28 października 2010

(Niestety) In vitro "uświęca" środki...

Czasami wydaje mi się, że żyję w „kraju bezmózgowców” i „duchowych impotentów”. A wielu z nich jest w dodatku ochrzczonych. Wiem… Mocne słowa. Ale  jak inaczej nazwać  katolików, którzy mają problem ze zrozumieniem stanowiska swoich pasterzy w sprawie In vitro? Przyznaję szczerze, że jestem wściekły, zawiedziony i przerażony. Przerażony poziomem dyskusji, mało merytorycznej argumentacji, wreszcie osiągającym szczyty uśpieniem katolickich sumień. I dlaczego do jasnej cholery (przepraszam za wyrażenie, ale nerwy puszczają) duża część Polaków nie zauważa tej cienkiej, subtelnej i czarnej linii, którą diabeł zarysował pomiędzy zdrowym rozsądkiem a zmanipulowaną połacią mózgu, alergicznie wręcz zrażoną do podstawowych prawd Ewangelii, których stróżem był, jest i będzie - Kościół, notabene przez nas tworzony (choć nie my w Nim jesteśmy najważniejsi).

Sprawa In vitro przypomina mi początki rodzaju ludzkiego w raju. Wisi sobie na drzewku owoc, piękny i dojrzały, soczysty, może gruszka, może jabłko, może banan (nie ważne), owoc, normalny owoc. Diabeł zakręcił się wokół niego i wyniuchał doskonałą okazję, by pierwszą we wszechświecie damę i jej towarzysza zrobić w przysłowiowe „bambuko”. „zerwijcie ten owoc, ugryźcie go, przecież to nic trudnego, normalny, dojrzały owocek, nic wam się nie stanie” – szeptał wąż. In vitro… Cóż w tej metodzie złego. Dlaczego mielibyśmy jej nie skosztować (a kosztowna jest piekielnie). Czy to prawda, że Bóg zabronił jej zakosztować?... I że jak jej spróbujecie, to spotka was śmierć?...

Biskupi mówią: to prawda… Jeżeli ją spożyjecie (zastosujecie) będziecie duchowo martwi. Mówią tak, bo medyczne statystyki (zręcznie w mediach przemilczane) nie pozostawiają złudzeń: In vitro to niszczenie ludzkiego życia na początkowym etapie rozwoju (jest śmierć?... Jest i to nie tylko duchowa), bowiem od 60 do 95 procent dzieci poczętych metodą In vitro ginie przed narodzeniem. Ktoś powie: giną też w łonach matek. To prawda. Ale jest pewna (mocno zakamuflowana) różnica pomiędzy obydwoma sposobami śmierci. Użyję pewnej analogii. Czy jest  różnica pomiędzy śmiercią babci w łóżku szpitalnym (której stuknęła już setka), a wsadzeniem jej do zamrażalki, na kilka miesięcy, z której już raczej żywa nie wyjdzie… Pan premier, prezydent Komorowski i  wielu innych Polaków twierdzi, że różnicy nie ma. No cóż… Może jestem tępy, ale wydaje mi się, że jednak pewnej różnicy można się tu dopatrzeć. Jak donosi portal BioNews, w latach 1991-2005 w wielkiej Brytanii wytworzono łącznie 2.137.924 ludzkich embrionów w ramach pomocy parom starającym się o dziecko. W tym okresie, według brytyjskiego Urzędu do Spraw Płodności i Embriologii (HEFA), łączna liczba żywych dzieci urodzonych w wyniku In vitro wyniosła 109.469. Co się w takim razie stało z pozostałymi 2.028.455 ludzkimi zarodkami?...

Dlaczego większość ginekologów wprowadza w błąd swoje pacjentki i nie leczy ich objawów niepłodności (bo co, trzeba by było trochę pogłówkować, narobić się i to w dodatku za darmo…)? Chodzi o kasę, rzecz jasna. Przecież metoda In vitro (w przeciwieństwie do Naprotechnologii, chociażby) nie leczy objawów niepłodności i jak to słusznie przypomnieli biskupi, jest młodszą siostrą eugeniki, którą swego czasu tak wielu się zachwycało, a dzisiaj?...

Wreszcie sumienie… Fajnie mieć dzieciaczka, kupować mu śpioszki, zabawki, robić w parku zdjęcia… A co z jego rodzeństwem, zamkniętym w zamrażalkach, albo mechanicznie uśmierconym? Dlaczego nie dopuszcza się w mediach do głosu kobiet i ich mężów, którym złamano sumienia (bo nie powiedziano do końca całej prawdy o metodzie In vitro) i którzy dzisiaj, patrząc się na swojego syna, czy córkę, prawie że płaczą, mając na sumieniu swoje potencjalne, uśmiercone potomstwo? Nie wspomnę już o etycznych konsekwencjach samej procedury, przecież mężczyzna musi zgrzeszyć masturbacją, by dostarczyć nasienie. Tak wiem, jestem zacofany, masturbacja grzechem?... nie…  no proszę księdza, nie przesadzajmy… A jednak. W oczach Pana Boga jest grzechem. Jednym z kilku, który po drodze funduje metoda In vitro, łącznie z grzechem zabójstwa najbardziej niewinnych, kosztem jednego upragnionego dziecka. Tak, drodzy moi, w ogrodach rajskich naszej planety zamiast jabłek, wąż wskazuje nam ckliwe obrazki zapłakanych kobiet i mężczyzn, starających się o dziecko. Wielu z nich, ten sam diabeł, faszerował przez lata antykoncepcją i totalnym (psychicznym) wykluczeniem potomstwa. Jednak jak przypomniał nam przed laty Jan Paweł II, cel nie może uświęcać środków. A jeśli już uświęca, to nie ma już w tym ani zamysłu Boga, ani dobrej woli. Jest za to uśpione sumienie i nadęty egoizm, który przypomnę tylko, jest przeciwieństwem miłości. Prawdziwej miłości.

Ochrzczonych „bezmózgowców” i „duchowych impotentów” proszę o jedno… Spójrzcie na metodę In vitro chrześcijańskim i ewangelicznym spojrzeniem. Nie zrywajcie owoców, które niosą śmierć. Zaufajcie swoim pasterzom, którzy jak nigdy dotąd, zdają się mówić jednym głosem. Czyż nie jest to jeszcze jeden dowód na to, że przemawia przez nich Ten, który kiedyś modlił się słowami: „aby byli jedno”?... Niech Pan da nam trzeźwe spojrzenie i mądre serce… Owocu In vitro zaś, nie warto zrywać i kosztować. Już raz to zrobiliśmy i za wesoło się to nie skończyło…

23 października 2010

Dobrych proboszczów dał mi Pan...

Zawsze miałem szczęście do dobrych proboszczów. Najpierw w mojej rodzinnej parafii i potem, kiedy zostałem wyświęcony na kapłana (czy prezbitera, jak kto woli). Dlatego gdy słyszę słowo „proboszcz” to od razu w głowie i sercu pojawiają mi się skojarzenia: „ojciec”, „opiekun”, „przewodnik”, „autorytet”. Jestem Panu Bogu za tych wszystkich moich proboszczów naprawdę  wdzięczny. Krótko rzecz ujmując: jestem szczęściarzem… Wiele lat temu, jedną z moich naczelnych zasad uczyniłem słowa: „ze wszystkimi da się dogadać”. A jeśli ze wszystkimi  to i z proboszczem, czemuż by nie... Także wówczas, gdy trzeba zastosować ewangeliczną zachętę, tudzież radę  Jezusa, który wikarym (i proboszczom) podpowiada: „bądźcie roztropni jak węże, a nieskazitelni jak gołębie” (Mt 10,16). Roztropność i nieskazitelność. Myślę, że te dwie cnoty w relacjach wikary-proboszcz są niezbędne w kształtowaniu dobrych i braterskich relacji. Plus odrobina dobrej woli. 

Mam świadomość, że w zakonnych wspólnotach o (meta)pozytywną relację jest nieco łatwiej. Bo nacisk na „wspólnotę” jest w zgromadzeniach zakonnych rzeczą podstawową, wręcz fundamentem życia według ślubowanych rad ewangelicznych. Żyjemy praktycznie 24 h obok siebie i ze sobą. Wspólne posiłki, modlitwy, spotkania braterskie, wspólnota dóbr materialnych i duchowych. To wszystko przybliża, scala, tworzy rodzinny klimat. Nie wspominając już o wspólnym zakonnym charyzmacie, łączącym nas, zakonników, w jedno. W ten oto sposób jedni drugich ciężary noszą, choć czasami wydaje się, że wielu z tych ciężarów braterskich  unieść się nie da…
Wspomniałem wcześniej, że miałem (i mam nadal) szczęście do dobrych proboszczów. Po świeceniach trafiłem na parafię, w której pasterzował proboszcz wybitny, mający tysiące pomysłów duszpasterskich na minutę. Zadziwia mnie swoją pastoralną działalnością i gorliwością po dzień dzisiejszy. Dużo można się było przy nim nauczyć. Był też nadzwyczaj cierpliwy i wyrozumiały dla mnie, jako młodego (świeżo po święceniach)  księżulka. Mój słomiany wielokrotnie zapał oraz młodzieńcze, nie zawsze mądre pomysły zderzały się z jego doświadczeniem. Swoją drogą, podziwiam anielską cierpliwość proboszczów do neoprezbiterów, którym wydaje się czasami, że zbawią cały świat…  Drugi proboszcz, który z woli Pana stanął na mojej drodze, wieloletni Mistrz Nowicjatu w naszym zgromadzeniu zakonnym, był równie cierpliwy, co pierwszy. Darzył nas, swoich młodych kapłanów, ogromnym zaufaniem. Stwarzał na plebanii klimat przyjaznej atmosfery, co wieczór przesiadywał z nami dzieląc się swoim bogatym życiem duchowym i doświadczeniem zakonnego kapłaństwa. I znowu, mogłem się u jego boku nauczyć naprawdę wiele, co też chyba na dzień dzisiejszy jakoś owocuje. Trzeci proboszcz (mój obecny), miłośnik i znawca sztuki, przyjął mnie równie serdecznie, co pozostali. Jest człowiekiem nadzwyczaj zorganizowanym i poukładanym. Z dnia na dzień przekonuję się coraz bardziej, że jego obecność w moim kapłańskim i zakonnym życiu nie jest przypadkowa. Więcej, jest ona opatrznościowa. Moja romantyczna natura lekkoducha i „poety” bujającego czasami w obłokach, uczy się przy takim proboszczu czegoś nadzwyczaj w kapłaństwie cennego. Mianowicie: duchowego uporządkowania, usystematyzowania swoich działań i zajęć, jakiegoś porządku we wszystkim, co robię i jak żyję. No więc Panie Boże: „strzał w dziesiątkę”… Jesteś Wielki…
Kiedy byłem w Seminarium, zmarł mój ojciec. Przeżyłem to bardzo. Nie ukrywam, że po święceniach każdy kolejny proboszcz w jakiś sposób zastępował mi , tu na ziemi, mojego tatę. I mam głębokie, wewnętrzne przekonanie, że Pan Bóg tak to wszystko układa, stawiając na mojej drodze proboszczów, którzy mnie wiele dobrego uczyli i uczą, jak ojciec syna.  Za co też mojemu Panu z serca dziękuję…
Co zaś do relacji „podwładny – przełożony”, nie będę zbytnio filozofował i teologizował. Jesteśmy grupą facetów w sutannach (habitach), którzy wierzą w Boga i poświęcają Mu swoje życie. Mamy różną przeszłość, różne charaktery, różny temperament, różne przyzwyczajenia. Ciężarów braterskich do uniesienia jest więc od groma i trochę. Nie ma co biadolić, narzekać, frustrować się niepotrzebnie. Jeżeli ktoś uczciwie i gorliwie oddaje się kapłańskiemu pasterzowaniu, to i gorliwie (czyt. pokornie) znosić będzie trudy swoich słabości i słabości innych. Byleby w tym wszystkim być blisko siebie, na kolanach i przy ołtarzu, na plebanii i w kościele, wieczorem przy lampce dobrego wina i w samotni swojego pokoju. Roztropnie i nieskazitelnie. Z wiarą i pokorą. Ponad nasz męski egoizm można się wznieść, przy pomocy łaski Bożej (posłuszeństwo),  oraz pokornego wysiłku pracy nad sobą (ubóstwo) i przeżywania siebie (czystość). Polecam też odrobinę „dobrego humoru”… To zawsze działa. Sfrustrowany smutas nie dogada się z nikim… Nawet ze świętym Proboszczem. 

14 października 2010

Nie chcę "drugiej Holandii"

Chciałbym żyć w kraju na wskroś chrześcijańskim. W kraju gdzie nie układano by krzyży z puszek po Lechu, gdzie nie zabijano by nienarodzonych, w kraju wolnym od iluzji In-vitro, czy fanatycznie liberalnych ideologii. Chciałbym robić zakupy w sklepach i być (współ)twórcą kolejek do kasy, składających się z ludzi żyjących sakramentami, „uprawiającymi” miłość cierpliwą, szanującymi się nawzajem. Przejść się przez miasto w sutannie i nie usłyszeć  tekstów typu: „pedał”, „dzieciorób” etc. Chciałbym. Ale wiem, że tak nigdy nie będzie. Wiem też, że tak być nie może.

Królestwo Boże jest w nas.  Wszędzie pełno światła. Tabernakula wypełnione Bogiem, przestrzeń poprzecinana setkami odmawianych różańców. Wieże kościołów wzbijają się ku niebu. Obok klinika aborcyjna, wdzierająca się w czarne grudy ziemi, fabryka śmierci, zabijająca wszystko i wszystkich, dzieci, matki, lekarzy. W powietrzu, którym oddycham, krzątają się duchy pachnące łagodnością i rajskim ogrodem, tudzież wykrzywione pychą oblicza innych aniołów, z czarnymi skrzydłami, siewcy strachu i niepokoju. Ten kraj nie jest rajem, ziemią obiecaną. A jednak do tego kraju i do tej ziemi poprowadził nas Pan…
Pomyślałem sobie wczoraj, że jak Diabłu uda się zniszczyć tę ziemię, nastąpi koniec świata. Wiem, przesada. Ale tak pomyślałem. Jak się uda Diabłu wyrugować wszystkie krzyże, zamknąć usta chrześcijanom, zapędzić „polskich katoli” do kąta kompleksów i „wiary prywatnej”, to ukażą się znaki na niebie i wielki smok (nie będzie to niestety ten wawelski) zrzuci na ziemię część gwiazd i pożre nas beznamiętnie, jak się pożera kartonik popcornu w Multikinie, na jakimś głupawym seansie jeszcze jednego filmiku w 3D.
Nie chcę, żeby w moim kraju nastąpiła duchowa śmierć. Nie chcę drugiej Irlandii, nie chcę drugiej Holandii. Nie chcę przy ołtarzu biskupów gejów, księży „kochających inaczej” (określenie w ramach „politycznej poprawności”), pamiątek pierwszokomunijnych, z drzwiczkami przez które można wsadzić do środka kawałek Pana Jezusa i powiesić na ścianie w swoim wypasionym domku. Nie marzy mi się odprawianie Eucharystii z asystą dwóch świeckich przy ołtarzu, konsekrujących ze mną chleb i wino. Nie marzą mi się kapłani współbracia, niespowiadający od lat dwudziestu i kościoły w których nie można przystąpić do spowiedzi. Nie chcę żyć w mieście, gdzie zakazane są procesje Bożego Ciała (bo rani to uczucia ateistów), za to kilka razy do roku pozwala się przejść innym „procesjom”, w czasie których zamiast sypania kwiatków sypie się prezerwatywami, miast chorągwi i transparentów niesie się transparenty ze zdjęciami kopulujących facetów. A potem niszczy się figurę Jezusa stojącą przy poczciwym kościółku, w ramach zadośćuczynienia za prześladowania mniejszości seksualnych (zapraszam do Amsterdamu). Nie chcę chodzić do kościołów, przerabianych na salony samochodowe, restauracje, hotele, czy domy towarowe...
Nie chcę, by moja ziemia pokryła się złotymi cielcami, bezrozumnym pogaństwem, flagami w kolorach tęczy, „wolnością” zniewalającą, wolnością dla samej wolności, by ziemia ta przesiąkła krwią aportowanych dzieciaków, a powietrze wypełnione zostało jękiem unicestwionych duchowo dwunogów, potomków Adama i Ewy, którym stwardniały serca i którzy odwrócili się od swojego Stwórcy,  pożerając tony owoców „nie do spożycia”, zgniłych i pełnych robactwa, o smaku słodkiego miodu.
I modlę się. O świętych Franciszków, Benedyktów, święte Jadwigi, o kolejnych Dokowiczów, Terlikowskich, Cejrowskich, o kolejne Najfeldowe , o kolejnych Popiełuszków, o tych, którzy mieli i mają odwagę czekać na Mojżesza, zamiast lepić złote cielce. Czekamy na „drugiego Mojżesza”… Przyjdzie na pewno. Ten, który pokonał śmierć, który przywraca człowiekowi godność, który zejdzie z góry i dokona Sądu. Czekam i sam podejmuję walkę, bo cielców jest coraz więcej. A ziemia, do której poprowadził nas Pan, jest ziemią świętą, ziemią na której słowa „Bóg, honor i ojczyzna” mają jeszcze sens. Czas się przebudzić. Ta ziemia nigdy nie będzie Rajem. Ale przez tą ziemię wiedzie do Raju droga, której jesteśmy stróżami i dzięki której możemy sami i wespół z innymi dojść tam, gdzie nasze miejsce… Tego chcę… I pragnę… I o tą drogę walczyć będę, póki starczy mi sił…

4 października 2010

Poświęć 20 z 1440 minut...

Mówią, że Różaniec to trudna modlitwa. A może właśnie dlatego trudna, że tak bardzo prosta. Mało w niej miejsca na nasze osobiste mądrości, pojękiwania, teologiczne spekulacje. W Różańcu bowiem liczą się przede wszystkim tajemnice z życia Chrystusa. On tam liczy się najbardziej i Jego Ewangelia, prawdziwa do bólu. Odmawiając Różaniec,  nie "odmawiamy" siebie i może dlatego tak trudno niektórym Różaniec odmawiać. Nie „odmawiamy” siebie, choć odmawiamy go sobą…


Dlaczego modlitwa różańcowa wydaje się być trudna (i dla wielu „oświeconych” infantylna)? Powodów jest kilka. Po pierwsze: czas. Nasz cenny czas, którego mamy (co jest absurdem) wciąż tak mało. Bo czasu mamy wystarczająco dużo, tylko trzeba sobie wszystko sensownie zaplanować. Jeśli Różaniec jest „modlitwą nieustanną” to może doskonale wkomponować się w nasz harmonogram dnia. Przykładowo możemy się nim modlić jadąc rano do pracy, sprzątając dom (i nie będzie to profanacja), pracując na działce. Uświęcamy wówczas (w określonej intencji) nasze codzienne sprawy, zadania, obowiązki. Więcej, pozostajemy wciąż w relacji z Najwyższym, wypełniając siebie Jego obecnością.

Po drugie: forma. Wydaje się być mało atrakcyjna. Z góry narzucona. Sztywna. Owe jak najbardziej „iluzoryczne” argumenty padają często z ust tych, którzy skapitulowali, zanim dobrze zaczęli modlić się Różańcem. To prawda. Przełamać się i przekonać do czegoś wielkiego, jest nam czasami trudno. Ale jak to często powtarzam mojej młodzieży: chrześcijaństwo nie jest dla mięczaków. Analogicznie jest z modlitwą różańcową. Wielu zmanierowanych „brakiem wiary w siebie” katolików boi się, jak ognia, podjęcia duchowego wysiłku i solidnej pracy na polu duchowego dojrzewania. A przecież potencjał duchowy (podarowany człowiekowi przez Stwórcę) jest w nas ogromny. Łaski, dzięki której możemy budować solidne „domy na skale” Pan Bóg też nam nie żałuje, „leje się” ona potokami z Nieba, że aż huczy. Więc zanim skapitulujesz, weź się w garść, módl się żarliwie do Ducha Świętego i jazda, do roboty. Chwytaj różaniec i do przodu. Biegnij, ile sił w płucach. Startujesz w zawodach, wyposażony w świetne możliwości (jesteś ochrzczony, Pan dał ci wiarę, nadzieję i miłość), wsparty kibicowaniem tysięcy Bożych wariatów w Niebie. A i klub, do którego należysz (RCC, czyli Roman Catholic Church), trenuje cię (i wspiera) od lat, więc dasz radę, zwycięstwo jest na wyciągnięcie ręki…

Po trzecie: diabelska „promocja” innych wypełniaczy czasu, połączona z solidną ideologią pt. „Różaniec nie jest konieczny do zbawienia”. Na pierwszy rzut oka: racja. Można się modlić na różny sposób, we własnym stylu, różnymi innymi formami modlitewnymi. Jest jednak małe „ale”. Otóż Różaniec przez wieki doczekał się wielu teologicznych opracowań, wypełniał życie duchowe setek świętych i błogosławionych, miał świetną promocję ze strony Nauczycielskiego Urzędu Kościoła. Więcej: w czasie objawień maryjnych cały świat mógł wielokrotnie usłyszeć słowa, których Maryja nie wymyśliła sama. Bo kiedy Bóg posyła swojego Posłańca na świat, to ten mówi w Jego Imieniu i Jego słowa. Słowa wypowiedziane przez Maryję, szokują swoją prostotą. „Odmawiajcie różaniec”… Lourdes, Fatima, polski Gietrzwałd. Siostra Łucja, jedna z wizjonerek objawień fatimskich,  nie pozostawia złudzeń: „Różaniec jest najlepszą bronią w walce z szatanem o duszę świata”… Tę tajemniczą broń Bóg umieszcza w dłoniach swych wiernych żołnierzy, walczących z szatanem i jego sługami krążącymi po świecie. Zapewnia nas o tym, wielki propagator modlitwy różańcowej, św. Ludwik Maria Grignion de Montfort: "Choćbyście się znaleźli nad brzegiem przepaści, choćbyście mieli już jedną nogę w piekle, choćbyście się nawet zaprzedali diabłu jak jaki czarownik, choćbyś był heretykiem zatwardziałym i uporczywym jak szatan, wcześniej czy później nawrócicie się i zbawicie się, jeżeli - powtarzam wam, a zważcie dobrze słowa i treści mojej rady - będziecie pobożnie odmawiali Różaniec Święty każdego dnia aż do śmierci, w celu poznania prawdy i otrzymania skruchy i przebaczenia waszych grzechów”. Szatan nienawidzi Różańca. Ma świadomość, jak wielką moc i siłę ma modlitwa różańcowa. Jest ona przecież „pigułką” zawierającą w sobie wszystko, co rozpisano na tysiące tomów potężnych dzieł teologicznych. Jest „skrótem” całego Bożego Objawienia, zawiera w sobie słowa Jezusa („Ojcze nasz”), „Dobrą Nowinę” o Jezusie, wdzierającą się w nas drogą rozważań poszczególnych scen z Ewangelii, doksologię (czyli oddanie chwały Ojcu, Synowi i Duchowi Świętemu), stawia przy nas Niepokalaną, która miażdży swoją stopą węża. Wreszcie sprawia, że myśli, słowa, oddech, całe ciało wchodzi w realny kontakt z żywym i prawdziwym Bogiem, uzdrawiającym w nas to, co jeszcze pozostaje chore, zranione, zainfekowane podłym do bólu „egoizmem”…

Na zakończenie refleksji słowa, które dały mi kiedyś wiele do myślenia, autorstwa ks. Leszka Łysienia: „Różaniec może ocalić naszą wyobraźnię przed charakterystycznym dla naszych czasów zjawiskiem legastenii. Dolegliwość ta (schorzenie) polega na tym, że człowiek zna co prawda poszczególne litery, potrafi je nawet sylabizować, ale nie potrafi całego tekstu czytać ze zrozumieniem. Nie potrafi z liter złożyć zdania i pojąć tekstu. Bez wątpienia świat jest tekstem, skoro staramy się go zrozumieć, zaś on odsłania przed nami swoje tajemnice, to znaczy poddaje się rozumieniu. Legastenik jest skazany na sylabizowanie świata. Nie wystarcza sam rozum, aby właściwie czytać świat. Myślenie wedle praw logiki formalnej czy sylogizmu z przesłankami większymi i mniejszymi oraz konkluzjami jest niewątpliwie potrzebne i nic go nie zastąpi. Czy jest jednak wystarczające? (…) Modlitwa różańcowa uwalnia wyobraźnię od ciasnoty, jałowości i jednostronności postrzegania świata podpowiada jej, budząc wiarę, nadzieje i miłość, iż pełne i zrozumiałe odczytanie rzeczywistości, możliwe będzie wówczas, kiedy dotknie, doczyta się tajemniczego przejawiania się Boga w zwyczajności spraw ludzkich”…

„Odmawiajcie różaniec”… Poświęć 20 z 1440 minut dnia na niezapomnianą przygodę z Bogiem, biegnąc z Różańcem w ręku, ku wyznaczonej mecie. Nic nie stracisz, a wiele możesz zyskać… Legastenię duchową można uleczyć. Zrealizuj receptę i próbuj zaaplikować swojemu organizmowi najskuteczniejsze lekarstwo: modlitwę różańcową. Powodzenia…

Ps. Na październik polecam świetną lekturę duchową: Ks. Leszek Łysień, „Na tropach człowieka. Medytacje filozoficzne o wierze, nadziei, miłości i innych nie mniej ważnych sprawach modlitwą różańcową zainspirowane”, Kraków 2009. 

Chrystusowcy....

Zasadniczym celem Towarzystwa Chrystusowego dla Polonii Zagranicznej jest uwielbienie Boga i uświęcenie się poprzez naśladowanie Jezusa Chrystusa. W sposób szczególny członkowie Towarzystwa włączają się w apostolstwo na rzecz rodaków przebywających poza granicami państwa polskiego.

Duchowość Towarzystwa Chrystusowego,
wypływająca z życia zakonnego i kapłańskiego jego członków, oparta jest na charyzmacie Założyciela kard. Augusta Hlonda i posłannictwie zgromadzenia. Wypływa także z późniejszych tradycji wypracowanych przez wspólnotę, kierowanej zwłaszcza przez pierwszego przełożonego generalnego, współzałożyciela ks. Ignacego Posadzego.

Działalność Towarzystwa Chrystusowego zdeterminowana jest misją apostolską zleconą przez Kościół. Wypełniana jest poprzez gorliwe życie radami ewangelicznymi, modlitwą i pokutą oraz wszelkiego rodzaju pracami duszpasterskimi podejmowanymi dla dobra Polaków żyjącymi poza granicami kraju.

Kapłani Towarzystwa, jako słudzy Chrystusa niosą dobrą nowinę o zbawieniu wszystkim rodakom. Służą im nie tylko opieką duszpasterską, ale również kulturową i społeczną. Bracia zakonni uczestniczą w posłannictwie Towarzystwa poprzez gorliwe życie zakonne i podejmowane różnorakie prace dla wypełniania misji zgromadzenia.


Świadectwo....

...Z wiarą w Boga jest jak z lataniem. Może i nie jesteśmy ptakami, na rękach w powietrze się nie wzniesiemy, ale sny Dedala i Ikara o tańcu w chmurach drzemią w każdym z nas. Ktoś musiał zatem wymyśleć samoloty, balony, spadochrony. By poczuć trochę wolności i oderwać się od ziemi, wypowiadając wojnę poczciwemu prawu grawitacji.

Wierzyć, znaczy wzbić się - ze swoim niespokojnym sercem - w przestworza nieznane, bez skrzydeł. Myślę o tym, bo wciąż jestem świadkiem rzeczy i wydarzeń, o których jeszcze kiedyś mógłbym pomyśleć: zwykły przypadek, zbieg okoliczności, sztuczka nad sztuczkami. Kto raz spotkał na swojej drodze Boga, żywego i realnego, wszedłszy w zawiłość doświadczenia Jego obecności, ten już nigdy nie pomyśli, nawet na moment, że bez skrzydeł nie da się ulecieć w głąb tajemnicy. Niespokojne serce musi ostatecznie spocząć w Bogu...

To było 10 lat temu. Studiowałem wtedy filologię polską na Uniwersytecie Szczecińskim. Młody chłopak, z małej warmińskiej wioski, z legitymacją studencką w ręku, wylądował w dużym mieście. Zamieszkałem w akademiku. Nowe znajomości, kumple, wykłady, imprezy - życie studenckie. Wtedy w akademikach nie było internetu czy telewizji. Było za to życie towarzyskie, wysiadywanie do późnych godzin nocnych na korytarzach i w klubach studenckich. Mijały tygodnie. Wódka lała się litrami, dym palonej trawki - szwendał się bezwiednie korytarzami studenckiego organizmu. Przyszedł moment, że sięgnąłem przysłowiowego dna. Zawalone wykłady, moralność poniżej zera, pustka wewnętrzna coraz dotkliwiej dawała znać o sobie. Skreślono mnie w końcu z listy studentów. Wrak człowieka, z parszywą wewnętrzną samotnością, zawył któregoś wieczoru głęboko we mnie, ogłaszając całemu wszechświatu, że jestem prawdziwym zerem. Pamiętam ten wieczór. Leżałem w ciemnym pokoju, za oknami padał dołujący mnie jeszcze bardziej deszcz. Zacząłem płakać. Jak małe dziecko. Zerwałem się z łóżka, chwyciłem kurtkę i wybiegłem na zewnątrz. Myślałem - koniec. Jestem skończony. Co powiem moim rodzicom? Gdzieś, pięćset kilometrów stąd, harowali ciężko, by ich ukochany synek wyszedł na ludzi, ukończył studia i był szczęśliwy. Wierzyli we mnie. Dali mi wszystko, co mogli dać, odbierając sobie bardzo wiele. Szedłem tak długo, z tymi myślami. Deszcz mieszał się z moimi łzami. Pamiętam jak wtedy kląłem , przeklinałem, chciało mi się wrzeszczeć, wyć, krzyczeć, uciec gdzieś - ale dokąd? Aż w końcu stanąłem przed kościołem. Był późny wieczór. Kościół zamknięty. Uklęknąłem przed drzwiami, oparłem o nie swoje czoło i zacząłem wrzeszczeć do Boga. Potrzebowałem Go. Kiedyś słyszałem, jak w kościele mówili, że On przyszedł do chorych a nie do tych, co się dobrze mają. Cisza... Tylko deszcz i szum wiatru. Ale w tej ciszy było coś, co mnie uspokoiło. Zerwałem się z miejsca i pobiegłem do pobliskiej plebanii. Zacząłem na oślep dzwonić do wszystkich księży, tam mieszkających. Musiałem się wyspowiadać. Tak, byłem tego pewny, musiałem się wyspowiadać!!! Potrzebowałem oczyszczenia... Potrzebowałem uzdrowienia... Potrzebowałem Boga, który nie mógł mnie odrzucić. Teraz, albo nigdy! Jeśli istniejesz - wyciągnij mnie z bagna i tego piekła, które rozpętałem na własne życzenie. W domofonie usłyszałem nagle spokojny głos jakiegoś księdza. Wybuchłem płaczem...

Ten wieczór zdawał się nie mieć końca... W spowiedzi wyrzuciłem z siebie wszystko. Nie pamiętam ile trwała. Mówiłem dużo, przez łzy, ksiądz nie przerywał, tylko słuchał. Opowiedziałem historię mojego życia, wszystko, co podpowiadało mi moje niespokojne serce. Mówiłem o tym wszystkim nie księdzu, ale Bogu. Czułem, że mnie słyszy. Pomyślałem: przecież on to wszystko wie... On tak, ale i do mnie musiało to wszystko dotrzeć. Potężna fala wyzwalającej prawdy uniosła mnie i moją rozpacz, poddałem się sile żywiołu, wiedziałem, że nic mi się nie stanie. On był zbyt blisko...

Wracałem do akademika mocno wyczerpany. Wszystko mnie bolało: kości, mięśnie, głowa... Rzuciłem się na łóżko i zasnąłem. Po raz pierwszy, od długiego czasu, zasnąłem. Nie mogło być inaczej. Łaska przebaczenia uspokoiła wezbrane wody. Spałem wtulony w mojego Boga... Który mnie ocalił...

W kilka dni póżniej spakowałem się, by powrócić w moje rodzinne strony. Siedziałem w pociągu, skulony jak przerażone pisklę. Teraz czekało mnie coś najtrudniejszego. Spotkanie z rodzicami. Pociąg sunął się mozolnie, po mocno żelaznych szynach, wioząc zalęknionego syna, który zawiódł swoją matkę i ojca. Cały czas się modliłem. Od czasu do czasu w myślach pojawiała się twarz płaczącej mamy i twarz taty, z jego surowym spojrzeniem i krzykiem w tle. Był porywczym i nerwowym człowiekiem.

Gdy pociąg wjeżdżał na stację Braniewo, czekałem na najgorsze. Wyszedłem z pociągu. W oddali ujrzałem sylwetkę ojca. Zbliżałem się do niego powoli, niepewnie. Gotowy na wszystko. Na pierwsze docinki, marudzenie, może krzyk... Na pierwsze przekleństwa...

Ojciec nagle ruszył w moją stronę. Czułem w powietrzu jego siłę i moc. Spuściłem wzrok, czułem, że pod powiekami za chwilę pojawią się pierwsze łzy. Nie krzyczał... Nic nie powiedział, tylko rzucił się na mnie, oplatając mnie swymi ramionami. Ten uścisk wszedł w fazę nieskończoności. Uścisnął mnie mocno, jak gdyby nie chciał mnie już nigdy ze swoich ojcowskich ramion wypuścić. To nie był sen. To był mój ojciec, jakiego wcześniej nigdy nie znałem... Szeptał mi do ucha: synu, jak ty wyglądasz?... Znoszona kurtka, spodnie, stare buty. Cała kasa szła przecież na zabawę, alkohol, fajki, trawę... Płakałem. A on mnie ciągle ściskał. I wtedy poczułem coś, co mnie z jednej strony przeraziło a z drugiej zalało niedającym się opisać pokojem. Poczułem nie tylko ramiona mojego taty. To nie były tylko jego ramiona. W tym momencie, na peronie, obejmował mnie sam Bóg. Ojciec obejmował syna marnotrawnego... Bóg objął swoje zagubione dziecko. To doświadczenie było tak silne, tak stuprocentowe, że nawet teraz kiedy to piszę, przenika moje ciało dreszcz, zmieszany ze wzruszeniem. Tego dnia uzyskałem, jedyny z możliwych, dowód - na istnienie Boga. Dowód spłodzony w ramionach mojego biologicznego ojca...

I wtedy byłem już pewien swojej przyszłości. W objęciu Boga pojawiło się pragnienie, mocne i nie do zniszczenia. Pragnienie obejmowania ludzi zagubionych. Pragnienie szukania tych, którym brakuje sił do odnalezienia pokoju ducha. Pragnienie, by inni w moich ramionach, słowach, gestach mogli odkryć tajemnicę najpełniejszej i prawdziwej miłości, której na imię - Bóg... Jedna droga umożliwiła mi realizację tego silnego pragnienia. Wstąpiłem do zakonu. Zostałem księdzem i zakonnikiem. By Bóg mógł przeze mnie odnajdywać tych, którzy od Niego odeszli, w dalekie strony, pełne mroku i zwątpienia...

„Stworzyłeś mnie, Boże, dla siebie i niespokojne jest serce moje, dopóki nie spocznie w Tobie”. To słowa św. Augustyna. Moje ulubione, bo pełne tego, co dane mi było doświadczyć... Wiele jest historii niespokojnych serc. I wiele z tych historii rozgrywa się pośród nas, cichych i rzeczywistych do bólu... Bogu te wszystkie historie zawierzam, z nadzieją (może czasami aż nazbyt natrętną), że nie jedno serce (zagubione i niespokojne) otworzy się na łaskę wiary, by spocząć w ramionach ciepłych od prawdziwej miłości.

"Oto czynię wszystko nowe. (...) Stało się. Jam Alfa i Omega, Początek i koniec. Ja pragnącemu dam darmo pić ze źródła wody życia (...) I będę Bogiem dla niego, a on dla mnie będzie synem..."
(Ap 21, 5-7)