Czasami wydaje mi się, że żyję w „kraju bezmózgowców” i „duchowych impotentów”. A wielu z nich jest w dodatku ochrzczonych. Wiem… Mocne słowa. Ale jak inaczej nazwać katolików, którzy mają problem ze zrozumieniem stanowiska swoich pasterzy w sprawie In vitro? Przyznaję szczerze, że jestem wściekły, zawiedziony i przerażony. Przerażony poziomem dyskusji, mało merytorycznej argumentacji, wreszcie osiągającym szczyty uśpieniem katolickich sumień. I dlaczego do jasnej cholery (przepraszam za wyrażenie, ale nerwy puszczają) duża część Polaków nie zauważa tej cienkiej, subtelnej i czarnej linii, którą diabeł zarysował pomiędzy zdrowym rozsądkiem a zmanipulowaną połacią mózgu, alergicznie wręcz zrażoną do podstawowych prawd Ewangelii, których stróżem był, jest i będzie - Kościół, notabene przez nas tworzony (choć nie my w Nim jesteśmy najważniejsi).
Sprawa In vitro przypomina mi początki rodzaju ludzkiego w raju. Wisi sobie na drzewku owoc, piękny i dojrzały, soczysty, może gruszka, może jabłko, może banan (nie ważne), owoc, normalny owoc. Diabeł zakręcił się wokół niego i wyniuchał doskonałą okazję, by pierwszą we wszechświecie damę i jej towarzysza zrobić w przysłowiowe „bambuko”. „zerwijcie ten owoc, ugryźcie go, przecież to nic trudnego, normalny, dojrzały owocek, nic wam się nie stanie” – szeptał wąż. In vitro… Cóż w tej metodzie złego. Dlaczego mielibyśmy jej nie skosztować (a kosztowna jest piekielnie). Czy to prawda, że Bóg zabronił jej zakosztować?... I że jak jej spróbujecie, to spotka was śmierć?...
Biskupi mówią: to prawda… Jeżeli ją spożyjecie (zastosujecie) będziecie duchowo martwi. Mówią tak, bo medyczne statystyki (zręcznie w mediach przemilczane) nie pozostawiają złudzeń: In vitro to niszczenie ludzkiego życia na początkowym etapie rozwoju (jest śmierć?... Jest i to nie tylko duchowa), bowiem od 60 do 95 procent dzieci poczętych metodą In vitro ginie przed narodzeniem. Ktoś powie: giną też w łonach matek. To prawda. Ale jest pewna (mocno zakamuflowana) różnica pomiędzy obydwoma sposobami śmierci. Użyję pewnej analogii. Czy jest różnica pomiędzy śmiercią babci w łóżku szpitalnym (której stuknęła już setka), a wsadzeniem jej do zamrażalki, na kilka miesięcy, z której już raczej żywa nie wyjdzie… Pan premier, prezydent Komorowski i wielu innych Polaków twierdzi, że różnicy nie ma. No cóż… Może jestem tępy, ale wydaje mi się, że jednak pewnej różnicy można się tu dopatrzeć. Jak donosi portal BioNews, w latach 1991-2005 w wielkiej Brytanii wytworzono łącznie 2.137.924 ludzkich embrionów w ramach pomocy parom starającym się o dziecko. W tym okresie, według brytyjskiego Urzędu do Spraw Płodności i Embriologii (HEFA), łączna liczba żywych dzieci urodzonych w wyniku In vitro wyniosła 109.469. Co się w takim razie stało z pozostałymi 2.028.455 ludzkimi zarodkami?...
Dlaczego większość ginekologów wprowadza w błąd swoje pacjentki i nie leczy ich objawów niepłodności (bo co, trzeba by było trochę pogłówkować, narobić się i to w dodatku za darmo…)? Chodzi o kasę, rzecz jasna. Przecież metoda In vitro (w przeciwieństwie do Naprotechnologii, chociażby) nie leczy objawów niepłodności i jak to słusznie przypomnieli biskupi, jest młodszą siostrą eugeniki, którą swego czasu tak wielu się zachwycało, a dzisiaj?...
Wreszcie sumienie… Fajnie mieć dzieciaczka, kupować mu śpioszki, zabawki, robić w parku zdjęcia… A co z jego rodzeństwem, zamkniętym w zamrażalkach, albo mechanicznie uśmierconym? Dlaczego nie dopuszcza się w mediach do głosu kobiet i ich mężów, którym złamano sumienia (bo nie powiedziano do końca całej prawdy o metodzie In vitro) i którzy dzisiaj, patrząc się na swojego syna, czy córkę, prawie że płaczą, mając na sumieniu swoje potencjalne, uśmiercone potomstwo? Nie wspomnę już o etycznych konsekwencjach samej procedury, przecież mężczyzna musi zgrzeszyć masturbacją, by dostarczyć nasienie. Tak wiem, jestem zacofany, masturbacja grzechem?... nie… no proszę księdza, nie przesadzajmy… A jednak. W oczach Pana Boga jest grzechem. Jednym z kilku, który po drodze funduje metoda In vitro, łącznie z grzechem zabójstwa najbardziej niewinnych, kosztem jednego upragnionego dziecka. Tak, drodzy moi, w ogrodach rajskich naszej planety zamiast jabłek, wąż wskazuje nam ckliwe obrazki zapłakanych kobiet i mężczyzn, starających się o dziecko. Wielu z nich, ten sam diabeł, faszerował przez lata antykoncepcją i totalnym (psychicznym) wykluczeniem potomstwa. Jednak jak przypomniał nam przed laty Jan Paweł II, cel nie może uświęcać środków. A jeśli już uświęca, to nie ma już w tym ani zamysłu Boga, ani dobrej woli. Jest za to uśpione sumienie i nadęty egoizm, który przypomnę tylko, jest przeciwieństwem miłości. Prawdziwej miłości.
Ochrzczonych „bezmózgowców” i „duchowych impotentów” proszę o jedno… Spójrzcie na metodę In vitro chrześcijańskim i ewangelicznym spojrzeniem. Nie zrywajcie owoców, które niosą śmierć. Zaufajcie swoim pasterzom, którzy jak nigdy dotąd, zdają się mówić jednym głosem. Czyż nie jest to jeszcze jeden dowód na to, że przemawia przez nich Ten, który kiedyś modlił się słowami: „aby byli jedno”?... Niech Pan da nam trzeźwe spojrzenie i mądre serce… Owocu In vitro zaś, nie warto zrywać i kosztować. Już raz to zrobiliśmy i za wesoło się to nie skończyło…



