakiegoś księdza. Wybuchłem płaczem...

Ten wieczór zdawał się nie mieć końca... W spowiedzi wyrzuciłem z siebie wszystko. Nie pamiętam ile trwała. Mówiłem dużo, przez łzy, ksiądz nie przerywał, tylko słuchał. Opowiedziałem historię mojego życia, wszystko, co podpowiadało mi moje niespokojne serce. Mówiłem o tym wszystkim nie księdzu, ale Bogu. Czułem, że mnie słyszy. Pomyślałem: przecież on to wszystko wie... On tak, ale i do mnie musiało to wszystko dotrzeć. Potężna fala wyzwalającej prawdy uniosła mnie i moją rozpacz, poddałem się sile żywiołu, wiedziałem, że nic mi się nie stanie. On był zbyt blisko...

Wracałem do akademika mocno wyczerpany. Wszystko mnie bolało: kości, mięśnie, głowa... Rzuciłem się na łóżko i zasnąłem. Po raz pierwszy, od długiego czasu, zasnąłem. Nie mogło być inaczej. Łaska przebaczenia uspokoiła wezbrane wody. Spałem wtulony w mojego Boga... Który mnie ocalił...

W kilka dni póżniej spakowałem się, by powrócić w moje rodzinne strony. Siedziałem w pociągu, skulony jak przerażone pisklę. Teraz czekało mnie coś najtrudniejszego. Spotkanie z rodzicami. Pociąg sunął się mozolnie, po mocno żelaznych szynach, wioząc zalęknionego syna, który zawiódł swoją matkę i ojca. Cały czas się modliłem. Od czasu do czasu w myślach pojawiała się twarz płaczącej mamy i twarz taty, z jego surowym spojrzeniem i krzykiem w tle. Był porywczym i nerwowym człowiekiem.

Gdy pociąg wjeżdżał na stację Braniewo, czekałem na najgorsze. Wyszedłem z pociągu. W oddali ujrzałem sylwetkę ojca. Zbliżałem się do niego powoli, niepewnie. Gotowy na wszystko. Na pierwsze docinki, marudzenie, może krzyk... Na pierwsze przekleństwa...

Ojciec nagle ruszył w moją stronę. Czułem w powietrzu jego siłę i moc. Spuściłem wzrok, czułem, że pod powiekami za chwilę pojawią się pierwsze łzy. Nie krzyczał... Nic nie powiedział, tylko rzucił się na mnie, oplatając mnie swymi ramionami. Ten uścisk wszedł w fazę nieskończoności. Uścisnął mnie mocno, jak gdyby nie chciał mnie już nigdy ze swoich ojcowskich ramion wypuścić. To nie był sen. To był mój ojciec, jakiego wcześniej nigdy nie znałem... Szeptał mi do ucha: synu, jak ty wyglądasz?... Znoszona kurtka, spodnie, stare buty. Cała kasa szła przecież na zabawę, alkohol, fajki, trawę... Płakałem. A on mnie ciągle ściskał. I wtedy poczułem coś, co mnie z jednej strony przeraziło a z drugiej zalało niedającym się opisać pokojem. Poczułem nie tylko ramiona mojego taty. To nie były tylko jego ramiona. W tym momencie, na peronie, obejmował mnie sam Bóg. Ojciec obejmował syna marnotrawnego... Bóg objął swoje zagubione dziecko. To doświadczenie było tak silne, tak stuprocentowe, że nawet teraz kiedy to piszę, przenika moje ciało dreszcz, zmieszany ze wzruszeniem. Tego dnia uzyskałem, jedyny z możliwych, dowód - na istnienie Boga. Dowód spłodzony w ramionach mojego biologicznego ojca...

I wtedy byłem już pewien swojej przyszłości. W objęciu Boga pojawiło się pragnienie, mocne i nie do zniszczenia. Pragnienie obejmowania ludzi zagubionych. Pragnienie szukania tych, którym brakuje sił do odnalezienia pokoju ducha. Pragnienie, by inni w moich ramionach, słowach, gestach mogli odkryć tajemnicę najpełniejszej i prawdziwej miłości, której na imię - Bóg... Jedna droga umożliwiła mi realizację tego silnego pragnienia. Wstąpiłem do zakonu. Zostałem księdzem i zakonnikiem. By Bóg mógł przeze mnie odnajdywać tych, którzy od Niego odeszli, w dalekie strony, pełne mroku i zwątpienia...

„Stworzyłeś mnie, Boże, dla siebie i niespokojne jest serce moje, dopóki nie spocznie w Tobie”. To słowa św. Augustyna. Moje ulubione, bo pełne tego, co dane mi było doświadczyć... Wiele jest historii niespokojnych serc. I wiele z tych historii rozgrywa się pośród nas, cichych i rzeczywistych do bólu... Bogu te wszystkie historie zawierzam, z nadzieją (może czasami aż nazbyt natrętną), że nie jedno serce (zagubione i niespokojne) otworzy się na łaskę wiary, by spocząć w ramionach ciepłych od prawdziwej miłości.

"Oto czynię wszystko nowe. (...) Stało się. Jam Alfa i Omega, Początek i koniec. Ja pragnącemu dam darmo pić ze źródła wody życia (...) I będę Bogiem dla niego, a on dla mnie będzie synem..."
(Ap 21, 5-7)