29 października 2011

Świętych obcowanie

świętych obcowanie

święty z figury potrafi przeszyć
wzrokiem na wylot
paść się w naszym poszarpanym spojrzeniu beczeć
w wyrzutach sumienia
kąsać mimochodem w czułe
punkty wspomnień uśmiechać się serdecznie
gdy nam wciąż nie do śmiechu

zupełnie inny świat za którym
tęsknimy ukradkiem wyciągając ręce
ku niebieskim ptakom
 __________________________________________
Stargard, 2011, na Wszystkich Świętych... napisane

27 października 2011

Kobieta księdzem?...

Każda kobieta jest "kapłanem". Bynajmniej w momencie stworzenia tak to wygląda w oczach i zamiarach samego Boga. I choć nigdy w Kościele Jezusa Chrystusa żadna kobieta nie wskoczyła w sutannę , albę i ornat - by sprawować Eucharystię, wciąż słychać głosy, że kobiety też trzeba wyświęcać - w imię chociażby tzw. równouprawnienia. Uczestnictwo w "kapłaństwie powszechnym" dla wielu feministek i teolożek - to za mało. Być może dlatego, że wciąż brakuje im wiary w to, że Chrystus był prawdziwym mężczyzną i prawdziwym Bogiem i że w Kościele nie pełni się woli niektórych frakcji wykrzywionych pogańskimi ideologiami, ale wolę Ojca, który jest w niebie. A ten od początku wyświęcał w swoim Kościele - na kapłanów urzędowych tylko mężczyzn.

24 października 2011

Święty z fajką w zębach

Kim był Pier Giorgio Frassati? „Popatrzcie jak wyglądał człowiek ośmiu błogosławieństw, który nosił w sobie na co dzień radość Ewangelii, Dobrej Nowiny, radość zbawienia ofiarowanego nam przez Chrystusa”tak mówił o Frassatim kardynał Karol Wojtyła w Krakowie w 1977 roku. Zresztą sam osobiście był z nim duchowo bardzo mocno związany. Najbliżsi przyjaciele Wojtyły mówią wprost, że styl życia młodego Turyńczyka był inspiracją dla Jana Pawła II w jego duszpasterskich inicjatywach, skierowanych do młodzieży...

22 października 2011

Nada te turbe

Wiemy dobrze, że trudno jest miłować Boga. Nie wystarczy mu codziennie mówić: "Kocham Cię". Słowa mają to do siebie, że czasami są bez pokrycia. Chcesz prawdziwie pokochać Boga?... To pokochaj swoją matkę, ojca, siostry i braci. Pokochaj żonę, męża, swoje dziecko. Pokochaj parafian i tych którzy na twojej drodze stają. Pokochaj nieprzyjaciół, pokochaj tego, który cię zranił. Proste?... Mój Boże, paskudnie trudne...

21 października 2011

Milczenie Boga

To prawda... On czasami milczy. Ale to nie znaczy wcale, że nie jest przy tobie. Że się na ciebie nie patrzy, że nie myśli o Tobie, że Ci nie błogosławi. Wszystko w miłości jest potrzebne. Obecność, rozłąka, tęsknota, namiętność, cisza. Podobnie z Odwiecznym. Potrzebne jest nam czasami to Jego milczenie. Żeby zatęsknić, żeby poczuć się nieswojo i zrozumieć między wierszami tego osobliwego doświadczenia, jak bardzo jest nam dobrze, w Jego ramionach...

19 października 2011

Historia Króla, która poruszyła świat

31 lipca 2011 roku minęła kolejna rocznica śmierci króla Belgii Baudouina I. Szerokim echem w świecie odbiła się abdykacja króla w 1990 roku, gdy zgodnie z zapisem konstytucji uznał się za "niezdolnego do sprawowania władzy", nie mogąc w zgodzie z własnym sumieniem podpisać ustawy zezwalającej na aborcję. W maju 1995 roku papież Jan Paweł II, poruszony życiem belgijskiego króla mówił z przejęciem i wyraźnym wzruszeniem, że "Baudouin I jest przykładem dla całego świata a  jego pośmiertne przesłanie jest uniwersalne"...

17 października 2011

Duchowość chrystusowców (1)

Kocham Polskę... I jestem dumny z tego, że Opatrzność Boża wlała w moje żyły polską krew. Dziękuję też Bogu za ponad tysiącletnią i chrześcijańską historię (momentami niezwykle dramatyczną) naszej Ojczyzny, historię, której cenną częścią jest życie i działalność wielu pokoleń chrystusowców. Czas mija nieubłaganie, w zakonie jestem jedenaście lat. Nie żałuję, ani jednego dnia i ani jednej godziny, w zgromadzeniu odnalazłem pokój serca. Choć nie przestaję ciągle szukać... prawdy i pytać się: chrystusowcy, o.k., ale po co my tak naprawdę jesteśmy i dlaczego Bóg powołał do życia naszą rodzinę zakonną?.. Zastanawiam się też często, co możemy dzisiaj Bogu oraz światu ofiarować, co możemy dać Polsce i Polakom, bo z nimi nas przecież Chrystus związał równie mocno, co ze Sobą...

15 października 2011

Denary "niemych psów"

Ani Cezar, ani państwo nie są w stanie zabić duszy. Choć od czasu do czasu podejmują próbę. Palą miasta, zabijają i gwałcą, wtrącają do więzień. Uchwalają prawa, zabawiając się w Stwórcę potrafią wyskrobać z łona kobiet jeszcze nienarodzonych. Zabić starych, bo nieproduktywni. Akty seksualne (analne) homoseksualistów nazwać czymś normalnym. To prawda, cezarom czasami odbija. Nie wszyscy jednak uginają się i klękają przed władzą tego świata. Pierwszymi, którzy pokazali światu, że nie wszystko może państwo skasować, zabrać, zniszczyć - byli chrześcijanie. Uwierzyli słowom swojego Pana: "Oddajcie więc Cezarowi to, co należy do Cezara, a Bogu, to, co należy do Boga" (por. Mt 22, 15-21). I oddają tak po dzień dzisiejszy. Być może dlatego tak wielu ich nie znosi i nienawidzi.

13 października 2011

Święte wrzenie mistyczne

"W Polsce musi w łonie Kościoła nastąpić święte wrzenie mistyczne. Dusze muszą zakipieć życiem sakramentalnym, zdobywać pełnię życia wewnętrznego, poddać się twórczemu działaniu Ducha Świętego, poróść świętością ewangeliczną. Tej mistycznej głębi potrzebuje Kościół w Polsce najwięcej. Potrzeba jej przede wszystkim nam, kapłanom. Od niej (mistycznej głębi) rozpocząć  należy naprawę Polski i jej ducha"

10 października 2011

Pokuta, ból, zmartwychwstanie...

Jest taki ból, który boli przez całe życie. Ból jedyny w swoim rodzaju. Przypomina rosę, która choć delikatna, potrafi zmoczyć, jak porządny deszcz. Pamiętam jedną noc, pod gołym niebem, na pielgrzymce. Zachciało nam się przespać pod chmurką, wieczór był wyjątkowo ciepły. O świcie, gdy otworzyłem oczy, poczułem "siłę" rosy. Śpiwór, dres, włosy... Wszystko mokre... No więc taki jest ten ból. Ból mijającego czasu. Boli bardzo... gdy wszystko zaczyna powoli układać się w jedną całość, gdy teraźniejszość Odwieczny zalewa światłem. A ty nie możesz zrobić nic, nie cofniesz czasu. To boli... Przeszłość może boleć mocno...

8 października 2011

Jesteśmy Jego przyjaciółmi

Kiedy odprawiam Eucharystię, czuję się zawstydzony. I niegodny... stania przy Ołtarzu, na który w jednej sekundzie zwala się całe Niebo. Czasami się zastanawiam: dlaczego akurat w taki sposób, a nie inny, Bóg jest z nami. Więcej... Bóg jest w nas, bo przecież karmimy się Chlebem Żywym, który zstąpił z Nieba. Codziennie Odwieczny zaprasza nas na Ucztę. Najwięcej zaproszonych "ucztuje" w Niedzielę, Dzień Pański. "Oto przygotowałem moją ucztę: wszystko jest gotowe. Przyjdźcie"... Przychodzimy. Ale czy mamy świadomość tego, co rozgrywa się na naszych oczach i tysiącach ołtarzy na całym świecie?...

4 października 2011

Słów parę o brzytwach Tomasza Lisa, którymi się sam pociął

 

Przyznaję, nie oglądam telewizji za często, bo szkoda czasu i nerwów. Ale z racji na zbliżające się wybory parlamentarne (w poczuciu patriotycznego obowiązku, rzecz jasna i czystej "ludzkiej ciekawości") telewizor włączyłem, by obejrzeć "Tomasza Lisa. Na żywo", który zaprosił do studia Prezesa PiSu Jarosława Kaczyńskiego, największy postrach Rzeczpospolitej, którym partia rządząca straszy Polaków od lat kilku. No więc zasiadłem wygodnie w fotelu, leci czołówka programu, rozluźniam mięśnie... no i się zaczyna. Patrzę, oglądam, słucham i.... nici z rozluźnienia mięśni. I nie Kaczyński mnie zirytował (choć byłem na to gotów) tylko pan Lis, jego dziennikarski szczękościsk, grobowa mina, brak przygotowania do merytorycznej dyskusji, wreszcie... PeOwska stronniczość. Lis poległ całkowicie. A Kaczyński?... Jak Kaczyński. Nihil novi.

3 października 2011

Trzeba mieć nadzieję

Chciałbym żyć w kraju na wskroś chrześcijańskim. W kraju gdzie nie układano by krzyży z puszek po Lechu, gdzie nie zabijano by nienarodzonych, w kraju wolnym od iluzji In-vitro, czy fanatycznie liberalnych ideologii. Chciałbym robić zakupy w sklepach i być (współ)twórcą kolejek do kasy, składających się z ludzi żyjących sakramentami, „uprawiającymi” miłość cierpliwą, szanującymi się nawzajem. Przejść się przez miasto w sutannie i nie usłyszeć tekstów typu: „pedał”, „dzieciorób” etc. Chciałbym. Ale wiem, że tak nigdy nie będzie. Wiem też, że tak być nie może...

1 października 2011

Gospodarz o winnicę się upomni...

„Królestwo Boże będzie wam zabrane, a dane narodowi, który wyda jego owoce". (Mt 21,43). Dał ci Bóg wiele…  Podarował ci swoją winnicę, pole żyzne, gotowe wydać plony stokrotne. Pod słowem „winnica” kryje się wiele:  twoje życie, twoje ciało, twoja psychika, twoja dusza. A może – rodzina, dom, małżeństwo, młodość, kapłaństwo, życie zakonne… To wszystko jest „winnicą”. „Okopał ją i oczyścił z kamieni, i zasadził w niej szlachetną winorośl; w pośrodku niej zbudował wieżę, także i kadź w niej wykuł. I spodziewał się, że wyda winogrona, lecz ona cierpkie wydała jagody”… (por. Iz 5, 1-7)

Chrystusowcy....

Zasadniczym celem Towarzystwa Chrystusowego dla Polonii Zagranicznej jest uwielbienie Boga i uświęcenie się poprzez naśladowanie Jezusa Chrystusa. W sposób szczególny członkowie Towarzystwa włączają się w apostolstwo na rzecz rodaków przebywających poza granicami państwa polskiego.

Duchowość Towarzystwa Chrystusowego,
wypływająca z życia zakonnego i kapłańskiego jego członków, oparta jest na charyzmacie Założyciela kard. Augusta Hlonda i posłannictwie zgromadzenia. Wypływa także z późniejszych tradycji wypracowanych przez wspólnotę, kierowanej zwłaszcza przez pierwszego przełożonego generalnego, współzałożyciela ks. Ignacego Posadzego.

Działalność Towarzystwa Chrystusowego zdeterminowana jest misją apostolską zleconą przez Kościół. Wypełniana jest poprzez gorliwe życie radami ewangelicznymi, modlitwą i pokutą oraz wszelkiego rodzaju pracami duszpasterskimi podejmowanymi dla dobra Polaków żyjącymi poza granicami kraju.

Kapłani Towarzystwa, jako słudzy Chrystusa niosą dobrą nowinę o zbawieniu wszystkim rodakom. Służą im nie tylko opieką duszpasterską, ale również kulturową i społeczną. Bracia zakonni uczestniczą w posłannictwie Towarzystwa poprzez gorliwe życie zakonne i podejmowane różnorakie prace dla wypełniania misji zgromadzenia.


Świadectwo....

...Z wiarą w Boga jest jak z lataniem. Może i nie jesteśmy ptakami, na rękach w powietrze się nie wzniesiemy, ale sny Dedala i Ikara o tańcu w chmurach drzemią w każdym z nas. Ktoś musiał zatem wymyśleć samoloty, balony, spadochrony. By poczuć trochę wolności i oderwać się od ziemi, wypowiadając wojnę poczciwemu prawu grawitacji.

Wierzyć, znaczy wzbić się - ze swoim niespokojnym sercem - w przestworza nieznane, bez skrzydeł. Myślę o tym, bo wciąż jestem świadkiem rzeczy i wydarzeń, o których jeszcze kiedyś mógłbym pomyśleć: zwykły przypadek, zbieg okoliczności, sztuczka nad sztuczkami. Kto raz spotkał na swojej drodze Boga, żywego i realnego, wszedłszy w zawiłość doświadczenia Jego obecności, ten już nigdy nie pomyśli, nawet na moment, że bez skrzydeł nie da się ulecieć w głąb tajemnicy. Niespokojne serce musi ostatecznie spocząć w Bogu...

To było 10 lat temu. Studiowałem wtedy filologię polską na Uniwersytecie Szczecińskim. Młody chłopak, z małej warmińskiej wioski, z legitymacją studencką w ręku, wylądował w dużym mieście. Zamieszkałem w akademiku. Nowe znajomości, kumple, wykłady, imprezy - życie studenckie. Wtedy w akademikach nie było internetu czy telewizji. Było za to życie towarzyskie, wysiadywanie do późnych godzin nocnych na korytarzach i w klubach studenckich. Mijały tygodnie. Wódka lała się litrami, dym palonej trawki - szwendał się bezwiednie korytarzami studenckiego organizmu. Przyszedł moment, że sięgnąłem przysłowiowego dna. Zawalone wykłady, moralność poniżej zera, pustka wewnętrzna coraz dotkliwiej dawała znać o sobie. Skreślono mnie w końcu z listy studentów. Wrak człowieka, z parszywą wewnętrzną samotnością, zawył któregoś wieczoru głęboko we mnie, ogłaszając całemu wszechświatu, że jestem prawdziwym zerem. Pamiętam ten wieczór. Leżałem w ciemnym pokoju, za oknami padał dołujący mnie jeszcze bardziej deszcz. Zacząłem płakać. Jak małe dziecko. Zerwałem się z łóżka, chwyciłem kurtkę i wybiegłem na zewnątrz. Myślałem - koniec. Jestem skończony. Co powiem moim rodzicom? Gdzieś, pięćset kilometrów stąd, harowali ciężko, by ich ukochany synek wyszedł na ludzi, ukończył studia i był szczęśliwy. Wierzyli we mnie. Dali mi wszystko, co mogli dać, odbierając sobie bardzo wiele. Szedłem tak długo, z tymi myślami. Deszcz mieszał się z moimi łzami. Pamiętam jak wtedy kląłem , przeklinałem, chciało mi się wrzeszczeć, wyć, krzyczeć, uciec gdzieś - ale dokąd? Aż w końcu stanąłem przed kościołem. Był późny wieczór. Kościół zamknięty. Uklęknąłem przed drzwiami, oparłem o nie swoje czoło i zacząłem wrzeszczeć do Boga. Potrzebowałem Go. Kiedyś słyszałem, jak w kościele mówili, że On przyszedł do chorych a nie do tych, co się dobrze mają. Cisza... Tylko deszcz i szum wiatru. Ale w tej ciszy było coś, co mnie uspokoiło. Zerwałem się z miejsca i pobiegłem do pobliskiej plebanii. Zacząłem na oślep dzwonić do wszystkich księży, tam mieszkających. Musiałem się wyspowiadać. Tak, byłem tego pewny, musiałem się wyspowiadać!!! Potrzebowałem oczyszczenia... Potrzebowałem uzdrowienia... Potrzebowałem Boga, który nie mógł mnie odrzucić. Teraz, albo nigdy! Jeśli istniejesz - wyciągnij mnie z bagna i tego piekła, które rozpętałem na własne życzenie. W domofonie usłyszałem nagle spokojny głos jakiegoś księdza. Wybuchłem płaczem...

Ten wieczór zdawał się nie mieć końca... W spowiedzi wyrzuciłem z siebie wszystko. Nie pamiętam ile trwała. Mówiłem dużo, przez łzy, ksiądz nie przerywał, tylko słuchał. Opowiedziałem historię mojego życia, wszystko, co podpowiadało mi moje niespokojne serce. Mówiłem o tym wszystkim nie księdzu, ale Bogu. Czułem, że mnie słyszy. Pomyślałem: przecież on to wszystko wie... On tak, ale i do mnie musiało to wszystko dotrzeć. Potężna fala wyzwalającej prawdy uniosła mnie i moją rozpacz, poddałem się sile żywiołu, wiedziałem, że nic mi się nie stanie. On był zbyt blisko...

Wracałem do akademika mocno wyczerpany. Wszystko mnie bolało: kości, mięśnie, głowa... Rzuciłem się na łóżko i zasnąłem. Po raz pierwszy, od długiego czasu, zasnąłem. Nie mogło być inaczej. Łaska przebaczenia uspokoiła wezbrane wody. Spałem wtulony w mojego Boga... Który mnie ocalił...

W kilka dni póżniej spakowałem się, by powrócić w moje rodzinne strony. Siedziałem w pociągu, skulony jak przerażone pisklę. Teraz czekało mnie coś najtrudniejszego. Spotkanie z rodzicami. Pociąg sunął się mozolnie, po mocno żelaznych szynach, wioząc zalęknionego syna, który zawiódł swoją matkę i ojca. Cały czas się modliłem. Od czasu do czasu w myślach pojawiała się twarz płaczącej mamy i twarz taty, z jego surowym spojrzeniem i krzykiem w tle. Był porywczym i nerwowym człowiekiem.

Gdy pociąg wjeżdżał na stację Braniewo, czekałem na najgorsze. Wyszedłem z pociągu. W oddali ujrzałem sylwetkę ojca. Zbliżałem się do niego powoli, niepewnie. Gotowy na wszystko. Na pierwsze docinki, marudzenie, może krzyk... Na pierwsze przekleństwa...

Ojciec nagle ruszył w moją stronę. Czułem w powietrzu jego siłę i moc. Spuściłem wzrok, czułem, że pod powiekami za chwilę pojawią się pierwsze łzy. Nie krzyczał... Nic nie powiedział, tylko rzucił się na mnie, oplatając mnie swymi ramionami. Ten uścisk wszedł w fazę nieskończoności. Uścisnął mnie mocno, jak gdyby nie chciał mnie już nigdy ze swoich ojcowskich ramion wypuścić. To nie był sen. To był mój ojciec, jakiego wcześniej nigdy nie znałem... Szeptał mi do ucha: synu, jak ty wyglądasz?... Znoszona kurtka, spodnie, stare buty. Cała kasa szła przecież na zabawę, alkohol, fajki, trawę... Płakałem. A on mnie ciągle ściskał. I wtedy poczułem coś, co mnie z jednej strony przeraziło a z drugiej zalało niedającym się opisać pokojem. Poczułem nie tylko ramiona mojego taty. To nie były tylko jego ramiona. W tym momencie, na peronie, obejmował mnie sam Bóg. Ojciec obejmował syna marnotrawnego... Bóg objął swoje zagubione dziecko. To doświadczenie było tak silne, tak stuprocentowe, że nawet teraz kiedy to piszę, przenika moje ciało dreszcz, zmieszany ze wzruszeniem. Tego dnia uzyskałem, jedyny z możliwych, dowód - na istnienie Boga. Dowód spłodzony w ramionach mojego biologicznego ojca...

I wtedy byłem już pewien swojej przyszłości. W objęciu Boga pojawiło się pragnienie, mocne i nie do zniszczenia. Pragnienie obejmowania ludzi zagubionych. Pragnienie szukania tych, którym brakuje sił do odnalezienia pokoju ducha. Pragnienie, by inni w moich ramionach, słowach, gestach mogli odkryć tajemnicę najpełniejszej i prawdziwej miłości, której na imię - Bóg... Jedna droga umożliwiła mi realizację tego silnego pragnienia. Wstąpiłem do zakonu. Zostałem księdzem i zakonnikiem. By Bóg mógł przeze mnie odnajdywać tych, którzy od Niego odeszli, w dalekie strony, pełne mroku i zwątpienia...

„Stworzyłeś mnie, Boże, dla siebie i niespokojne jest serce moje, dopóki nie spocznie w Tobie”. To słowa św. Augustyna. Moje ulubione, bo pełne tego, co dane mi było doświadczyć... Wiele jest historii niespokojnych serc. I wiele z tych historii rozgrywa się pośród nas, cichych i rzeczywistych do bólu... Bogu te wszystkie historie zawierzam, z nadzieją (może czasami aż nazbyt natrętną), że nie jedno serce (zagubione i niespokojne) otworzy się na łaskę wiary, by spocząć w ramionach ciepłych od prawdziwej miłości.

"Oto czynię wszystko nowe. (...) Stało się. Jam Alfa i Omega, Początek i koniec. Ja pragnącemu dam darmo pić ze źródła wody życia (...) I będę Bogiem dla niego, a on dla mnie będzie synem..."
(Ap 21, 5-7)