25 sierpnia 2010

"Próba sił"


Krzyż przed Pałacem Prezydenckim stoi nadal. Tak jak na Giewoncie, na kolumnie Zygmunta w Warszawie i w wielu innych miejscach na całym świecie. Było dużo szumu wokół krzyża na Krakowskim Przedmieściu, wywołanego i podtrzymywanego namiętnie przez czołowe polskie media. Ten, który „wojnę” wywołał milczy jak przysłowiowy grób. Prezes Kaczyński dał się wkręcić w tę całą maskaradę i chyba już sam się mocno pogubił, skoro pani prof. Staniszkis zabiera głos w sprawie i podpowiada Prezesowi, co trzeba zrobić, by uratować swój honor…

Biskupi zgromadzeni na Jasnej Górze apelują, by „znaleźli się ludzie dobrej woli nawet na szczytach naszego życia publicznego, społecznego, politycznego, elit intelektualnych, żeby problem upamiętnienia właściwego ofiar smoleńskich znalazł miejsce”. Lepiej późno, niż wcale. Ale właśnie to „późno” jest najbardziej przerażające.

Mam wrażenie, że w tygodniach ostatnich byliśmy świadkami solidnej „próby sił”, zainicjowanej przez ekipę rządzącą w naszej ojczyźnie. Prezydent Komorowski strzelił gola. Ze spalonego, ale strzelił. „Na ile możemy sobie pozwolić w relacjach z Kościołem?... Jak zareagują hierarchowie?”... Czekaliśmy tak naprawdę kilka dobrych tygodni na jasny, klarowny i rzeczowy (w miarę) głos wspólny naszych pasterzy. Można tłumaczyć to opóźnienie temperaturą emocji, która musiała opaść. Można. Ale kiedy pali się las, ogień próbuje się gasić jak najszybciej, by nie spłonęło wszystko.

„Apelujemy, by zauważyć, że nie jest to konflikt o krzyż, ale konflikt o sposób czy formę upamiętnienia wydarzeń smoleńskich” mówi przewodniczący Konferencji Episkopatu Polski abp Józef Michalik. Metropolita Warszawski Kazimierz Nycz podkreślił natomiast, że "postulat godnego upamiętnienia jest postulatem słusznym i on jest warunkiem rozwiązania problemu krzyża". Brawo! Ale dlaczego dopiero teraz?...
Przez kilka tygodni byliśmy świadkami wielogłosu w szeregach polskich biskupów, bezradności Metropolity Warszawskiego, nieudanych prób znalezienia konsensusu. I może dlatego rzecznik rządu, poseł Paweł Graś na antenie TVN24 przewrotnie stwierdza, „że ma żal do Kościoła” i komentuje komunikat, jaki wystosowali biskupi ws. problemu krzyża na Krakowskim Przedmieściu, słowami: „ To była ostatnia szansa, aby Kościół zajął odpowiedzialną postawę w tej sprawie. Nie doczekaliśmy się tego” . Gawiedź może łyknie. Ja nie potrafię. I tysiące innych myślących (i wierzących zarazem) również.

„Próba sił” zakończona. (PO)litycy mogą sobie pozwolić na wiele. Krzyż stał się wprawdzie materiałem przetargowym, kontekst całej sprawy jest o wiele szerszy, jednak niesmak pozostaje. Prezydent Komorowski i ugrupowanie, z którym jest związany, dostali zielone światło. Czekają nas ciekawe, jesienne rundy potyczek na linii : Rząd (+ Prezydent RP)- Kościół. Będzie się działo. Komisja majątkowa, ustawa In-vitro etc. Mam nadzieję, że owa „próba sił” nie stanie się początkiem triumfalnego niszczenia chrześcijańskiego dziedzictwa naszego narodu.

Jesienna ramówka w czołowych mediach najjaśniejszej Rzeczpospolitej i na politycznych salonach zapowiada się nader interesująco. Wierzę w to gorąco, że nasi kochani pasterze, bo nasi pasterze, naszego Kościoła, będą reagować szybciej, jednogłośnie i jasno, nie dając się ponieść zbiorowej i medialnej histerii… Wierzę w to, bo kocham Kościół. I pasterzy, którzy mogą się czasami na chwilę pogubić, ale nigdy w sprawach fundamentalnych. Także tych, z krzyżem w tle…

23 sierpnia 2010

Wystarczy "nadzieja nadziei"...




Kocham ten utwór… Pachnie nadzieją, podnosi z ziemi, przynosi ulgę. Mam Przyjaciela!!! Mam Kogoś, kto przez 24 godziny na dobę opatruje rany, pociesza, wskrzesza z martwych, to, co we mnie umiera, albo co już umarło… Jakkolwiek się nazywasz, cokolwiek teraz przeżywasz… Pamiętaj: jest ramię, które cię podpiera…

Bywa różnie. Niebo potrafi zalać błękitem. Ale też od czasu do czasu wychłoszcze gradem, zmoczy ulewą. Słońce może pieścić gorącym promieniem. Ale jest też w stanie tak przygrzać, że boli głowa. Nożem można pokroić chleb, świeży i pachnący. Nożem można też zabić…

W świecie paradoksów i podłych do bólu abstrakcji bywa różnie. Jednego dnia dusisz się szczęściem, innego krzyczysz, płaczesz…

Wiem coś o tym. Nie jestem aniołem, powietrzem, czysta istotą z mitologii greckiej. Mam krew w żyłach i kości, które łatwo się łamie. Mam sumienie, wiecznie potrząsane i serce, które bije różnie, zależy od muzyki dnia, rytmu wydarzeń. Mam też rozum. A ten czasami chodzi na najwyższych obrotach innym razem śpi jak zabity. Złote reguły podpowiadają jak żyć. Fajnie… Jak reagować, jak przetrwać trzęsienia rzeczywistości, których nikt nie jest w stanie zmierzyć. Złote reguły przestają jednak działać, kiedy ktoś leje cię w pysk… Kiedy raptownie zderzasz się z prawdą (najczęściej o sobie), jak Titanic z górą lodową i powoli idziesz na dno, choć wszystko miało być inaczej…

I wtedy dzieje się coś masakrycznego. Zapominasz o Przyjacielu… Skupiasz się na swoim bólu, na swojej rozpaczy, na swojej klęsce… (NIE)przyjaciel triumfuje. Dorzuca do ognia twoich rozdygotanych emocji czarnego (od braku nadziei) węgla. Zaczyna się rozpacz. Innymi słowy duchowo ślepniesz, stajesz się głuchy, sparaliżowany. Nic… To się nazywa (nic)ość. Smutna, samotna, parszywa…

Przez ostatnie dni otarłem się o (nic)ość. Najpierw Wiolka. Urodziła niedawno trzecie dzieciątko. Michałka. Razem z mężem utonęli w szczęściu. Aż dnia któregoś Wiolce wykryto potężnego guza w mózgu. Zadrżała ziemia. Chłosta totalna. Wiola czeka na operację. Z nadzieją. Wszystko oddała Panu. Jej mąż, Adam, przeżywa to wszystko, przygnieciony jak nigdy doświadczeniem ponurym, jak noc na pustyni. Wszyscy się modlą. A ja?... Kilka dni temu osłabłem w wierze. Krzyczałem prosto w Niebo, wrzeszczałem jak smarkacz na Pana Boga… Na Przyjaciela… Dlaczego Wiolka, dlaczego guz, dlaczego oni?... a potem zrobiło mi się głupio… Było jak w poemacie Miłosza:

„Przychodzą do mnie i każą dotykać ich ran,
Ich strachu śmierci i nędzy mijającego czasu.
I czyż ośmieliłbym się im wyznać, że jestem kapłan bez wiary,
Że modlę się co dzień o łaskę zrozumienia,
Choć jest we mnie tylko nadzieja nadziei?”...

Przyjaciel wyszeptał: ona wystarczy… Nadzieja nadziei…

Potem telefon od Mateusza… I jego ból, ból rozstania, ból miłości, która musi wszystko znieść, bo jest cierpliwa, cierpliwością Przyjaciela, bo jest łaskawa, łaską Przyjaciela… Łaską obmytą krwią, która nigdy nie wysycha, krwią przelaną w Imię Miłości…

Mam Przyjaciela… Ma na imię Jezus… Dał mi kiedyś, gdy mnie stwarzał dar najcenniejszy: „nadzieję nadziei”… To nie jest tania pociecha ani slogan szurniętych katoli, łatwowiernych i naiwnych krzewicieli wiary dla wiary. To jest Ewangelia, słowo przenikające aż do szpiku kości… „Nadzieja nadziei” umierała w bólu i powstawała z martwych w chwale… Była w Nim, kiedy rzucił się w otchłań ludzkiej rozpaczy, naszego grzechu, naszej głupoty, naszego szaleńczego samolubstwa i egoizmu…

I z tą nadzieją będę dzisiaj zasypiał… w tę nadzieję rzucam dzisiaj i Wiolkę i Mateusza i tych wszystkich, których Bóg nagle postawił w ostatnich dniach na mojej drodze… Ufam Ci Przyjacielu… w imię tego, co przeszedłeś, w imię tego, co teraz przechodzisz, tuląc Wiolę, Adama, Mateusza ramionami, które dźwigały wszystko, nawet moje kapłańskie braki w wierze i ufności…

Jezu… Ufam Tobie…

21 sierpnia 2010

Muszę mieć więcej cierpliwości...

Tyle „porażek”… Boli już nie tylko sumienie.
Wszystko boli… Błogosławiony ból… Błogosławiona noc…
I twój subtelny głos, który przynosi ukojenie…


Przyszedłeś do mnie dzisiaj w słowach, odnalezionych (nie)przypadkiem… W „necie”…

Oto one:

Porażka nie oznacza, że przegrałem,
tylko że jeszcze nie odniosłem sukcesu.

Porażka nie oznacza, że nic nie zyskałem,
tylko że się czegoś nauczyłem.

Porażka nie oznacza, że jestem głupcem,
tylko że mam dość wiary, aby próbować.

Porażka nie oznacza, że mam się wstydzić,
tylko że ośmieliłem się próbować.

Porażka nie oznacza, że mam rezygnować,
tylko że muszę postępować w inny sposób.

Porażka nie oznacza, że jestem gorszy,
tylko że nie jestem doskonały.

Porażka nie oznacza, że straciłem czas,
tylko że mogę zacząć od nowa.

Porażka nie oznacza, że powinienem się poddać,
tylko że muszę bardziej się starać.

Porażka nie oznacza, że nigdy mi się nie uda,
tylko że muszę mieć więcej cierpliwości.

Porażka nie oznacza, że Ty mnie opuściłeś,
tylko że masz lepszy pomysł.

Amen.

17 sierpnia 2010

Ewangelia pana Andrzeja...


Na pieszej pielgrzymce boli wszystko. Stopy, mięśnie, sumienie. Człowiek idzie do przodu, modli się, śpiewa, milczy… Dużo się w drodze myśli przez głowę przewija. A gdy zapada zmrok, można się spojrzeć w niebo gwiaździste, które uspokaja, ucisza. Kocham piesze pielgrzymki. Może dlatego, że w pyle drogi doświadcza się prawdziwego Kościoła, wciąż wędrującego, złożonego z wielu członków, tak różnorodnych a jednak tworzących jedno…

Pan Andrzej, bezdomny ze Szczecina, wędrował z nami na Jasną Górę po raz drugi. Któregoś wieczora, gdy szedłem z klamotami i ręcznikiem poczyścić zakurzone ciało, podszedł do mnie i o coś poprosił. Podał mi numer telefonu do swojej mamy. Zadzwoniliśmy do niej. Zanim pan Andrzej chwycił moją komórkę, usłyszałem po drugiej stronie drżący głos kobiety, która przeżyła wiele. Przedstawiłem się, poinformowałem w jakiej sprawie dzwonię. Mama Andrzeja płacząc, opowiedziała mi krótko jego historię. Najlepszy syn, zdolny uczeń, kochane dziecko. A gdy pan Andrzej zaczął rozmawiać ze swoją mamą przez telefon, ziemia zadrżała ze wzruszenia. „Mamusiu kochana, mamciu, idę na Jasną Górę, do Mateczki naszej, mamuś modlę się za ciebie, mamciu”… Płakał pan Andrzej, płakałem ja, płakała młodzież, stojąca w pobliżu… Człowiek bez domu dał nam tego wieczoru jedną z najcenniejszych katechez pielgrzymkowych. Można nie mieć domu i być cały czas w drodze. A co ważniejsze: pozostać człowiekiem wrażliwym i głębokim, delikatnym jak pajęcza sieć…

Był też dzień, kiedy pan Andrzej zgubił swój krzyż, przy rozładowywaniu ciężarówki. Przyleciał do mnie przerażony, prosząc o pomoc. Robiło się ciemno. Uspokajaliśmy Andrzeja, mówiliśmy: „poszukamy jutro, jak będzie jaśniej”… Wszystko na nic. Pan Andrzej nie ustępował. „Nie pójdę spać – mówił- nie pójde dalej, dopóki nie znajdę swojego krzyża”. Oddalił się. Za chwilę przybiegł uradowany, krzycząc: „znalazłem, mam go”… Kolejna katecheza. Bez krzyża nie da się żyć. Bez domu – jak najbardziej… Pan Andrzej znikł w ciemnościach, a nam zrobiło się głupio.

Z tubami w tym roku był olbrzymi problem. Mnóstwo chłopaków w grupie, ale jakoś nikt do tub się nie garnął. Strach przed dodatkowym wysiłkiem i porcją zmęczenia gratis brał górę. A pan Andrzej?... Pokochał tuby. Nosił je na plecach wytrwale. Może ofiarowywał ten ciężar za swoją matkę, może za nas kapłanów. Bo kocha księży mocno i szanuje. „Księżulku kochany” mówił ciągle, pochylając głowę do błogosławieństwa. Zawstydzał tych młodych, silnych chłopaków, unikających niesienia tuby… Można nie mieć domu i pozostać mężczyzną do końca, znającym swoją wartość i mającym honor…

Pielgrzymkowe katechezy pana Andrzeja wydawały plon obfity. W przedostatni wieczór, podrzucaliśmy Andrzejka do góry. Młodzi śpiewali „Sto lat niech nam żyje, niech nam żyje długie lata”… Andrzej płakał. Leciał ku górze, ku gwiazdom i opadał ku bezlitosnej ziemi, na której nie znalazł domu. Nieśli go na rękach, jak bohatera…

Pan Andrzej w Kościele, czuje się jak ryba. Mówi, że to jego prawdziwy dom. Często można go spotkać, przy naszym szczecińskim Sanktuarium Najświętszego Serca Pana Jezusa. Siedzi nieogolony, ze swoimi torbami. Często zagląda do kościoła. Zna rytm bicia Serca Jezusa, jak nikt inny. A raz do roku idzie na pielgrzymkę, by dać innym prawdziwe świadectwo, że nasz dom i nasza ojczyzna jest w niebie… Prawdziwa Ewangelia pana Andrzeja...

Panie Andrzeju… Pokój z Tobą… Bezdomny aniele, świetlisty świadku, błogosławiony pielgrzymie…

(Na fotografii: pan Andrzej, odpoczynek w lesie...)

16 sierpnia 2010

13. Dzień...



"13. Dzień" (The 13th Day) jest dziewiątą w historii próbą ekranizacji objawień Matki Bożej w Fatimie między majem a październikiem 1917 roku. Ta próba uznana została za najdoskonalszą - recenzje są entuzjastyczne! Więcej, twórcom udało się przekazać to, co w Fatimie najważniejsze - zaproponować przekaz, który dotyka serca widzów. Pełne dramatyzmu doświadczenie trojga pastuszków staje się dziś doświadczeniem odbiorcy filmu. Niektórzy widzowie opuszczający sale kinowe mają łzy w oczach, inni mówią, że żałują, iż do tej pory nic nie zrobili, że zmarnowali tak wiele czasu...

Wartość tego filmu najlepiej ilustruje oświadczenie wydane przez sanktuarium fatimskie: "Sanktuarium uważa tę niezależną produkcję opartą na wydarzeniach związanych z objawieniami w Fatimie za film o wielkiej wartości. Trzymający w napięciu, ma w sobie ogromną wrażliwość. Widać w nim trud badań i poświęcenie twórców, a jego struktura jest właściwa. Od pierwszych spotkań z ekipą produkcyjną grupa tych ludzi udowadniała, że głównym celem ich pracy jest upowszechnienie orędzia z Fatimy. Po obejrzeniu finalnego produktu sanktuarium gratuluje całemu zespołowi i modli się, by główny cel wkrótce przyniósł owoce, tak by ludzkość, przez Matkę Najświętszą i to ważne wydarzenie dla Kościoła i świata, mogła powrócić do Boga".
Film jest dziełem Ian i Dominika Higginsów, znanych już z mniejszych produkcji. To oni są twórcami scenariusza i reżyserami.

Jak wygląda czwarte dzieło Higginsów, blisko półtoragodzinny film pełen nastroju i głębi? W zasadzie jest czarno-biały. Kolor pojawia się tylko wtedy, gdy w życie ludzkie ingeruje nadprzyrodzoność. Reżyser prowadzi widzów przez kolejne objawienia, ukazując pierwsze wątpliwości Łucji, a potem jej niewytłumaczalną dla niej samej determinację, przerażenie dzieci wizją piekła i ciężarem przekazanej tajemnicy z zapowiedziami wojen, zła, które wyjdzie z Rosji, i zamachu na Papieża. Pokazuje, jak wydarzenia fatimskie przyciągają uwagę innych, przede wszystkim walczących z Kościołem władz. Objawienia ściągają do Cova da Iria nie tylko pobożnych wieśniaków, ale i niedowiarków oraz wojujących ateistów.

"13. Dzień" miał swoją premierę w sanktuarium fatimskim w rocznicę Cudu Słońca - 13 października 2009 roku. Z tym dniem film rozpoczął swoją ewangelizacyjną misję w Portugalii, stał się też dostępny w Brazylii. Wcześniej można było obejrzeć go jedynie w Stanach Zjednoczonych i w Kanadzie. Ale twórcom marzy się więcej. Planują, by przed 13 maja "13. Dzień" dotarł do siedmiu kolejnych krajów. Na liście, oprócz Argentyny, Australii, Iranu, Meksyku, Filipin, Singapuru i Hiszpanii, figuruje również Polska. Organizatorzy szukają w tych krajach dystrybutorów. Chcą, by docelowo "13. Dzień" mogło obejrzeć ponad 2 mld ludzi!
Poza oficjalnymi sieciami dystrybucyjnymi w rozpowszechnianiu filmu pomagają "piechurzy Matki Bożej" (Our Lady's foot soldiers) - ludzie, którzy za pomocą najnowszej ekranizacji objawień starają się upowszechniać orędzie fatimskie w swoich środowiskach. Otrzymują oni od twórców filmu wszelką możliwą pomoc.

Cieszy to, że w najbliższych planach ekipy twórców filmu jest także Polska. Sekretariat Fatimski w Zakopanem już zwrócił się do autorów "13. Dnia" z ofertą udzielenia im wszelkiej pomocy. Jeśli film nie trafi do polskich kin, być może uda się powtórzyć dzieło prowadzone przez Księży Pallotynów przed trzynastu laty, kiedy specjalna ekipa misyjna organizowała w całej Polsce pielgrzymkę figury Matki Bożej z Fatimy. Tym razem po kraju jeździłoby "objazdowe kino fatimskie", ewangelizując za pomocą najnowszych środków - wielkiego ekranu na usługach Matki Bożej.

Pozostaje nam tylko czekać: z nadzieją i modlitwą. Bo ewangelizacja potrzebuje modlitewnego fundamentu.

(Wincenty Łaszewski "Nasz Dziennik")

15 sierpnia 2010

Słowo pasterskie... W sprawie krzyża...


ANDRZEJ DZIĘGA
ARCYBISKUP METROPOLITA
SZCZECIŃSKO-KAMIEŃSKI


Słowo pasterskie w sprawie Krzyża przed Pałacem Prezydenckim
w Warszawie do Kapłanów posługujących w Archidiecezji
Szczecińsko-Kamieńskiej na niedzielę, 8 sierpnia 2010 r.

Czcigodni Księża

Wydarzenia ostatnich dni w Warszawie przed Pałacem Prezydenckim
pokazują nam znowu jak wiele jest w Polsce zmagania o Krzyż.
Ze smutkiem patrzymy na niedopuszczalne próby partyjnego rozgrywania
tej sprawy. Z prawdziwym bólem przyjmujemy dokonujące się tam
od szeregu dni drwiny nie tylko z Ofiar Katastrofy pod Smoleńskiem,
ale także z całego Narodu.

To duchowa intuicja Narodu sprawiła, że od 10 kwietnia br. plac
przed Pałacem Prezydenckim jest miejscem głębokiej modlitwy, miejscem
jedności narodowej i miejscem cierpienia. Plac ten stał się także szkołą
mądrego przyjmowania i przeżywania cierpienia w Jezusie Chrystusie.
Krzyż Jezusa Chrystusa postawiony przez Harcerzy na tym placu
jest widzialnym zewnętrznym znakiem duchowego wymiaru tego miejsca.
Nie zmieni tego żadna decyzja administracyjna. Dlatego ludzie wiary,
pomimo drwin, a nawet bluźnierstw wypowiadanych przez niektórych
prowokatorów mają prawo chronić to miejsce, a nawet go bronić z racji
na ten duchowy walor.

Postawiony spontanicznie drewniany Krzyż można i należy natomiast
zastąpić – godnym Prezydenta Rzeczypospolitej i wszystkich Ofiar
Katastrofy Katyńskiej z dnia 10 kwietnia br. – pomnikiem z wyraźnym
znakiem religijnym.

Drodzy Bracia Kapłani

Z racji na niedopuszczalne manipulacje znakiem Krzyża, które
się tam dokonywały, dla przeproszenia Pana Boga za publiczne
lekceważenie świętego znaku Chrystusa, obelgi pod adresem osób
modlących się, a nawet bluźnierstwa przeciwko Bogu, dla uproszenia
naszej Ojczyźnie łaski duchowego Pokoju w Jezusie Chrystusie,
w duchowej łączności ze wszystkimi pielgrzymami idącymi na Jasną
Górę, w przededniu 90. Rocznicy „Cudu nad Wisłą” proszę, aby
w czasie każdej Mszy Świętej w niedzielę, 8 sierpnia br., przed
końcowym błogosławieństwem odmówić trzykrotnie „Któryś za nas
cierpiał rany… I Ty, któraś współcierpiała…” albo odśpiewać
„Suplikacje”. Można również wcześniej ten wątek poruszyć w homilii.
Dziękując za całe Wasze zaangażowanie duszpasterskie w służbie
Bogu, Kościołowi, Ojczyźnie i każdemu człowiekowi z serca Wam
błogosławię.

+ Andrzej Dzięga


Arcybiskup Metropolita
Szczecińsko-Kamieński

Szczecin, 6 sierpnia 2010 r.


Ps. Mojemu kochanemu arcybiskupowi, który wzniósł się ponad wszelkie racje, te polityczne, jak i ideologiczne z serca dziękuję. Mam nadzieję, że pan Szymon Hołownia nie zarzuci abpowi A. Dziędze braków w rozumieniu eklezjologii, jak to uczynił mojej osobie, na łamach Newsweeka :)

4 sierpnia 2010

Czas zamilknąć...


Szarpali się o Twój krzyż... A teraz biją się o racje?... Boże mój… Gdyby tu chodziło o rację… Kto ją ma, a kto jej nie ma. A tu przecież nie o racje chodzi. Prawda, to coś więcej niż „racje” czy „racjonalność”. Łaska wymyka się racjom. Prawda, ta najprawdziwsza, wisząca na krzyżu – podobnie. Modlę się…

W piątek wyruszamy na Pielgrzymkę. Będziemy nieść krzyż. W Imię kogo?.. Bo na pewno nie w imię „czego”?... W Imię Jezusa… Będziemy szli w Jego Imię… A nie w imię racji... Czas zamilknąć. Padły słowa… Na drogę, na skałę, między ciernie, na ziemie żyzną… A teraz cisza… Modlitwa… O co?... Byśmy mieli oczy i widzieli… Mieli uszy i słyszeli…

Bądź uwielbiony Panie… Ukrzyżowany i zmartwychwstały…

Czekam na kolejny mecz...


Chaos. I jeszcze raz chaos. Tak wygląda krajobraz po bitwie. W mediach, na ulicy, w warzywniaku, wszędzie, gdzie ludzie komentują wczorajsze wydarzenia przed Pałacem Prezydenckim. Kłócą się wszyscy. Politycy, księża, publicyści, internauci. Setki gorących komentarzy, cytatów z Ewangelii, sądów i osądów. Mało już chyba kto pamięta jak to się wszystko zaczęło. Najtrafniej tę całą sytuację podsumował Tomasz Terlikowski: 1:0 dla PO. Tak moi drodzy, Platforma strzeliła świetnego gola, publika wrzeszczy i mało kto zauważa, że strzelec bramki, w tym wypadku Prezydent-elekt był na spalonym…

Medialnie wszystko poszło jak po maśle. Starsze babeczki, dziadkowie, w ciuchach z lat dwudziestych, wykrzywione twarze, krzyki, zaciśnięte pięści, kamery wyłapały to, co miały wyłapać i nawet ochrzczeni siedzący przed telewizorami odebrali przekaz zgodnie z pierwotnym zamysłem kreatorów rzeczywistości. Do tego kilka celnych komentarzy, na gorąco, a jakże. Obok triumfujących polityków Sojuszu Lewicy i Platformy - Szymon Hołownia, z kompleksem niezrealizowanego powołania u dominikanów, samozwańczy rekolekcjonista i krzewiciel katolickiej nauki, przepuszczonej przez sito liberalnej ideologii… Dalej Maciej Zając, wyhodowany na poletku krakowskiej „śmietany” związanej z Tygodnikiem Powszechnym, który notabene już dawno zatracił swój chrześcijański charakter… Puszczono też w TVN24, żeby nie było – wypowiedzi kapłanów, namiętnie komentujących wydarzenie i oburzonych zachowaniem tzw. „obrońców krzyża”. Ks. Sowa, o. Zięba, ks. Boniecki (doskonale wpisujący się w ateistyczną ideologię Magdaleny Środy, siedzącej obok ks. Bonieckiego w studio TVN24). Dyżurni kapelani grupy ITI. Na Onecie.pl umieszczono również fragment homilii abpa Józefa Życińskiego. Lubelski hierarcha nie krył oburzenia, wykrzykując wręcz donośne „nie” fanatykom sprzed Pałacu Prezydenckiego. Arcybiskupa tak poniosło, że aż wypadła mu laska pasterska z ręki. Jakże symboliczna scena…

No więc się udało. 1:0 dla Platformy. „Głupiutki naród” (sformułowanie jednego ze szczecińskich działaczy PO) dał się nabrać. Dał się zmanipulować. Świadczą o tym komentarze na moim blogu i na wielu innych portalach. Żal. Zgroza… Mało kto pamięta, jak to się wszystko zaczęło. Że krzyż miał stać w tym miejscu do czasu, aż stanie tam jakiś pomnik, czy tablica upamiętniająca katastrofę smoleńską. Taka była wola harcerzy, taka była wola tysięcy ludzi, którzy dzień i noc czuwali przed Pałacem Prezydenckim w pamiętne dni i noce… Przyciśnięci przez hałaśliwą nagonkę (którą rozpoczął Prezydent-elekt) harcerze wycofali się nagle, przestraszeni i zmieszani, co się dziwić. O tym już nikt nie pamięta. Szkoda. Najważniejsze, że wczorajsza akcja udała się wyśmienicie, a rząd Donalda Tuska mógł spokojnie podjąć decyzję o podniesieniu podatku VAT.

„Głupiutki naród” bił pianę na widok „motłochu” przed Pałacem Prezydenta-elekta (który „wojnę” rozpętał przy skromnym udziale Gazety Wyborczej) VAT wędruje w górę, Europa nabija się z zaściankowej, katolickiej Polski i wszystko gra. Alleluja i do przodu!!! „Głupiutki naród” jest z panem, panie Premierze! Co tam krzyż, wartości, prawda… Jest O.K. Ciemnogród nad Wisłą ma jeszcze szansę dogonić zjednoczoną Europę, upaść jak zjednoczone Cesarstwo Rzymskie i doczekać się Paruzji…

Gol (ze spalonego) jest, publika szaleje, ludzie podzieleni, katolicyzm ośmieszony. Jedno mnie tylko uspokaja i daję nadzieję. Że po „skandalu krzyża”, który podzielił nawet uczniów Jezusa, przychodzi świeży i orzeźwiający powiew Zmartwychwstania. To daje mi nadzieję. Bo pusty grób orzeźwia także umysł i wskrzesza umiejętność trzeźwego myślenia. A wtedy przyjąć łaskę (również ewangelicznej refleksyjności) jest o wiele łatwiej…

Czekam z niecierpliwością na kolejny mecz. I uczciwie zdobyte gole…

3 sierpnia 2010

Smutno mi Boże...


To, co wydarzyło się dzisiaj w naszej stolicy, przed Pałacem Prezydenckim, jest porażające. Warszawa na chwilę stała się areną przejmującej walki o prawdę. Nie tylko o drewniany krzyż, ale o Prawdę, przez wielkie „P”. Staram się zrozumieć obydwie strony. I może gdyby te strony nie były rozdzielone sprytnym fortelem PO(lityków), zrozumiałbym szybciej, a tak mam problem. Bolesny problem, plus kilka znaków zapytania, równie bolesnych…

Gdybym dzisiaj był w Warszawie, z pewnością stanąłbym wśród tysięcznego tłumu. Nie wiem, może owe skandowania, krzyki, przepychanki były niepotrzebne. Może bardziej wymowna byłaby cisza, albo odmawiany różaniec z rozważaniem tajemnic bolesnych. Bo sprawa krzyża zawsze jest „bolesna”. Ale z drugiej strony… Ile to można?... Zmusza się ciągle nas – chrześcijan, do błędnie pojętej „tolerancji” wobec co róż to nowych pomysłów ateistycznej propagandy. Mamy tolerować wszystko, co wyprodukują laickie gremia, media, polityczne salony. A może lud chrześcijański już nie wytrzymuje i mówi „dość”. I daje ( jak najbardziej słusznie) w gębę wszystkim fałszywym prorokom, poubieranym również (i niestety) w sutanny, habity czy dobrze skrojone garnitury.

Przyszli ludzie. Całe mnóstwo wierzących ludzi. O. Maciej Zięba, dominikanin, nazwał tych ludzi „fanatykami religijnymi”. Chciałem się powstrzymać od komentarza, ale nie potrafię. Ojcu Ziębie chyba się coś już porządnie pod kopułą poprzewracało. Jaki „fanatyzm”?... Na litość Boską, ci ludzie przybyli pod krzyż „dać świadectwo Prawdzie”. Jesteśmy świadkami niewyobrażalnie subtelnych, ciągłych ataków na wszystko, co chrześcijańskie. Koloseum, gdzie ginęli chrześcijanie, zamieniło się w „medialny amfiteatr”. A tam nieustannie rzuca się na pożarcie katolickie wartości, prawdy, konkretnych ludzi Kościoła, wszystko oczywiście w sposób taktowny, pokojowy, elegancki. Zmienia się taktyka ataku, zmienia się taktyka obrony. Cierpliwość też ma swoje granice…

Bolesnym znakiem zapytania pozostaje także postawa abpa Nycza. „Political correctness” warszawskiego hierarchy szokuje i boli. Abp Nycz zaznacza oczywiście, że nie włącza się w pośrednictwo w tej sprawie, bowiem „na razie nie jest o to proszony”. A od kiedy to trzeba prosić, a może błagać – biskupa, pasterza o obronę krzyża?... O zajęcie stanowisko w tak fundamentalnej sprawie?... Krótko rzecz ujmując: totalna kompromitacja biskupiego urzędu.

Krzyż pozostał. A razem z nim „niesmak”, bolesny jak nigdy. Platformie udało się skłócić ludzi, skompromitować Kościół. Spór o krzyż zamienił się w „bitwę”. A może nawet „wojnę”. Wciąż widzę księży, ubranych w komże i stuły. Z grobowymi minami. A naprzeciw nich setki ludzi, broniących krzyża. Koszmar. Słyszę wciąż telewizyjne komentarze całej tej sprawy w wykonaniu ks. Sowy, o. Zięby, Hołowni. Kolejny koszmar. Dzień bolesny, dzień koszmarny. Równie mocno, jak ten sprzed dwóch tysięcy lat. Tam też był zgiełk, były przepychanki, była wierność i była zdrada. Już taki los krzyża, że kumuluje w sobie wszystko, co nasze, co ludzkie.

A Jezus?... Jak Jezus. Był dzisiaj na Placu Prezydenckim. Może płakał, jak kiedyś nad Jerozolimą… Może dziś zapłakał nad Warszawą...

Co zaś do pytania, które mi zadał ktoś „Anonimowy”: „jak by się ksiądz czuł, będąc na miejscu warszawskich kapłanów”? odpowiadam: podle. Gdybym stał, tam gdzie oni stali, poczułbym się podle. Ich miejsce było wśród ludzi. Wśród owiec… Tam jest miejsce pasterza… Wśród owiec i przy krzyżu…

Chrystusowcy....

Zasadniczym celem Towarzystwa Chrystusowego dla Polonii Zagranicznej jest uwielbienie Boga i uświęcenie się poprzez naśladowanie Jezusa Chrystusa. W sposób szczególny członkowie Towarzystwa włączają się w apostolstwo na rzecz rodaków przebywających poza granicami państwa polskiego.

Duchowość Towarzystwa Chrystusowego,
wypływająca z życia zakonnego i kapłańskiego jego członków, oparta jest na charyzmacie Założyciela kard. Augusta Hlonda i posłannictwie zgromadzenia. Wypływa także z późniejszych tradycji wypracowanych przez wspólnotę, kierowanej zwłaszcza przez pierwszego przełożonego generalnego, współzałożyciela ks. Ignacego Posadzego.

Działalność Towarzystwa Chrystusowego zdeterminowana jest misją apostolską zleconą przez Kościół. Wypełniana jest poprzez gorliwe życie radami ewangelicznymi, modlitwą i pokutą oraz wszelkiego rodzaju pracami duszpasterskimi podejmowanymi dla dobra Polaków żyjącymi poza granicami kraju.

Kapłani Towarzystwa, jako słudzy Chrystusa niosą dobrą nowinę o zbawieniu wszystkim rodakom. Służą im nie tylko opieką duszpasterską, ale również kulturową i społeczną. Bracia zakonni uczestniczą w posłannictwie Towarzystwa poprzez gorliwe życie zakonne i podejmowane różnorakie prace dla wypełniania misji zgromadzenia.


Świadectwo....

...Z wiarą w Boga jest jak z lataniem. Może i nie jesteśmy ptakami, na rękach w powietrze się nie wzniesiemy, ale sny Dedala i Ikara o tańcu w chmurach drzemią w każdym z nas. Ktoś musiał zatem wymyśleć samoloty, balony, spadochrony. By poczuć trochę wolności i oderwać się od ziemi, wypowiadając wojnę poczciwemu prawu grawitacji.

Wierzyć, znaczy wzbić się - ze swoim niespokojnym sercem - w przestworza nieznane, bez skrzydeł. Myślę o tym, bo wciąż jestem świadkiem rzeczy i wydarzeń, o których jeszcze kiedyś mógłbym pomyśleć: zwykły przypadek, zbieg okoliczności, sztuczka nad sztuczkami. Kto raz spotkał na swojej drodze Boga, żywego i realnego, wszedłszy w zawiłość doświadczenia Jego obecności, ten już nigdy nie pomyśli, nawet na moment, że bez skrzydeł nie da się ulecieć w głąb tajemnicy. Niespokojne serce musi ostatecznie spocząć w Bogu...

To było 10 lat temu. Studiowałem wtedy filologię polską na Uniwersytecie Szczecińskim. Młody chłopak, z małej warmińskiej wioski, z legitymacją studencką w ręku, wylądował w dużym mieście. Zamieszkałem w akademiku. Nowe znajomości, kumple, wykłady, imprezy - życie studenckie. Wtedy w akademikach nie było internetu czy telewizji. Było za to życie towarzyskie, wysiadywanie do późnych godzin nocnych na korytarzach i w klubach studenckich. Mijały tygodnie. Wódka lała się litrami, dym palonej trawki - szwendał się bezwiednie korytarzami studenckiego organizmu. Przyszedł moment, że sięgnąłem przysłowiowego dna. Zawalone wykłady, moralność poniżej zera, pustka wewnętrzna coraz dotkliwiej dawała znać o sobie. Skreślono mnie w końcu z listy studentów. Wrak człowieka, z parszywą wewnętrzną samotnością, zawył któregoś wieczoru głęboko we mnie, ogłaszając całemu wszechświatu, że jestem prawdziwym zerem. Pamiętam ten wieczór. Leżałem w ciemnym pokoju, za oknami padał dołujący mnie jeszcze bardziej deszcz. Zacząłem płakać. Jak małe dziecko. Zerwałem się z łóżka, chwyciłem kurtkę i wybiegłem na zewnątrz. Myślałem - koniec. Jestem skończony. Co powiem moim rodzicom? Gdzieś, pięćset kilometrów stąd, harowali ciężko, by ich ukochany synek wyszedł na ludzi, ukończył studia i był szczęśliwy. Wierzyli we mnie. Dali mi wszystko, co mogli dać, odbierając sobie bardzo wiele. Szedłem tak długo, z tymi myślami. Deszcz mieszał się z moimi łzami. Pamiętam jak wtedy kląłem , przeklinałem, chciało mi się wrzeszczeć, wyć, krzyczeć, uciec gdzieś - ale dokąd? Aż w końcu stanąłem przed kościołem. Był późny wieczór. Kościół zamknięty. Uklęknąłem przed drzwiami, oparłem o nie swoje czoło i zacząłem wrzeszczeć do Boga. Potrzebowałem Go. Kiedyś słyszałem, jak w kościele mówili, że On przyszedł do chorych a nie do tych, co się dobrze mają. Cisza... Tylko deszcz i szum wiatru. Ale w tej ciszy było coś, co mnie uspokoiło. Zerwałem się z miejsca i pobiegłem do pobliskiej plebanii. Zacząłem na oślep dzwonić do wszystkich księży, tam mieszkających. Musiałem się wyspowiadać. Tak, byłem tego pewny, musiałem się wyspowiadać!!! Potrzebowałem oczyszczenia... Potrzebowałem uzdrowienia... Potrzebowałem Boga, który nie mógł mnie odrzucić. Teraz, albo nigdy! Jeśli istniejesz - wyciągnij mnie z bagna i tego piekła, które rozpętałem na własne życzenie. W domofonie usłyszałem nagle spokojny głos jakiegoś księdza. Wybuchłem płaczem...

Ten wieczór zdawał się nie mieć końca... W spowiedzi wyrzuciłem z siebie wszystko. Nie pamiętam ile trwała. Mówiłem dużo, przez łzy, ksiądz nie przerywał, tylko słuchał. Opowiedziałem historię mojego życia, wszystko, co podpowiadało mi moje niespokojne serce. Mówiłem o tym wszystkim nie księdzu, ale Bogu. Czułem, że mnie słyszy. Pomyślałem: przecież on to wszystko wie... On tak, ale i do mnie musiało to wszystko dotrzeć. Potężna fala wyzwalającej prawdy uniosła mnie i moją rozpacz, poddałem się sile żywiołu, wiedziałem, że nic mi się nie stanie. On był zbyt blisko...

Wracałem do akademika mocno wyczerpany. Wszystko mnie bolało: kości, mięśnie, głowa... Rzuciłem się na łóżko i zasnąłem. Po raz pierwszy, od długiego czasu, zasnąłem. Nie mogło być inaczej. Łaska przebaczenia uspokoiła wezbrane wody. Spałem wtulony w mojego Boga... Który mnie ocalił...

W kilka dni póżniej spakowałem się, by powrócić w moje rodzinne strony. Siedziałem w pociągu, skulony jak przerażone pisklę. Teraz czekało mnie coś najtrudniejszego. Spotkanie z rodzicami. Pociąg sunął się mozolnie, po mocno żelaznych szynach, wioząc zalęknionego syna, który zawiódł swoją matkę i ojca. Cały czas się modliłem. Od czasu do czasu w myślach pojawiała się twarz płaczącej mamy i twarz taty, z jego surowym spojrzeniem i krzykiem w tle. Był porywczym i nerwowym człowiekiem.

Gdy pociąg wjeżdżał na stację Braniewo, czekałem na najgorsze. Wyszedłem z pociągu. W oddali ujrzałem sylwetkę ojca. Zbliżałem się do niego powoli, niepewnie. Gotowy na wszystko. Na pierwsze docinki, marudzenie, może krzyk... Na pierwsze przekleństwa...

Ojciec nagle ruszył w moją stronę. Czułem w powietrzu jego siłę i moc. Spuściłem wzrok, czułem, że pod powiekami za chwilę pojawią się pierwsze łzy. Nie krzyczał... Nic nie powiedział, tylko rzucił się na mnie, oplatając mnie swymi ramionami. Ten uścisk wszedł w fazę nieskończoności. Uścisnął mnie mocno, jak gdyby nie chciał mnie już nigdy ze swoich ojcowskich ramion wypuścić. To nie był sen. To był mój ojciec, jakiego wcześniej nigdy nie znałem... Szeptał mi do ucha: synu, jak ty wyglądasz?... Znoszona kurtka, spodnie, stare buty. Cała kasa szła przecież na zabawę, alkohol, fajki, trawę... Płakałem. A on mnie ciągle ściskał. I wtedy poczułem coś, co mnie z jednej strony przeraziło a z drugiej zalało niedającym się opisać pokojem. Poczułem nie tylko ramiona mojego taty. To nie były tylko jego ramiona. W tym momencie, na peronie, obejmował mnie sam Bóg. Ojciec obejmował syna marnotrawnego... Bóg objął swoje zagubione dziecko. To doświadczenie było tak silne, tak stuprocentowe, że nawet teraz kiedy to piszę, przenika moje ciało dreszcz, zmieszany ze wzruszeniem. Tego dnia uzyskałem, jedyny z możliwych, dowód - na istnienie Boga. Dowód spłodzony w ramionach mojego biologicznego ojca...

I wtedy byłem już pewien swojej przyszłości. W objęciu Boga pojawiło się pragnienie, mocne i nie do zniszczenia. Pragnienie obejmowania ludzi zagubionych. Pragnienie szukania tych, którym brakuje sił do odnalezienia pokoju ducha. Pragnienie, by inni w moich ramionach, słowach, gestach mogli odkryć tajemnicę najpełniejszej i prawdziwej miłości, której na imię - Bóg... Jedna droga umożliwiła mi realizację tego silnego pragnienia. Wstąpiłem do zakonu. Zostałem księdzem i zakonnikiem. By Bóg mógł przeze mnie odnajdywać tych, którzy od Niego odeszli, w dalekie strony, pełne mroku i zwątpienia...

„Stworzyłeś mnie, Boże, dla siebie i niespokojne jest serce moje, dopóki nie spocznie w Tobie”. To słowa św. Augustyna. Moje ulubione, bo pełne tego, co dane mi było doświadczyć... Wiele jest historii niespokojnych serc. I wiele z tych historii rozgrywa się pośród nas, cichych i rzeczywistych do bólu... Bogu te wszystkie historie zawierzam, z nadzieją (może czasami aż nazbyt natrętną), że nie jedno serce (zagubione i niespokojne) otworzy się na łaskę wiary, by spocząć w ramionach ciepłych od prawdziwej miłości.

"Oto czynię wszystko nowe. (...) Stało się. Jam Alfa i Omega, Początek i koniec. Ja pragnącemu dam darmo pić ze źródła wody życia (...) I będę Bogiem dla niego, a on dla mnie będzie synem..."
(Ap 21, 5-7)