moim współbraciom chrystusowcom...
___________________
No i poszliśmy za Tobą
nic nie rozumiejąc
chodź wciąż widać jedynie Twoje plecy
idziemy prawie że procesyjnie
z pługiem więzi nieposkładanych
wyrytym w pamięci
od którego nas oderwano
mówią o nas kapłani
mosty łączące niebo z ziemią
a tu same kości
ciała z nadwagą i bez
dusze dziwnie nieśmiertelne
wystawione na pokuszenie
mistrzami teologii i spraw niebieskich
nas uczynili
wsmarowali w dłonie święte oleje
posłali gdziekolwiek
nie zważając na drżenie ciała
póki co słuchamy Twojego głosu
nad ołtarzem
i przy starej poczciwej ambonie
czasami coś milczymy
innym razem budujemy wieżę Babel
ze słów ociosanych niepewnością
nazywają to homilią
choć tyle w niej
tajemnic z pod znaku iniquitatis
dałeś nam wiele i nic
stopy zapadające się w ziemię
uszy oczy i ręce
zatrzymaj nas choć na chwilę
i odwróć głowę
byśmy mogli skrzyżować spojrzenia
podejść bliżej
bez patosu liturgii
i widzialnych znaków łaski niewidzialnej
Jerozolima poczeka
czasu nie zabraknie na zabicie proroka
zdążymy przed Paschą
w sutannach i pod habitem tyle lęku
że pójdzie wszystko zgodnie z planem
będziemy przyrzekać wierność
po mistrzowsku
a potem uciekać chować się w norach
zapierać nawet siedem razy
dusić się płaczem spontanicznej zdrady
wieszać na spróchniałych gałęziach
stać na swoim miejscu
tuż pod drzewem kwitnącym Twoim ciałem
nie mówili nam
że będziemy synami z prochu
marnotrawnymi do bólu
wracającymi w obszarpanych ornatach
że chleby nie zawsze można rozmnażać
nie mówiąc już o rybach
i że są takie tłumy nad którymi brakuje litości
że nie jednego Łazarza
z grobu nie da się przepędzić
i zostanie tam gdzie śmierć pachnie gnijącym ciałem
znawcy Pism i uczeni w prawie kanonicznym
nie okazali się łaskawi
rzucili nas w glebę jałową
spieczoną słońcem
narodziny pszenicy pełnej łaski i przeklętego kąkolu
stały się faktem
udokumentowanym w wirtualnych kronikach
w pamięci narodów
pochlapanych święconą wodą
ziemia wydaje swój owoc
poszliśmy za Tobą
nic nie rozumiejąc
chodź wciąż widać jedynie Twoje plecy
czyż nam kapłanom trzeba czegoś więcej
poczciwe figi szumią pieśni ukryte
plecy same wystarczą
plecy same wystarczą
_________________
w roku kapłańskim...
18 grudnia 2009
15 grudnia 2009
Historia Basi...

Basia miała 31 lat. Zmarła 29 czerwca 2007 roku, w uroczystość Apostołów Piotra i Pawła, nad ranem. Dzień wcześniej odwiedziłem ją razem z jej mężem. Była wtedy nieprzytomna. Od miesiąca, z krótką przerwą, w oddychaniu pomagał jej respirator. Nie mogła rozmawiać – Michał pokazał mi kartkę, za pomocą której się porozumiewali. W krótkich zdaniach widać było jej zmaganie z cierpieniem, wysiłek, by pisać prosto, gdy litery zjeżdżały ciągle w dół. Niekiedy brakowało sił na pisanie, dlatego Michał wymyślił dla niej „klawiaturę” – narysował ją na kartce, żeby stukając w poszczególne litery, mogła mówić, czego jej potrzeba.
Małżeństwem byli od 2000 roku. Poznaliśmy się w 2002 roku, podczas rekolekcji adwentowych dla absolwentów stowarzyszenia Soli Deo z warszawskiej Szkoły Głównej Handlowej. Potem spotykaliśmy podczas kolejnych rekolekcji i rozmów. Jednym z bolesnych wątków ich historii był brak potomstwa. Dojrzewali do decyzji o adopcji. Na jesieni 2004 roku zapisali się na trwający dziewięć miesięcy kurs adopcyjny. Przed jego rozpoczęciem pojechali jednak na pielgrzymkę do Rzymu. Jaka była radość przyjaciół i znajomych, gdy w grudniu ogłosili, że są w stanie błogosławionym.
A potem przyszło coś jeszcze bardziej niespodziewanego. W swoich notatkach zapisałem: „21.01.2005 – Basia i Michał Paradowscy – odkrywają, że Basia ma nowotwór. Dziś się spotykamy i modlimy. Namaszczenie chorych i modlitwa do Matki Bożej Gidelskiej”. I zaraz potem drugi zapis, z powtórzeniem tej dramatycznej informacji, jakby nie mogło do mnie dotrzeć, co się stało: „23.01.2005 – O 16.00 msza za małżeństwa oczekujące potomstwa. Błogosławieństwo par na koniec mszy. Spotkanie z absolwentami Soli Deo. Basia i Michał Paradowscy – okazuje się, że ona ma raka. Teraz, gdy jest w ciąży. Dużo modlitwy”.
Lekarz, który przyniósł informację o nowotworze, zasugerował aborcję, żeby zapewnić skuteczność leczenia. Stanęli wobec niewyobrażalnego wyboru. Rozpoczęło się zmaganie. Otaczała ich miłość i modlitwa przyjaciół. Krąg modlitewny wciąż się poszerzał. Znaleźli lekarkę, która podjęła się leczyć Basię w ciąży. Rozpoczęła się chemioterapia. Mateusz urodził się zdrowy. W przeddzień śmierci Basi skończył dwa lata.
Niedługo przed śmiercią Basi, jadąc pociągiem z Warszawy do Poznania, zadzwoniłem do niej, by zapytać, jak się czuje. Opowiadała o ich wspólnej walce z kolejnymi nawrotami choroby, przytaczała wesołe anegdoty dotyczące Mateuszka. Zapytałem, czy nie dałaby rady napisać o swoich zmaganiach. Jedenastego maja otrzymałem emaila: „Jak ostatnio rozmawialiśmy, to mówił Ojciec, żeby może coś napisać do »W drodze«. Napisałam coś na kształt rozważania do Tajemnic Bolesnych połączonego z naszą codziennością. Nie wiem, czy to się będzie nadawać – Ojciec oceni i zdecyduje. Jest osobiste, ale nie umiem pisać nieosobiście. Pozdrawiam serdecznie z frontu dalszej walki. Basia”.
Zaraz po swoich urodzinach, 22 maja Basia trafiła do szpitala z ciężką niewydolnością oddechową. To był kolejny front walki. Była otoczona troskliwą opieką najbliższych, lekarzy, personelu medycznego. Przez chwilę mogła nawet samodzielnie oddychać, wtedy Michał odwiedził ją z Mateuszkiem, który uradowany siedział z mamą na łóżku. Wkrótce potem Michał zawiadomił mnie, że organizm Basi nie reaguje już na żadne lekarstwa.
Na cmentarzu służewskim, obok kościoła Świętej Katarzyny, właściwie cały czas mówiliśmy różaniec: czekając aż wszyscy dotrą, wyruszając z konduktem do grobu, zasypując trumnę Basi. Ciągle powtarzało się miarowe i pełne mocy pod zachmurzonym niebem Warszawy Zdrowaś Mario. To była jej modlitwa – różaniec Basi.
Wojciech Prus OP
www.filmobasi.pl
14 grudnia 2009
Święty z ulicy...

Benedykt Józef Labre. Spotkałem go dzisiaj tuż po powrocie z kaplicy, w antologii tekstów Thomasa Mertona. Przypadek? Może i tak, choć bardziej w wydaniu Bożej Opatrzności. W ten sposób zaczęła się kolejna duchowa przyjaźń z człowiekiem, którego Pan doświadczył szczególnie a który przez całe swoje życie (zdające się być "adwentem bez końca") realizował drogę "Bożego szaleńca", wzbudzającego w sobie współczesnych skrajnie różne emocje.
Benedykt żył zaledwie trzydzieści pięć lat. Urodził się w Amettes we Francji, w roku 1748. Był najstarszym z piętnaściorga dzieci w ubogiej, wiejskiej rodzinie. Ówczesna Francja płonie ogniem oświecenia. Jest areną wszelkich problematycznych nurtów: gallikanizmu, jansenizmu, deizmu. Kościół musi zmierzyć się z duchowymi ojcami oświecenia: Wolterem, Rousseau, Talleyrandem. W tle intelektualnych i duchowych potyczek rodzą się nowe zakony: trapiści, redemptoryści, pasjoniści.
Ale powróćmy do mojego nowego duchowego przyjaciela i towarzysza duchowych wędrówek i wspinaczek. Benedykt, który od wczesnych lat młodzieńczych prowadził głębokie życie modlitewne, w szesnastym roku życia kilkakrotnie prosił o przyjęcie do zakonu kartuzów, bezskutecznie. Podobnie odmówiono mu przyjęcia w zakonie trapistów. Kiedy w roku 1869 został przyjęty do zakonu cystersów, wydawało się, że odnalazł swoje powołanie. Niebawem musiał jednak zakon opuścić, ponieważ przełożeni uznali, że nie jest to jego miejsce.
Merton poruszony historią Benedykta pisze: "Bywa, że jedną z oznak świętości jakiegoś człowieka jest to, że ludzie nie wiedzą, co o nim sądzić. Obcując z nim, nie są pewni, czy kieruje nim szaleństwo czy pycha. Czym bowiem, jak nie pychą, tłumaczyć fakt, że kogoś dręczy tylko jego własny ideał życia, którego nikt ppoza Bogiem nie może pojąć"?
Benedykt nie zrażony niepowodzeniami, udał się do Rzymu w nadziei, że tam znajdzie odpowiedni dla siebie zakon. Kiedy wędrował przez tereny północnych Włoch, podczas jednej z modlitw usłyszał głos, mówiący do niego: "Twoim powołaniem jest cały świat. Klasztorem twoim ulice i drogi. Masz być pielgrzymem Bożym". Wówczas rozdał całe swoje mienie, zostawił tylko jedną szatę i worek, w którym nosił Pismo święte, brewiarz i "Naśladowanie Chrystusa".
Merton: "Czasem przypadek jest tak beznadziejny, że nie chcą go w żadnym klasztorze. Zwalniają go i odsyłają z powrotem do świata, jak Benedykta Józefa Labre, który chciał być trapistą i kartuzem, ale nie został ani jednym ani drugim. Skończył jako włóczęga i umarł a ulicy w Rzymie. A przecież od czasów średniowiecza jedynym świętym czczonym w całym Kościele, który wiódł życie cystersa i kartuza, jest święty Benedykt Józef Labre".
Wyzbył się więc wszystkiego, co miał i w jednej szacie, z workiem na plecach udał się w dalszą drogę. Na piersi nosił krzyż, w ręku trzymał różaniec. Spał najczęściej pod gołym niebem. Jadł, co mu miłosierna ręka podała. Bywało, że cały dzień nie miał nic w ustach. Znano go we Włoszech, we Francji, w Hiszpanii, w Szwajcarii i w Niemczech. Celem jego wędrówek, które traktował jako pokutę za swoje i winy świata, były sanktuaria. Tam się modlił i kajał. Ostatnie sześć lat swego tułaczego życia spędził w Rzymie, mieszkając w ruinach Koloseum.
W Wielką Środę, 16 kwietnia 1783 roku znaleziono go na schodach kościoła Matki Bożej del Monti. Był zupełnie wyczerpany. Zmarł tego samego dnia w komórce, której mu litościwie użyczył pewien rzeźnik. Miał wtedy zaledwie 35 lat. Pochowano go w kościele, przy którym go znaleziono w agonii. Jego doczesne szczątki dotąd tam spoczywają.
Święty z ulicy. Niezrozumiany za życia samotnik i nędzarz. Wzbudzający przeróżne reakcje pielgrzym. Odpoczywał w cieniu ołtarzy. W "Żywotach Świętych Pańskich na wszystkie dni roku" z 1937 r. czytamy: "W kościołach, które zwiedzał podczas swych pielgrzymek, widywano go od brzasku rannego aż do wieczora, niekiedy nawet późno w noc klęczącego przed wielkim ołtarzem. W Rzymie pomimo mnóstwa kościołów nie pominął prawie ani jednego czterdziestogodzinnego nabożeństwa i spędzał na klęczkach 6 do 8 godzin dziennie. Pobożna jego postawa i zachowanie budowało obecnych: oczy jego ciągle wpatrzone były w Hostię Przenajświętszą, a na wybladłej i wyschłej twarzy jego wykwitał rumieniec uniesienia i radości. Podczas procesu kanonizacyjnego wielu świadków zeznawało, że widzieli w nim więcej podobieństwa do zachwyconego anioła, aniżeli do modlącego się człowieka".
Niech tyle wystarczy. Idę spać. Rano Roraty a jest sztuką wielką (dla mnie bynajmniej) cielsko z pod kołdry o 5:00 rano podźwignąć. I kiedy będę w mroku dreptał do świątyni nie będę sam. Będzie ze mną mój nowy przyjaciel z ulicy. Patron adwentowych marszów i wędrówek ulicami miasta, powoli budzącego się ze snu...
13 grudnia 2009
(Nie)głupie pytania...

Są pytania, które człowiek zadaje, choć nigdy nie uzyska na nie w pełni zadowalającej go odpowiedzi. Znakami zapytania pokryta jest cała nasza poczciwa ziemia, ta z pod znaku Miłoszowego Urlo jak i ta, która wydawała się "obiecaną". Życie nasze oddycha znakami zapytania, żywi się nimi, upaja, czasami prowadząc nas triumfalnie na samo dno rozpaczy.
Pytamy się o wszystko, pytamy się o wszystkich, pytania wyznaczają tor człowieczego itinerarium, zmieniają bieg historii, naznaczają sensem cywilizację. I choć nie wszystkie pytania odnajdują odpowiedzi, właśnie umiejętność stawiania pytań staje się nader często naszą wręcz bosko-ludzką drogą szukania prawdy, prawdy o sobie, o życiu i śmierci, prawdy o świecie w którym żyjemy, wreszcie prawdy o wieczności, którą wyczuwamy, choć tak mocno pachnie ona tajemnicą, nie do przeskoczenia...
W rozpoczynającym się i trwającym dziewięć miesięcy Adwencie Maryi - też padło pytanie. Maryja, która dowiaduje się o swojej brzemienności i macierzyństwie - lekko zbita z tropu pyta się Anioła: "Jakże się to stanie, skoro nie znam męża"? To znaczy tyle co: Jak to możliwe, skoro jestem dziewicą?... I pada odpowiedź, która choć na pierwszy rzut oka wydaje się nam sensowna, dla Maryi tamtego dnia mogła się wydawać niezrozumiała doszczętnie. Duch Święty... Ma na niej spocząć... Moc Najwyższego ma ją okryć... Odpowiedź Anioła zbyt wiele nie rozjaśniła. Nie mniej jednak Maryja odpowiada: cokolwiek się stanie, niech się stanie, skoro dla Boga nie ma rzeczy niemożliwych...
Kolejny cichy bohater ewangelicznego Adwentu to św. Józef. Tak, właśnie Józef, którego Bóg stawia przy Maryi i którego wciąga w adwentowe oczekiwanie na Tego, który czyni wszystko nowym. Józef też się pytał. Ileż w tamtych dniach musiało przelecieć przez jego głowę pytań. Cóż z tego, że jak zauważa św. Mateusz - był mężczyzną prawym? I choć nie chciał narazić małżonki na zniesławienie jego decyzja o oddaleniu potajemnie Maryi podszyta jest lękiem (o swoje dobre imię), psychiczną dezorientacją, duchową niemocą - mówiąc krótko: chłopisko czuło się zagubione...
Co na to Bóg?... Bóg odpowiadał mu na pytania we śnie. Na tyle mocno i sugestywnie, że zbudziwszy się ze snu Józef zmienia decyzję i bez zbędnych już pytań pozwala Bogu przeprowadzać swój plan.
Dzisiejsza Ewangelia pełna jest znaków zapytania (por.Mt21,23-27). Faryzeusze pytają Jezusa, Jezus pyta faryzeuszów. Ani faryzeusze ani Jezus na zadane pytania w pełni nie odpowiadają. To znaczy odpowiadają, ale z różnym parametrem szczerości. Faryzeusze znają odpowiedź, ale się jej boją. Kłamią mówiąc - "nie wiemy". Jezus też zna odpowiedź ale nie kłamie odpowiadając. Bo skoro "nie wiecie" wiedząc, to po co zadajecie głupie (bo zakłamane) pytania...
Pytanie może być głupie, bo nie szczere. Także to zadawane samemu Bogu. Pytania wartościowe, bo szczere - są owocem równie szczerego poszukiwania prawdy. Kiedy się o coś chcesz Boga spytać, pomyśl wpierw, czy nie znasz już odpowiedzi (bo najczęściej znamy odpowiedź, choć piekielnie się jej boimy). A kiedy nie znasz odpowiedzi, czekaj cierpliwie. Bóg ci w końcu odpowie, jeśli szczerze i uczciwie do problemu podchodzisz... Odpowie ci, nawet jeśli trzeba będzie przysłać anioła, albo przyjść do ciebie we śnie. Ale o jedno nas dzisiaj Chrystus prosi: dajcie Bogu szansę na odpowiedź w swoim czasie.
Ten, który przyjdzie niebawem - na wszystko tobie odpowie. No, może z małym wyjątkiem. Na głupie pytania odpowiedzi nie uzyskasz... Bo i po co?... Skoro znasz odpowiedź...
11 grudnia 2009
Głos wołającej na pustyni...

Dzięki życzliwości siostry Miriam trafiła do moich rąk mała książeczka o Maryi, pióra szwajcarskiego teologa (wybitnego a jakże...) Hansa Ursa von Balthasara.
Lekturka duchowa na Adwent wyśmienita. Przecież Maryja jest tą , która prowadzi nas adwentowymi szlakami, mądrze (jako "stolica mądrości") i z gracją (jest przecież "pełna łaski"). Czytam zatem ową książeczkę i dech mi zapiera. Co chwilę uświadamiam sobie, jak wiele dobrego kobieta mądra i łaskawa po brzegi - może nauczyć faceta z natury mocno narcystycznego, tym bardziej osobnika płci męskiej, chadzającego w sutannie, pretendującego do tytułu eksperta od spraw duchowych.
Balthasar zaczyna swoje dziełko z grubej rury: "Kto chce się czegoś dowiedzieć o Maryi i jej stosunku do dzisiejszych czasów, najlepiej niech otworzy 12 rozdział Apokalipsy: zajmuje on centralne miejsce w ostatniej biblijnej księdze, obrazującej swymi wizjami dramat historii świata" (Hans Urs von Balthasar, "Maryja na dziś", Wrocław 1989, str.5)
Rozdział 12 Apokalipsy św. Jana to metaforyczno-teologiczna mieszanka wybuchowa, w której spotykamy "Niewiastę obleczoną w słońce" (Ap 12,1), "Smoka barwy ognia" (Ap 12,3), "Syna-Mężczyznę, który wszystkie narody będzie pasał rózgą żelazną" (Ap 12,5), "Michała i jego aniołów, walczących ze Smokiem" (Ap 12,7) - wreszcie samego Boga, który ani na chwilę nie spuszcza oka z owych "wielkich znaków na niebie" (Ap 12,1). Dramaturgię apokaliptycznego dramatu przecina ostrzem miecza "donośny głos mówiący w niebie: Teraz nastało zbawienie, potęga i królowanie Boga naszego"... (Ap 12,10).
Zatrzymajmy się na chwilę przy Niewieście. Tuż po urodzeniu Dziecięcia zbiega ona na pustynię, gdzie Bóg przygotował jej miejsce. Nie staje do walki ze Smokiem. Usuwa się w cień, idzie tam, gdzie pragnie ją widzieć sam Bóg. W ciszy pustyni, w samotności nasyconej tęsknotą za Synem, trwa cierpliwie oczekując na wynik bitwy pomiędzy Smokiem a Michałem i jego aniołami.
Niewiasta na pustyni, jak pisze von Balthasar: "Matka-Kościół" i jednocześnie "Matka Kościoła" - może być jednym i drugim ponieważ wraz z umiłowanym uczniem staje się pod Krzyżem prawzorem, zalążkiem założonej przez Ukrzyżowanego społeczności i równocześnie otrzymuje Apostoła, a w nim wszystkich chrześcijan jako swoje dzieci - ta Maryja w samotności ziemskiego życia przeszła już to wszystko, co jej dzieci w smutku i radości dopiero przeżyją" (str. 11)
Adwentowa pustynia Maryi i Kościoła (o której pisze św. Jan) to miejsce ulubione Boga, który rzuca w wir piasku i pustynny żar tych, których miłuje. Tak było z narodem wybranym, podobnie z patriarchami, sędziami, prorokami. Adwentowy herold, zapowiadający przyjście Mesjasza też umiłował pustynię, na którą trafi w końcu sam Chrystus, by stoczyć pojedynek w wadze ciężkiej z samym Smokiem.
A ten (i tu wracamy do Apokalipsy) po przegranej walce z Michałem, strącony na ziemię rozpoczyna poszukiwanie i ściganie Niewiasty, za którą wstawiło się całe Niebo i którą znienawidził w mgnieniu smoczego oka. Niewiasta ucieka jednak i tym razem Smokowi. Udaje się jej to dlatego, "że użyczono Jej skrzydeł wielkiego orła: skrzydeł samego Boga postępującego niczym orzeł, który bierze na skrzydła swoje młode i unosi je, żeby przestały się bać, ku przestworzom" (str. 8)
Balthasar zauważa: "W czasie całej historii świata Kościół winien pamiętać: otrzymuje od Boga wystarczającą ilość pokarmu , by nie zginąć na pustyni, i wystarczający jej odstęp pomiędzy nim a prześladującym go wężem, by nie być porwanym i uniesionym przez jego plwociny. To musi mu wystarczyć". (s.15)I jak się okazuje - wystarcza aż po dzień dzisiejszy i starczy do końca...
Niewiasta na pustyni, chroniona przez Boga - oczekuje ostatecznego zwycięstwa Najwyższego nad Smokiem, oczekuje "nowej ziemi", bo "nowe niebo" już jest. "Matka Kościoła" i "Kościół Matka" trwają w niekończącym się Adwencie na pustyni czasów. Ale nie jest to trwanie z założonymi rękoma. Smok rozpoczął bowiem "walkę z resztą jej potomstwa, z tymi, co strzegą przykazań Boga i mają świadectwo Jezusa" (Ap 12,17).
Prowadzimy prawdziwą wojnę - dzieci Niewiasty! Książeczka, którą trzymam w dłoniach kieruje moje duchowe spojrzenie ku Tej, która prześladowana przez Smoka mocą Bożych skrzydeł jedną nogą dotyka zwycięstwa Boga, pachnącego wiecznością. Druga noga jest przy jej dzieciach. Przy nas - walczących. Balthasar konkluduje: "Należy zauważyć, że dzieci Niewiasty walczą, Niewiasta, choć prześladowana, nie. Dzieci mogą być przez złą moc pokonane (Ap 11,7;13,7), Niewiasta, dziewiczo rodząca Kościół, nie. Na cały czas historii świata jest Kościół ulokowany w "miejscu przygotowanym Mu przez Boga", gdzie nie musi walczyć o swoje utrzymanie, lecz "karmiony" jest przez Boga. Tym niewieścim, maryjnym Kościołem nie może wstrząsnąć Smok, "bramy śmierci Go nie przemogą".
Czym zatem walczyć, jakiej broni używać, jaką taktykę stosować? Głos wołającej na pustyni podpowiada: strzeżcie przykazań Boga i zachowujcie wiernie świadectwo Jezusa. Nasza broń jest bronią czysto "boską", w żadnym wypadku ziemską. Wykuł ją w pocie tajemnicy Wcielenia sam Bóg. Przetestował sam Jego Syn. Ta broń to "Dobra Nowina" - model jedyny w swoim rodzaju, mocny i wytrzymały, nie do zniszczenia.
"Nie zdobywa się i nie chrystianizuje przemocą obcych krajów i kultur - pisze Balthasar - nie znaczy to, że chrześcijanie siedzą w domu; otrzymali oni od Pana rozkaz pójścia do wszystkich krajów świata z Dobrą Nowiną (...) Gdy Logos wyrusza przez historię świata w swej "szacie we krwi skąpanej" do boju (Ap 19,11-16), a z Nim postępują Jego "powołani, wybrani, wierni" (tamże 17,14), to nie z żadną inną bronią, tylko tą wspomnianą wcześniej. Najostrzejszą bronią jest "miecz obosieczny", który wychodzi z ust Pana (Ap 1,16;19,11)i który nie jest niczym innym, jak Nim samym: przychodzi przecież na świat, aby "przynieść miecz" (Mt10,34), rozdzielający aż do samej głębi (Hbr4,12n)"... (s.17)
Głos wołającej na pustyni zatrząsł mną doszczętnie. Może to wszystko jest i oczywiste, tyle tylko że ta oczywistość szczególnie jasna w statystykach (polscy katolicy w procentach)nie zawsze przekłada się na konkret a broń masowego rażenia, dostępna na rynkach od czasów apostolskich - zbyt rzadko jest używana przez tych, których Bóg gotów jest nieść na skrzydłach zwycięstwa nad Smokiem (nawet za cenę śmierci). Na polskiej (ba, europejskiej) pustyni broni nie brakuje. Zdaje się, że główne problemy mamy z kadrą i szeregowcami. Owocem tego - pokój za wszelką cenę (dyktowaną oczywiście przez Smoka).
Na adwentowe barykady zatem dzieci... Głos wołającej na pustyni zagrzewa do walki. Chwytajmy za "Dobrą Nowinę". I walmy w te wszystkie smoki, węże i inne gady - ile wlezie. Wierni Bożym przykazaniom i mający świadectwo samego Jezusa...
10 grudnia 2009
Boskie poczucie humoru....

Boję się wszelkiej maści miar i porównywań. Szczególnie jeśli chodzi o nasze kulawe życie duchowe. W tym roku (zupełnie niespodziewanie) obrosłem tkanką awersji do porannych Rorat. Może nie tyle do samych Rorat, co do konkretnych postaw wielu "porannych ptaszków", kokietujących Boga swoim "bohaterstwem" tzn. postanowieniem uczestniczenia w porannych mszach roratnich.
"Bohaterstwo" to miałoby polegać na tym, że mimo zmęczenia tempem życia zrywam się jeszcze przed wschodem słońca i biegnę ze świecą do Kościoła - by czuwać. Szlachetne to jest i godne podziwu. Jednak nie wszystko złote, co się świeci. Problem pojawia się w momencie, kiedy moja intencja porannego i adwentowego zarazem "bohaterstwa" przestaje być czysta oraz ewangeliczna (czyli prosta i natury duchowej, religijnej).
Kokieteria Boga czymkolwiek - jest zawsze pożałowania godna i żenująca. Równie mocno, co bohaterskie na pozór pojedynki z naszymi słabościami, rozgrywające się na "froncie adwentowym". Bo na polu walki o duszę naszą, prócz sztandarów z napisem "Czuwajcie i módlcie się" i wroga w postaci dobrze uzbrojonego rycerza o piekielnym rodowodzie, pojawia się również nader często "kolaboracja". Owo "kolaborare" rodzi się głęboko w nas, gdzie oprócz tchnienia Bożego tli się (a raczej kopci) "misterium iniquitatis" (tajemnica nieprawości). Naturalna skłonność do zła (bo przecież na tym polega dramaturgia wolności: możemy poznać i wybrać zło lub dobro)będąca śladem winy pierworodnej - w walce duchowej może (choć nie musi) doprowadzić do współpracy naszych zmysłów duchowych z wrogiem numer jeden, ojcem kłamstwa i iluzji wszelakiej.
Uświadomiłem to sobie będąc świadkiem dyskusji pomiędzy dwoma studentkami. Jedna z nich z pewną uszczypliwością między słowami zapytała się drugiej : "dlaczego nie uczestniczy we wszystkich mszach roratnich" jak gdyby miał to być najświętszy obowiązek katolików na czas Adwentu i jedyne słuszne postanowienie, prowadzące ku nawróceniu. Owo drugie dziewczę, zbite z tropu, zamilkło. Ja się przestraszyłem. "Bohaterka" porannych Rorat, nieświadoma niczego, objawiła światu coś, co Jezus utkał w metaforze "ewangelicznej ręki" dającej jałmużnę. Znamy dobrze ten fragment z kazania na górze, przekazany nam przez św. Mateusza. Jezus mówi: "Kiedy zaś ty dajesz jałmużnę, niech nie wie lewa twoja ręka, co czyni prawa, aby twoja jałmużna pozostała w ukryciu. A Ojciec twój, który widzi w ukryciu, odda tobie"... (Mt6,3-4)
Zacne postanowienie na Adwent, podbudowane czystą intencją może wejść w fazę "kolaborare". Niestety. Tyle wysiłku wkładam w to, by być wierny swoim postanowieniom. Wstać rano, zwlec się z łóżka, wyjść na ziąb, siedzieć w zimnym kościele, walczyć z sennością. Mój wysiłek. Wielki, bohaterski wysiłek... W ten oto sposób rodzi się śmiercionośny jad pychy. Nie Pan stoi w centrum mojej duchowej walki, wędrówki przez ciemne doliny - ale mój własny wysiłek, moje starania, moje wyrzeczenia, moje, moje, moje...
"Bohaterka" porannych Rorat weszła na drogę wiedzy nieznośnie podstępnej, wiedzy lewej ręki na temat tego, co czyni prawa. Wiedzy o tyle niebezpiecznej, że podatnej na osądy, szemranie, bezpodstawną cichą krytykę, wzmocnioną mierzeniem i porównywaniem a wreszcie - w fazie finiszu - wchodzącej w samozadowolenie wręcz zachwyt nad swoimi osiągnięciami w duchowym, adwentowym itinerarium. Dziewczę drugie zamilkło. Jej lewa ręka nie pragnie bowiem wiedzieć, co czyni prawa. A czyniła wiele. Siedzieć godzinami na uczelni,wieczorami przy chorej matce plus praca dorywcza nocą - nie łatwym jest maratonem a jednak w ten Adwent postanowiła, że będzie to jej osobista droga czuwania i modlitwy. Powtarza sobie codziennie: "Wzrastaj Panie w tym wszystkim a mnie umniejszaj, jeśli taka jest Twoja wola"...
No więc mam awersję do co niektórych "bohaterów" porannych Rorat. Jak to długo potrwa, Bóg sam jeden raczy wiedzieć.
Ale proszę Go i mocno wierzę, że mnie z tej paskudnej awersji uwolni jak najszybciej. Bo przecież jej korzenie (jak na ironię losu) też siedzą głęboko w "kolaborare".
Może taki jest Twój plan Panie: pokazać pysznemu zakonnikowi,że też potrafi fenomenalnie i po mistrzowsku osądzić nawet słusznie (choć po jakiego groma?) biednych "bohaterów" - "porannych ptaszków" miast wpierw błagać Pana o garść pokory, pomodlić się za nich, wreszcie zdać się na odwagę i z miłością "bohaterom" uświadomić, jak się ich rzeczy duchowe mają do tego, czego pragnie nasz Pan.
Kolejna lekcja Boga, mającego świetne poczucie humoru. Którym także prostuje i wyrównuje nasze pokręcone i wyboiste drogi duchowej odysei zwanej "nawróceniem"...
A jednak... Wszystkich nas z tej samej gliny ulepiłeś... Pogromco pychy... Miłośniku prawdy, która wyzwala...
9 grudnia 2009
Jeszcze nie teraz...

Nigdy nie myślałem o śmierci na serio,
o tym że mogę raptownie zastygnąć,
zamienić się w martwą naturę,
ciszę grobową, milczenie.
Poranny rytuał
wygrzebywania ciała z pod kołdry
stał się aż nazbyt oczywisty,czytelny,
objęty prawem autorskim.
Czeluście piekielnie czarnej kawy
wdzierające się w gardło
na dobry początek dnia powszedniego,
Znaki krzyża niemal automatyczne
czynione z namaszczeniem
innym razem pośpiesznie,
Litery wyraźne i zamazane,
przybywające z odległej krainy
jakby przelotem w brewiarzu, mszale, lekcjonarzu,
Starość Abrahama,
nabrzmiały życiem brzuch Sary,
i inne starotestamentalne odyseje,
Nigdy nie myślałem o śmierci na serio,
tak, żebym zadrżał i zapłakał,
Z życiem zżyłem się zbyt mocno
i cierpię, że aż tak naiwnie, namiętnie,
jak gdyby nie mogło być inaczej.
Cenię szlachetność grabarzy,
przyjaciół trumien, urn i szpadli,
równie mocno, co wynalazców pieśni żałobnych.
Z dumą noszę na opuszkach palców
zapach świętych olejów,
które wsmarowywałem nie jednemu
w czoło i dłonie,
ale żeby myśleć o śmierci,
gdy życie pochłania wszystko,
co mogą zbadać i opisać uczeni lekarze,
mistrzowie cielesnych łamigłówek?
Pod sutanną oddycha
bohater boskich pieśni
o stworzeniu świata w dni siedem,
właściciel tchnienia,
które ożywia kamienie,
miłośnik Koheleta, Mozarta,
Słowackiego, Miłosza,
uczeń Rabbiego z Nazaretu
pogromcy śmierci.
Nigdy nie myślałem o śmierci na serio,
o tym że mogę raptownie zastygnąć,
zamienić się w martwą naturę,
ciszę grobową, milczenie.
Jeszcze nie teraz.
Jeszcze...
8 grudnia 2009
Przyznać się do Jezusa...

Przyznać się do Jezusa to nie lada sztuka. Szczególnie w środowisku, które z Chrystusem i Jego Kościołem nie ma nic wspólnego. Wiele razy siedzimy zupełnie zbici z tropu i zażenowani, słysząc ostre wywody na temat księży (czasami słuszne innym razem nie) i tych wszystkich, którzy dają się zwieść "czarnej międzynarodówce" podporządkowanej Watykanowi.
Co wtedy robić?... Wdawać się w dyskusje, bronić Kościoła do ostatniej kropli krwi?... A może milczeć, modląc się w ciszy serca i zawierzając rozgadane towarzystwo Bożemu miłosierdziu?...
Słowa, słowa, słowa... Najbardziej przemawiające do ludzi jest świadectwo naszego życia. Chrystus potrzebuje świadków a nie nauczycieli. Głos nasz staje się "mocny" gdy wydobywany jest z wnętrza, pełnego Bożej obecności. Jeśli jestem blisko Niego i pozwalam Mu wchodzić we wszystkie sfery mojego "ego" stać mnie na ewangeliczny "sensus communis" (zdrowy rozsądek). Widzą wtedy we mnie człowieka, który jest uczciwy (bo wierzy), jest pokorny (bo kocha) jest otwarty na innych (bo żyje nadzieją).
Nie muszę bić piany mówiąc wiele i w przypływie wzburzonych emocji. Ale mogę żyć "całą gębą" tak jak Pan mi podpowiada. Wtedy będą widzieć... "Tak, ten człowiek jest doprawdy Bogu oddany" - pomyślą nawet. O Kościele i Bogu nie da się dużo powiedzieć. Ci, których Pan szuka potrzebują dowodów namacalnych, dowodów z życia. Słowo musi stać się ciałem. Innej drogi świadectwa nie ma...
Przyznać się do Jezusa to nie lada sztuka. Przyznać się do Niego bez słów, ale życiem konkretnym to sztuka jeszcze większa. Warto też pamiętać, że do rzeczy większych Bóg nas powołuje. Bo wie, że stać nas na to, co nam czasami wydaje się ponad nasze siły...
Zatem do dzieła...
7 grudnia 2009
Czas "Architekta krajobrazu"

W Adwencie Bóg przychodzi jako doskonały "architekt krajobrazu". Prostuje drogi, wyrównuje pagórki, pustynie przemienia w kwitnące ogrody. To samo robi z człowiekiem. Od wieków. Ci, którzy pozwalają Bogu na odrobinę szaleństwa, niezrozumiałego zupełnie, odkrywają nagle, że nic, co ludzkie, Bogu nie jest obce...
Adwent to czas, kiedy uświadamiamy sobie, że Ten, który ma przyjść, już kiedyś przyszedł. Nie na chwilę, nie na kubek gorącej i pysznej kawy, ale na zawsze. I tak mu się spodobało, tak bardzo się z nami związał, że postanowił jeszcze wrócić. Więc powraca. Co roku, z tą samą mocą i radością, na chwilę, choć ta chwila zawsze zamienia się w wieczność. Jest i go nie ma, nie ma Go i jest. Zawsze tak bardzo zaskakujący, choć tak naprawdę można się spodziewać, z czym przyjdzie i czego dokona. Bo miłość ma to do siebie, że zadziwia totalnie - nade wszystko swoją oczywistością...
W Adwencie ziemia pachnie niebem...
Uwielbiam ten zapach i ziemię, na której nawet pustynia staje się nagle kwitnącym i pachnącym ogrodem... A jeśli ziemia to i ja...
Przychodź jak najczęściej... Panie...
2 grudnia 2009
Wspomnienia Pana Adventusa...

Leżała w błocie. Deszcz opłukiwał głęboką ranę w jej plecach. Ślad ciosu siekierą. Pan Adventus był przerażony. Czuł ciarki na plecach, drżały mu dłonie.
Pierwsze krople potu wdzierały się jak oszalałe na jego pomarszczone czoło.
Pamiętał dobrze swoje dzieciństwo. Dom potrafi być domem złym do szpiku drewnianej belki, podtrzymującej dach. Piekło nie jest li tylko kwestią wieczności. Czegoś poza nami, co ma przyjść choć w jakiś sposób już jest. Domy kryją najbardziej podłe tajemnice żywota. Oczy Pana Adventusa napełniły się deszczem. To już nie były łzy. Chmura wspomnień pękła w mgnieniu oka, na przekór dobrym obyczajom i mitom, że prawdziwy mężczyzna nie płacze...
Pan Adventus płakał.
Czy to był jeszcze film? W grudniowy wieczór, pachnący świerkowymi wieńcami od których roiło się w chłodnych i tych ogrzewanych kościołach, pan Adventus płakał jak małe dziecko. Płakał jak wtedy, gdy gładził delikatnie siny od ciosów policzek matki, szlochającej cicho przy rozgrzanym piecu.
Było jak było. Z czasem człowiek nabiera dystansu do ran, które nosi w swojej podstępnej świadomości. Chciałoby się ocalić od zapomnienia wszystko, co piękne i dobre. Ale pamięć pana Adventusa nie przypominała rajskich ogrodów. Ocalało wszystko. Zapamiętał wszystko. Mały chłopiec drżał w nim jak galareta. Pan Adventus skulony jak pies podnosi się z kolan. Mea culpa - powtarza cicho zziębnięty chłopczyna. Pan Adventus pamięta. I nawet kiedy odchodził od konfesjonału, z jakże chwilowym i podle ulotnym poczuciem lekkości ducha już po chwili padał ofiarą demonów pamięci. Upokorzony realnością swojej wyobraźni, opuszczał kościół i wracał pokonany do domu. Do posiniaczonej matki, do pijanego ojca, do chlewu z brudnymi świniami, do kuchni w której pachniało wódką i cebulą...
Chciał być mistrzem w przebaczeniu. Chciał kochać, chciał wisieć na krzyżu, chciał powstać z martwych. Chciał. Pragnął...
Pan Adventus wyszedł z kina i wtopił się w zimny, grudniowy wieczór. Szedł wzruszony, mijał zmęczonych dniem ludzi, płakał. Nie potrafił się uspokoić.
Pamięć nieoczyszczona boli. Pan Adventus był z tych, którzy nigdy nie przebaczyli. A nigdy nie przebaczyć znaczy tyle, co pójść na same dno piekła. Czy Bóg go opuścił?...
Pan Adventus zniknął w grudniowej nocy, równie szybko jak wspomnienie złego domu.A wraz z nim Anioł, który nie opuszczał go ani na krok. "Na wszystko przyjdzie czas" pomyślał z nadzieją właściciel skrzydeł, przedzierając się przez (gęste od bólu pana Adventusa) powietrze...
Dzisiaj zwiastowania nie będzie...
Jeszcze nie teraz...
________________
"Dom zły"
film pol. 2008
reżyser - Wojciech Smarzowski
scenarzysta - Wojciech Smarzowski, Łukasz Kośmicki
zdjęcia - Krzysztof Ptak
scenograf - Marek Zawierucha
Pewnej deszczowej nocy Edward Środoń (Arkadiusz Jakubik) pojawia się przypadkowo w domu małżeństwa Dziabasów (Kinga Preis i Marian Dziędziel). Początkowa nieufność gospodarzy ustępuje miejsca tradycyjnej polskiej gościnności. Przybysz nie przypuszcza nawet, jak bardzo to spotkanie odmieni jego życie.
Po kilku latach, w tym samym domu ekipa śledcza rozpoczyna dochodzenie. W progu ponownie staje Edward Środoń. Tym razem jego wizyta nie jest przypadkowa – ma pomóc w rekonstrukcji tajemniczych zdarzeń sprzed czterech lat.
Prowadzący śledztwo porucznik Mróz (Bartłomiej Topa) odkrywa, że rozwiązanie zagadki może być niebezpieczne nie tylko dla podejrzanego. Rozpoczyna się dramatyczny wyścig z czasem. Porucznik zostanie wciągnięty w niebezpieczną grę, której stawką jest odkrycie przerażającej prawdy, na ujawnieniu której nie wszystkim jednak zależy.
Prawda? Nie ma takiej…
Subskrybuj:
Posty (Atom)
Chrystusowcy....
Zasadniczym celem Towarzystwa Chrystusowego dla Polonii Zagranicznej jest uwielbienie Boga i uświęcenie się poprzez naśladowanie Jezusa Chrystusa. W sposób szczególny członkowie Towarzystwa włączają się w apostolstwo na rzecz rodaków przebywających poza granicami państwa polskiego.
Duchowość Towarzystwa Chrystusowego, wypływająca z życia zakonnego i kapłańskiego jego członków, oparta jest na charyzmacie Założyciela kard. Augusta Hlonda i posłannictwie zgromadzenia. Wypływa także z późniejszych tradycji wypracowanych przez wspólnotę, kierowanej zwłaszcza przez pierwszego przełożonego generalnego, współzałożyciela ks. Ignacego Posadzego.
Duchowość Towarzystwa Chrystusowego, wypływająca z życia zakonnego i kapłańskiego jego członków, oparta jest na charyzmacie Założyciela kard. Augusta Hlonda i posłannictwie zgromadzenia. Wypływa także z późniejszych tradycji wypracowanych przez wspólnotę, kierowanej zwłaszcza przez pierwszego przełożonego generalnego, współzałożyciela ks. Ignacego Posadzego.
Działalność Towarzystwa Chrystusowego zdeterminowana jest misją apostolską zleconą przez Kościół. Wypełniana jest poprzez gorliwe życie radami ewangelicznymi, modlitwą i pokutą oraz wszelkiego rodzaju pracami duszpasterskimi podejmowanymi dla dobra Polaków żyjącymi poza granicami kraju.
Kapłani Towarzystwa, jako słudzy Chrystusa niosą dobrą nowinę o zbawieniu wszystkim rodakom. Służą im nie tylko opieką duszpasterską, ale również kulturową i społeczną. Bracia zakonni uczestniczą w posłannictwie Towarzystwa poprzez gorliwe życie zakonne i podejmowane różnorakie prace dla wypełniania misji zgromadzenia.
Świadectwo....
...Z wiarą w Boga jest jak z lataniem. Może i nie jesteśmy ptakami, na rękach w powietrze się nie wzniesiemy, ale sny Dedala i Ikara o tańcu w chmurach drzemią w każdym z nas. Ktoś musiał zatem wymyśleć samoloty, balony, spadochrony. By poczuć trochę wolności i oderwać się od ziemi, wypowiadając wojnę poczciwemu prawu grawitacji.
Wierzyć, znaczy wzbić się - ze swoim niespokojnym sercem - w przestworza nieznane, bez skrzydeł. Myślę o tym, bo wciąż jestem świadkiem rzeczy i wydarzeń, o których jeszcze kiedyś mógłbym pomyśleć: zwykły przypadek, zbieg okoliczności, sztuczka nad sztuczkami. Kto raz spotkał na swojej drodze Boga, żywego i realnego, wszedłszy w zawiłość doświadczenia Jego obecności, ten już nigdy nie pomyśli, nawet na moment, że bez skrzydeł nie da się ulecieć w głąb tajemnicy. Niespokojne serce musi ostatecznie spocząć w Bogu...
To było 10 lat temu. Studiowałem wtedy filologię polską na Uniwersytecie Szczecińskim. Młody chłopak, z małej warmińskiej wioski, z legitymacją studencką w ręku, wylądował w dużym mieście. Zamieszkałem w akademiku. Nowe znajomości, kumple, wykłady, imprezy - życie studenckie. Wtedy w akademikach nie było internetu czy telewizji. Było za to życie towarzyskie, wysiadywanie do późnych godzin nocnych na korytarzach i w klubach studenckich. Mijały tygodnie. Wódka lała się litrami, dym palonej trawki - szwendał się bezwiednie korytarzami studenckiego organizmu. Przyszedł moment, że sięgnąłem przysłowiowego dna. Zawalone wykłady, moralność poniżej zera, pustka wewnętrzna coraz dotkliwiej dawała znać o sobie. Skreślono mnie w końcu z listy studentów. Wrak człowieka, z parszywą wewnętrzną samotnością, zawył któregoś wieczoru głęboko we mnie, ogłaszając całemu wszechświatu, że jestem prawdziwym zerem. Pamiętam ten wieczór. Leżałem w ciemnym pokoju, za oknami padał dołujący mnie jeszcze bardziej deszcz. Zacząłem płakać. Jak małe dziecko. Zerwałem się z łóżka, chwyciłem kurtkę i wybiegłem na zewnątrz. Myślałem - koniec. Jestem skończony. Co powiem moim rodzicom? Gdzieś, pięćset kilometrów stąd, harowali ciężko, by ich ukochany synek wyszedł na ludzi, ukończył studia i był szczęśliwy. Wierzyli we mnie. Dali mi wszystko, co mogli dać, odbierając sobie bardzo wiele. Szedłem tak długo, z tymi myślami. Deszcz mieszał się z moimi łzami. Pamiętam jak wtedy kląłem , przeklinałem, chciało mi się wrzeszczeć, wyć, krzyczeć, uciec gdzieś - ale dokąd? Aż w końcu stanąłem przed kościołem. Był późny wieczór. Kościół zamknięty. Uklęknąłem przed drzwiami, oparłem o nie swoje czoło i zacząłem wrzeszczeć do Boga. Potrzebowałem Go. Kiedyś słyszałem, jak w kościele mówili, że On przyszedł do chorych a nie do tych, co się dobrze mają. Cisza... Tylko deszcz i szum wiatru. Ale w tej ciszy było coś, co mnie uspokoiło. Zerwałem się z miejsca i pobiegłem do pobliskiej plebanii. Zacząłem na oślep dzwonić do wszystkich księży, tam mieszkających. Musiałem się wyspowiadać. Tak, byłem tego pewny, musiałem się wyspowiadać!!! Potrzebowałem oczyszczenia... Potrzebowałem uzdrowienia... Potrzebowałem Boga, który nie mógł mnie odrzucić. Teraz, albo nigdy! Jeśli istniejesz - wyciągnij mnie z bagna i tego piekła, które rozpętałem na własne życzenie. W domofonie usłyszałem nagle spokojny głos jakiegoś księdza. Wybuchłem płaczem...
Ten wieczór zdawał się nie mieć końca... W spowiedzi wyrzuciłem z siebie wszystko. Nie pamiętam ile trwała. Mówiłem dużo, przez łzy, ksiądz nie przerywał, tylko słuchał. Opowiedziałem historię mojego życia, wszystko, co podpowiadało mi moje niespokojne serce. Mówiłem o tym wszystkim nie księdzu, ale Bogu. Czułem, że mnie słyszy. Pomyślałem: przecież on to wszystko wie... On tak, ale i do mnie musiało to wszystko dotrzeć. Potężna fala wyzwalającej prawdy uniosła mnie i moją rozpacz, poddałem się sile żywiołu, wiedziałem, że nic mi się nie stanie. On był zbyt blisko...
Wracałem do akademika mocno wyczerpany. Wszystko mnie bolało: kości, mięśnie, głowa... Rzuciłem się na łóżko i zasnąłem. Po raz pierwszy, od długiego czasu, zasnąłem. Nie mogło być inaczej. Łaska przebaczenia uspokoiła wezbrane wody. Spałem wtulony w mojego Boga... Który mnie ocalił...
W kilka dni póżniej spakowałem się, by powrócić w moje rodzinne strony. Siedziałem w pociągu, skulony jak przerażone pisklę. Teraz czekało mnie coś najtrudniejszego. Spotkanie z rodzicami. Pociąg sunął się mozolnie, po mocno żelaznych szynach, wioząc zalęknionego syna, który zawiódł swoją matkę i ojca. Cały czas się modliłem. Od czasu do czasu w myślach pojawiała się twarz płaczącej mamy i twarz taty, z jego surowym spojrzeniem i krzykiem w tle. Był porywczym i nerwowym człowiekiem.
Gdy pociąg wjeżdżał na stację Braniewo, czekałem na najgorsze. Wyszedłem z pociągu. W oddali ujrzałem sylwetkę ojca. Zbliżałem się do niego powoli, niepewnie. Gotowy na wszystko. Na pierwsze docinki, marudzenie, może krzyk... Na pierwsze przekleństwa...
Ojciec nagle ruszył w moją stronę. Czułem w powietrzu jego siłę i moc. Spuściłem wzrok, czułem, że pod powiekami za chwilę pojawią się pierwsze łzy. Nie krzyczał... Nic nie powiedział, tylko rzucił się na mnie, oplatając mnie swymi ramionami. Ten uścisk wszedł w fazę nieskończoności. Uścisnął mnie mocno, jak gdyby nie chciał mnie już nigdy ze swoich ojcowskich ramion wypuścić. To nie był sen. To był mój ojciec, jakiego wcześniej nigdy nie znałem... Szeptał mi do ucha: synu, jak ty wyglądasz?... Znoszona kurtka, spodnie, stare buty. Cała kasa szła przecież na zabawę, alkohol, fajki, trawę... Płakałem. A on mnie ciągle ściskał. I wtedy poczułem coś, co mnie z jednej strony przeraziło a z drugiej zalało niedającym się opisać pokojem. Poczułem nie tylko ramiona mojego taty. To nie były tylko jego ramiona. W tym momencie, na peronie, obejmował mnie sam Bóg. Ojciec obejmował syna marnotrawnego... Bóg objął swoje zagubione dziecko. To doświadczenie było tak silne, tak stuprocentowe, że nawet teraz kiedy to piszę, przenika moje ciało dreszcz, zmieszany ze wzruszeniem. Tego dnia uzyskałem, jedyny z możliwych, dowód - na istnienie Boga. Dowód spłodzony w ramionach mojego biologicznego ojca...
I wtedy byłem już pewien swojej przyszłości. W objęciu Boga pojawiło się pragnienie, mocne i nie do zniszczenia. Pragnienie obejmowania ludzi zagubionych. Pragnienie szukania tych, którym brakuje sił do odnalezienia pokoju ducha. Pragnienie, by inni w moich ramionach, słowach, gestach mogli odkryć tajemnicę najpełniejszej i prawdziwej miłości, której na imię - Bóg... Jedna droga umożliwiła mi realizację tego silnego pragnienia. Wstąpiłem do zakonu. Zostałem księdzem i zakonnikiem. By Bóg mógł przeze mnie odnajdywać tych, którzy od Niego odeszli, w dalekie strony, pełne mroku i zwątpienia...
„Stworzyłeś mnie, Boże, dla siebie i niespokojne jest serce moje, dopóki nie spocznie w Tobie”. To słowa św. Augustyna. Moje ulubione, bo pełne tego, co dane mi było doświadczyć... Wiele jest historii niespokojnych serc. I wiele z tych historii rozgrywa się pośród nas, cichych i rzeczywistych do bólu... Bogu te wszystkie historie zawierzam, z nadzieją (może czasami aż nazbyt natrętną), że nie jedno serce (zagubione i niespokojne) otworzy się na łaskę wiary, by spocząć w ramionach ciepłych od prawdziwej miłości.
Wierzyć, znaczy wzbić się - ze swoim niespokojnym sercem - w przestworza nieznane, bez skrzydeł. Myślę o tym, bo wciąż jestem świadkiem rzeczy i wydarzeń, o których jeszcze kiedyś mógłbym pomyśleć: zwykły przypadek, zbieg okoliczności, sztuczka nad sztuczkami. Kto raz spotkał na swojej drodze Boga, żywego i realnego, wszedłszy w zawiłość doświadczenia Jego obecności, ten już nigdy nie pomyśli, nawet na moment, że bez skrzydeł nie da się ulecieć w głąb tajemnicy. Niespokojne serce musi ostatecznie spocząć w Bogu...
To było 10 lat temu. Studiowałem wtedy filologię polską na Uniwersytecie Szczecińskim. Młody chłopak, z małej warmińskiej wioski, z legitymacją studencką w ręku, wylądował w dużym mieście. Zamieszkałem w akademiku. Nowe znajomości, kumple, wykłady, imprezy - życie studenckie. Wtedy w akademikach nie było internetu czy telewizji. Było za to życie towarzyskie, wysiadywanie do późnych godzin nocnych na korytarzach i w klubach studenckich. Mijały tygodnie. Wódka lała się litrami, dym palonej trawki - szwendał się bezwiednie korytarzami studenckiego organizmu. Przyszedł moment, że sięgnąłem przysłowiowego dna. Zawalone wykłady, moralność poniżej zera, pustka wewnętrzna coraz dotkliwiej dawała znać o sobie. Skreślono mnie w końcu z listy studentów. Wrak człowieka, z parszywą wewnętrzną samotnością, zawył któregoś wieczoru głęboko we mnie, ogłaszając całemu wszechświatu, że jestem prawdziwym zerem. Pamiętam ten wieczór. Leżałem w ciemnym pokoju, za oknami padał dołujący mnie jeszcze bardziej deszcz. Zacząłem płakać. Jak małe dziecko. Zerwałem się z łóżka, chwyciłem kurtkę i wybiegłem na zewnątrz. Myślałem - koniec. Jestem skończony. Co powiem moim rodzicom? Gdzieś, pięćset kilometrów stąd, harowali ciężko, by ich ukochany synek wyszedł na ludzi, ukończył studia i był szczęśliwy. Wierzyli we mnie. Dali mi wszystko, co mogli dać, odbierając sobie bardzo wiele. Szedłem tak długo, z tymi myślami. Deszcz mieszał się z moimi łzami. Pamiętam jak wtedy kląłem , przeklinałem, chciało mi się wrzeszczeć, wyć, krzyczeć, uciec gdzieś - ale dokąd? Aż w końcu stanąłem przed kościołem. Był późny wieczór. Kościół zamknięty. Uklęknąłem przed drzwiami, oparłem o nie swoje czoło i zacząłem wrzeszczeć do Boga. Potrzebowałem Go. Kiedyś słyszałem, jak w kościele mówili, że On przyszedł do chorych a nie do tych, co się dobrze mają. Cisza... Tylko deszcz i szum wiatru. Ale w tej ciszy było coś, co mnie uspokoiło. Zerwałem się z miejsca i pobiegłem do pobliskiej plebanii. Zacząłem na oślep dzwonić do wszystkich księży, tam mieszkających. Musiałem się wyspowiadać. Tak, byłem tego pewny, musiałem się wyspowiadać!!! Potrzebowałem oczyszczenia... Potrzebowałem uzdrowienia... Potrzebowałem Boga, który nie mógł mnie odrzucić. Teraz, albo nigdy! Jeśli istniejesz - wyciągnij mnie z bagna i tego piekła, które rozpętałem na własne życzenie. W domofonie usłyszałem nagle spokojny głos jakiegoś księdza. Wybuchłem płaczem...
Ten wieczór zdawał się nie mieć końca... W spowiedzi wyrzuciłem z siebie wszystko. Nie pamiętam ile trwała. Mówiłem dużo, przez łzy, ksiądz nie przerywał, tylko słuchał. Opowiedziałem historię mojego życia, wszystko, co podpowiadało mi moje niespokojne serce. Mówiłem o tym wszystkim nie księdzu, ale Bogu. Czułem, że mnie słyszy. Pomyślałem: przecież on to wszystko wie... On tak, ale i do mnie musiało to wszystko dotrzeć. Potężna fala wyzwalającej prawdy uniosła mnie i moją rozpacz, poddałem się sile żywiołu, wiedziałem, że nic mi się nie stanie. On był zbyt blisko...
Wracałem do akademika mocno wyczerpany. Wszystko mnie bolało: kości, mięśnie, głowa... Rzuciłem się na łóżko i zasnąłem. Po raz pierwszy, od długiego czasu, zasnąłem. Nie mogło być inaczej. Łaska przebaczenia uspokoiła wezbrane wody. Spałem wtulony w mojego Boga... Który mnie ocalił...
W kilka dni póżniej spakowałem się, by powrócić w moje rodzinne strony. Siedziałem w pociągu, skulony jak przerażone pisklę. Teraz czekało mnie coś najtrudniejszego. Spotkanie z rodzicami. Pociąg sunął się mozolnie, po mocno żelaznych szynach, wioząc zalęknionego syna, który zawiódł swoją matkę i ojca. Cały czas się modliłem. Od czasu do czasu w myślach pojawiała się twarz płaczącej mamy i twarz taty, z jego surowym spojrzeniem i krzykiem w tle. Był porywczym i nerwowym człowiekiem.
Gdy pociąg wjeżdżał na stację Braniewo, czekałem na najgorsze. Wyszedłem z pociągu. W oddali ujrzałem sylwetkę ojca. Zbliżałem się do niego powoli, niepewnie. Gotowy na wszystko. Na pierwsze docinki, marudzenie, może krzyk... Na pierwsze przekleństwa...
Ojciec nagle ruszył w moją stronę. Czułem w powietrzu jego siłę i moc. Spuściłem wzrok, czułem, że pod powiekami za chwilę pojawią się pierwsze łzy. Nie krzyczał... Nic nie powiedział, tylko rzucił się na mnie, oplatając mnie swymi ramionami. Ten uścisk wszedł w fazę nieskończoności. Uścisnął mnie mocno, jak gdyby nie chciał mnie już nigdy ze swoich ojcowskich ramion wypuścić. To nie był sen. To był mój ojciec, jakiego wcześniej nigdy nie znałem... Szeptał mi do ucha: synu, jak ty wyglądasz?... Znoszona kurtka, spodnie, stare buty. Cała kasa szła przecież na zabawę, alkohol, fajki, trawę... Płakałem. A on mnie ciągle ściskał. I wtedy poczułem coś, co mnie z jednej strony przeraziło a z drugiej zalało niedającym się opisać pokojem. Poczułem nie tylko ramiona mojego taty. To nie były tylko jego ramiona. W tym momencie, na peronie, obejmował mnie sam Bóg. Ojciec obejmował syna marnotrawnego... Bóg objął swoje zagubione dziecko. To doświadczenie było tak silne, tak stuprocentowe, że nawet teraz kiedy to piszę, przenika moje ciało dreszcz, zmieszany ze wzruszeniem. Tego dnia uzyskałem, jedyny z możliwych, dowód - na istnienie Boga. Dowód spłodzony w ramionach mojego biologicznego ojca...
I wtedy byłem już pewien swojej przyszłości. W objęciu Boga pojawiło się pragnienie, mocne i nie do zniszczenia. Pragnienie obejmowania ludzi zagubionych. Pragnienie szukania tych, którym brakuje sił do odnalezienia pokoju ducha. Pragnienie, by inni w moich ramionach, słowach, gestach mogli odkryć tajemnicę najpełniejszej i prawdziwej miłości, której na imię - Bóg... Jedna droga umożliwiła mi realizację tego silnego pragnienia. Wstąpiłem do zakonu. Zostałem księdzem i zakonnikiem. By Bóg mógł przeze mnie odnajdywać tych, którzy od Niego odeszli, w dalekie strony, pełne mroku i zwątpienia...
„Stworzyłeś mnie, Boże, dla siebie i niespokojne jest serce moje, dopóki nie spocznie w Tobie”. To słowa św. Augustyna. Moje ulubione, bo pełne tego, co dane mi było doświadczyć... Wiele jest historii niespokojnych serc. I wiele z tych historii rozgrywa się pośród nas, cichych i rzeczywistych do bólu... Bogu te wszystkie historie zawierzam, z nadzieją (może czasami aż nazbyt natrętną), że nie jedno serce (zagubione i niespokojne) otworzy się na łaskę wiary, by spocząć w ramionach ciepłych od prawdziwej miłości.
(Ap 21, 5-7)"Oto czynię wszystko nowe. (...) Stało się. Jam Alfa i Omega, Początek i koniec. Ja pragnącemu dam darmo pić ze źródła wody życia (...) I będę Bogiem dla niego, a on dla mnie będzie synem..."