Z dnia na dzień, przekonuję się coraz bardziej, że nasza kochana młodzież jest naprawdę wielka i niesamowita. Mam na myśli młodych, którzy mają odwagę szczerze oraz odważnie szukać Boga we wspólnocie Kościoła. Czasami na przekór temu, co modne i czym żyją ich rówieśnicy. Wielu młodych ludzi (których znam i z którymi "wierzę") zawstydza mnie swoją duchową wrażliwością, determinacją w poszukiwaniu prawdy, która wyzwala. I każdego dnia dziękuję Panu Bogu, że daje mi szansę tak wiele od młodzieży się uczyć.
29 maja 2012
25 maja 2012
Nigdy nie była "robotem łaski pełnym"
Miriam. Jej wizerunki i fotografie odnajdziemy w każdym zakątku świata. Nie sprzedaje płyt, nie macha tyłkiem na scenie, nie pozuje nago do Playboya, nie odbiera oscarów za wybitne kreacje filmowe. A jednak przebijała i przebija swoją "popularnością" wszystkie kobiety świata. Nigdy nie była słodką ciotką, naiwną mamuśką (mami)synka, nie była też
wyzwoloną feministką, alergicznie reagującą na garnki i pieluchy. Żyła
pełną piersią, rozkochała się w prawdzie, obejmowała krzyż. Walczy do
dziś, miażdżąc wężowi głowę, tuli nas do snu, jak trzeba walnie ręką w
stół i przypomni: "Jego słuchajcie" albo "odmawiajcie różaniec". Wie,
co mówi, bo przeżyła wiele i nigdy nie przestała być kobietą, która
kocha, mądrze i dojrzale.I za to Ją kocham...
23 maja 2012
Jestem księdzem marnotrawnym
23 maja 2006 roku, około godziny 11:00, leżałem krzyżem na posadzce poznańskiej Archikatedry. Oddech miałem niespokojny, myśli nie były w stanie wejść w stan harmonijnej całości, pod powiekami gromadziły się łzy szczęścia. Bałem się. Jak wielu przede mną. Tamtego dnia, w widzialnych znakach Najwyższy wypełniał kruche i gliniane naczynie niewidzialną łaską, światłem. Nie byłem gotowy. Wiem, nigdy nie będziemy w stanie perfekcyjnie przygotować się do tego, co Boże, do "miłości cierpliwej", która jest sercem kapłańskiej wierności. Na kapłaństwo, małżeństwo nigdy nie jest się gotowym. To nie my bowiem odgrywamy w nich rolę "pierwszych skrzypiec". Wiedziałem jedno: już nic od tej pory nie będzie tak jak dawniej. Trzeba iść. Do przodu. Wziąć krzyż i iść za Nim. Zaufać, zawierzyć. Mimo strachu, mimo tego, co na trzeźwo analizował rozum.
22 maja 2012
Kruchy jak Ciało
Panie
to jeszcze nie koniec
drzewo figowe zakwitnie
w Twoich ranach
wciąż moje uzdrowienie
chciałoby się biec
z ptakami niebieskimi
tańczyć na niebie
tymczasem
droga długa
co wieczór więc wkładam palce
w przebity bok
i pragnę
już niebawem
dojdę do progu
utonę w Ojca ramionach
jeszcze raz zapłaczę
odżyję w odświętnej szacie
pierścień poczuję
na palcu
czerwony jak Krew w kielichu
kruchy jak Ciało
wtulony w ołtarz
ja twój kapłan
który biegu nie ukończył
wiary nie ustrzegł
wołam
ulituj się nade mną
biednym grzesznikiem
________________________________
Sześć lat temu, 23 maja 2006 roku, z rąk ks. abpa Stanisława Gądeckego przyjąłem święcenia kapłańskie. Za tych sześć lat, cudownych lat, ciągłych odejść i powrotów, światła i ciemności, za sześć lat, w których Pan postawił na mojej drodze życia tysiące cudownych ludzi...
Dziękuję Ci, Panie...
+Jezu, ufam Tobie...
20 maja 2012
On to zrobił dla nas
Zapada zmrok. Coraz więcej ciszy i senności w powietrzu. W wielu domach
gasną światła. Czułe spojrzenia matek, zmieszane z ruchem dłoni, kurczowo
trzymających kołdry, którymi nakrywają swoje ukochane maleństwa. Są też dłonie wypełnione różańcami. Kolejne drewniane kuleczki, czujące dotyk i ciężar
zapracowanych rąk. To ci, którzy na koniec dnia chcą wszystko oddać w
miłosierne dłonie Boga. W ledwo słyszalnych szeptach, szukających (czasami
mocno na oślep) drogi do ucha Wszechmogącego, pojawiają się słowa: "Dla
Jego bolesnej męki..."
15 maja 2012
Ja, stary Iskariota
Jestem Adamem. Siedzę skulony pośród krzewów. Chowam się, czuję nagość, gorzki smak owocu tańczy na lodowatej powierzchni języka. Po raz pierwszy boję się. Lękam. Że zaraz nadejdzie, że będzie do mnie mówił, dotknie mojego ramienia gestem stworzenia, Święty po trzykroć. Czuję oddech śmierci, Niebo utraciło dziewiczy błękit...
Jestem Eliaszem. Wiem, że nie powinienem uciekać, ale oni czyhają na moje życie. Przede mną pasmo gór, skaliste ciała, pośród których zamieszkam, schowam się, umrę. Jego słowa wryły się w moje serce. Rozpaliły ogień. A teraz jak przerażone pisklę, w ostatnim ruchu skrzydeł lecę na oślep, tracę orientację, jestem bliski obłędu...
Jestem Eliaszem. Wiem, że nie powinienem uciekać, ale oni czyhają na moje życie. Przede mną pasmo gór, skaliste ciała, pośród których zamieszkam, schowam się, umrę. Jego słowa wryły się w moje serce. Rozpaliły ogień. A teraz jak przerażone pisklę, w ostatnim ruchu skrzydeł lecę na oślep, tracę orientację, jestem bliski obłędu...
14 maja 2012
Módl się za nami grzesznymi...
Zawsze, kiedy przychodzi do nas, prosi: "odmawiajcie różaniec". Tak było w Lourdes, Fatimie, w polskim Gietrzwałdzie. W La Salette się rozpłakała. Nie wytrzymała. Ukryła twarz w dłoniach. Jak rasowa matka, która mówi, prosi, modli się... i nic. Dzieci robią swoje. Odchodzą w dalekie strony, jedzą ze świniami z koryta. Marnotrawią. Oni?.. Nie, nie tylko oni, także my i ja. Naczynia gliniane są kruche. Rozlewa się w nich łaska, rozlewa się i grzech. Pod sutanną oddycha ten sam lęk, który paraliżuje nie jedno serce. Ta sama trwoga, ta sama nieporadność, ta sama tęsknota za Niebem, poprzecinana ognistą łuną pokus i zwątpienia...
13 maja 2012
Ołówek w ręku Boga
"Mój własny Jezu! (...) Czuję w
duszy po prostu ten straszliwy ból z powodu utraty - Boga, który mnie nie chce
- Boga, który nie jest Bogiem - Boga, który naprawdę nie istnieje (proszę Jezu,
wybacz moje bluźnierstwa - kazano mi pisać wszystko). Ta ciemność, która otacza
mnie z każdej strony - nie potrafię wznieść swojej duszy do Boga - nie dociera
do niej żadne światło ani natchnienie"... Te wstrząsające słowa napisała w
jednym ze swoich listów matka Teresa z Kalkuty, w 1959 roku. Tajemnicę jej
udręczonej duszy znało tylko kilka osób. Dziś, kiedy czytamy listy
błogosławionej misjonarki miłości - jesteśmy poruszeni do głębi...
12 maja 2012
(Nie)ostatnie kuszenie księdza
To był jeden z listopadowych dni, w 2008 roku, pamiętam wyraźnie. Pracowałem wówczas w Szczecinie, w Sanktuarium Najświętszego Serca Pana Jezusa. Była niedziela. Pomyślałem sobie
przez moment – to wszystko nie ma sensu… Spowiedź nie ma sensu,
głoszenie Dobrej Nowiny nie ma sensu, Eucharystia nie ma sensu… Tu nawet nie
chodzi o ludzi, po których wiele z tego, co ofiaruje Kościół – spływa jak po
kaczce…
Na 10:00 było
dużo ludzi… Kościół wypełniony po brzegi. Chór, kadzidło, liturgia – jak to na
Sumie – poprawna i piękna. Po
Eucharystii wracam do domu zakonnego. Po drodze mijam wielu naszych
parafian. Uśmiecham się, z kilkoma z nich zamieniam parę słów. Świeci piękne
słońce. Jakieś małżeństwo po drugiej stronie ulicy pcha wózek, głośno się
śmiejąc. Patrzę na nich i natura faceta po trzydziestce zaczyna cisnąć. Myślę
sobie – nigdy nie będę miał dzieci…
9 maja 2012
DEKALOG Jana XXIII
Jan XXIII* przeszedł do historii jako «Dobry Papież Jan» albo «Jan Dobry». Określenia te najlepiej oddają jego osobisty styl bycia i sposób sprawowania posługi: był człowiekiem promieniującym ewangeliczną dobrocią i Bożym pokojem. W wieku młodzieńczym (w swoim dzienniku duchowym) zapisał tekst, nazwany przez potomnych "Dekalogiem Jana XXIII"...
7 maja 2012
Pascha
Pascha. Czas przejścia, czas szeroko rozwiniętych skrzydeł, gotowych na wolność. Podnoszę chleb, powoli, ku górze, czując ich
spojrzenie, z delikatnym uśmiechem, tańczącym skromnie w okolicach
moich warg. Wypowiadam nagle słowa [w ruchu zupełnie nie do opisania],których nie pojmą tej nocy zupełnie: Oto moje Ciało.
Przyzwyczaiłem ich do słów, którymi stwarzam wszystko co dobre,
tak jak uczył mnie tego Ojciec. Patrzą na chleb... I nic.. Jakie ciało?...
O co chodzi?...
6 maja 2012
Proszę cię o jedno
znamy się od tak dawna od łona
w którym było ciepło i w którym pokochałem
muzykę słuchając bicia twojego
serca nagi i bezbronny
a kiedy wyszedłem na światło trzymałaś
mnie mocno
czułem się mamo jak chińska porcelana
3 maja 2012
Stargard pod szczęśliwą gwiazdą...
Można w Stargardzie zakochać się... w basztach, bramach, murach obronnych, w zabytkach wszelakich, których jest bez liku. A mnie, co innego za serce chwyta. Miasto to nie tylko asfalt, beton i cegły, to przede wszystkim ludzie... Codziennie w Stargardzie spotykam wspaniałych i kochanych ludzi... Młodzież...
1 maja 2012
Rozum ścigający serce
Tylko ten, kto się zakochał prawdziwie, poznaje smak krzyża, z którego
nie da się zejść o własnych siłach. Miłości uczymy się przez całe
życie. Z tego nie zdaje się matury... Tu nie ma żadnego klucza. Jest
tylko "otchłań" w której ból, samotność, radość i nadzieja, złączone w
jedno... nigdy nie przestaną boleć...
Miłość prawdziwa "umiera", nie przestaje umierać. Bo jeśli mam siebie komuś ofiarować, to będzie bolało. Musi zaboleć. Szczególnie wtedy, gdy zostaje się odrzuconym. Wisisz wtedy na krzyżu i wydaje ci się, że nie ma nic oprócz ciemności. Że słońce zgasło, że z każdym oddechem powietrze zdaje się coraz cięższe. A przecież to nie prawda...
Miłość prawdziwa "umiera", nie przestaje umierać. Bo jeśli mam siebie komuś ofiarować, to będzie bolało. Musi zaboleć. Szczególnie wtedy, gdy zostaje się odrzuconym. Wisisz wtedy na krzyżu i wydaje ci się, że nie ma nic oprócz ciemności. Że słońce zgasło, że z każdym oddechem powietrze zdaje się coraz cięższe. A przecież to nie prawda...
Subskrybuj:
Posty (Atom)
Chrystusowcy....
Zasadniczym celem Towarzystwa Chrystusowego dla Polonii Zagranicznej jest uwielbienie Boga i uświęcenie się poprzez naśladowanie Jezusa Chrystusa. W sposób szczególny członkowie Towarzystwa włączają się w apostolstwo na rzecz rodaków przebywających poza granicami państwa polskiego.
Duchowość Towarzystwa Chrystusowego, wypływająca z życia zakonnego i kapłańskiego jego członków, oparta jest na charyzmacie Założyciela kard. Augusta Hlonda i posłannictwie zgromadzenia. Wypływa także z późniejszych tradycji wypracowanych przez wspólnotę, kierowanej zwłaszcza przez pierwszego przełożonego generalnego, współzałożyciela ks. Ignacego Posadzego.
Duchowość Towarzystwa Chrystusowego, wypływająca z życia zakonnego i kapłańskiego jego członków, oparta jest na charyzmacie Założyciela kard. Augusta Hlonda i posłannictwie zgromadzenia. Wypływa także z późniejszych tradycji wypracowanych przez wspólnotę, kierowanej zwłaszcza przez pierwszego przełożonego generalnego, współzałożyciela ks. Ignacego Posadzego.
Działalność Towarzystwa Chrystusowego zdeterminowana jest misją apostolską zleconą przez Kościół. Wypełniana jest poprzez gorliwe życie radami ewangelicznymi, modlitwą i pokutą oraz wszelkiego rodzaju pracami duszpasterskimi podejmowanymi dla dobra Polaków żyjącymi poza granicami kraju.
Kapłani Towarzystwa, jako słudzy Chrystusa niosą dobrą nowinę o zbawieniu wszystkim rodakom. Służą im nie tylko opieką duszpasterską, ale również kulturową i społeczną. Bracia zakonni uczestniczą w posłannictwie Towarzystwa poprzez gorliwe życie zakonne i podejmowane różnorakie prace dla wypełniania misji zgromadzenia.
Świadectwo....
...Z wiarą w Boga jest jak z lataniem. Może i nie jesteśmy ptakami, na rękach w powietrze się nie wzniesiemy, ale sny Dedala i Ikara o tańcu w chmurach drzemią w każdym z nas. Ktoś musiał zatem wymyśleć samoloty, balony, spadochrony. By poczuć trochę wolności i oderwać się od ziemi, wypowiadając wojnę poczciwemu prawu grawitacji.
Wierzyć, znaczy wzbić się - ze swoim niespokojnym sercem - w przestworza nieznane, bez skrzydeł. Myślę o tym, bo wciąż jestem świadkiem rzeczy i wydarzeń, o których jeszcze kiedyś mógłbym pomyśleć: zwykły przypadek, zbieg okoliczności, sztuczka nad sztuczkami. Kto raz spotkał na swojej drodze Boga, żywego i realnego, wszedłszy w zawiłość doświadczenia Jego obecności, ten już nigdy nie pomyśli, nawet na moment, że bez skrzydeł nie da się ulecieć w głąb tajemnicy. Niespokojne serce musi ostatecznie spocząć w Bogu...
To było 10 lat temu. Studiowałem wtedy filologię polską na Uniwersytecie Szczecińskim. Młody chłopak, z małej warmińskiej wioski, z legitymacją studencką w ręku, wylądował w dużym mieście. Zamieszkałem w akademiku. Nowe znajomości, kumple, wykłady, imprezy - życie studenckie. Wtedy w akademikach nie było internetu czy telewizji. Było za to życie towarzyskie, wysiadywanie do późnych godzin nocnych na korytarzach i w klubach studenckich. Mijały tygodnie. Wódka lała się litrami, dym palonej trawki - szwendał się bezwiednie korytarzami studenckiego organizmu. Przyszedł moment, że sięgnąłem przysłowiowego dna. Zawalone wykłady, moralność poniżej zera, pustka wewnętrzna coraz dotkliwiej dawała znać o sobie. Skreślono mnie w końcu z listy studentów. Wrak człowieka, z parszywą wewnętrzną samotnością, zawył któregoś wieczoru głęboko we mnie, ogłaszając całemu wszechświatu, że jestem prawdziwym zerem. Pamiętam ten wieczór. Leżałem w ciemnym pokoju, za oknami padał dołujący mnie jeszcze bardziej deszcz. Zacząłem płakać. Jak małe dziecko. Zerwałem się z łóżka, chwyciłem kurtkę i wybiegłem na zewnątrz. Myślałem - koniec. Jestem skończony. Co powiem moim rodzicom? Gdzieś, pięćset kilometrów stąd, harowali ciężko, by ich ukochany synek wyszedł na ludzi, ukończył studia i był szczęśliwy. Wierzyli we mnie. Dali mi wszystko, co mogli dać, odbierając sobie bardzo wiele. Szedłem tak długo, z tymi myślami. Deszcz mieszał się z moimi łzami. Pamiętam jak wtedy kląłem , przeklinałem, chciało mi się wrzeszczeć, wyć, krzyczeć, uciec gdzieś - ale dokąd? Aż w końcu stanąłem przed kościołem. Był późny wieczór. Kościół zamknięty. Uklęknąłem przed drzwiami, oparłem o nie swoje czoło i zacząłem wrzeszczeć do Boga. Potrzebowałem Go. Kiedyś słyszałem, jak w kościele mówili, że On przyszedł do chorych a nie do tych, co się dobrze mają. Cisza... Tylko deszcz i szum wiatru. Ale w tej ciszy było coś, co mnie uspokoiło. Zerwałem się z miejsca i pobiegłem do pobliskiej plebanii. Zacząłem na oślep dzwonić do wszystkich księży, tam mieszkających. Musiałem się wyspowiadać. Tak, byłem tego pewny, musiałem się wyspowiadać!!! Potrzebowałem oczyszczenia... Potrzebowałem uzdrowienia... Potrzebowałem Boga, który nie mógł mnie odrzucić. Teraz, albo nigdy! Jeśli istniejesz - wyciągnij mnie z bagna i tego piekła, które rozpętałem na własne życzenie. W domofonie usłyszałem nagle spokojny głos jakiegoś księdza. Wybuchłem płaczem...
Ten wieczór zdawał się nie mieć końca... W spowiedzi wyrzuciłem z siebie wszystko. Nie pamiętam ile trwała. Mówiłem dużo, przez łzy, ksiądz nie przerywał, tylko słuchał. Opowiedziałem historię mojego życia, wszystko, co podpowiadało mi moje niespokojne serce. Mówiłem o tym wszystkim nie księdzu, ale Bogu. Czułem, że mnie słyszy. Pomyślałem: przecież on to wszystko wie... On tak, ale i do mnie musiało to wszystko dotrzeć. Potężna fala wyzwalającej prawdy uniosła mnie i moją rozpacz, poddałem się sile żywiołu, wiedziałem, że nic mi się nie stanie. On był zbyt blisko...
Wracałem do akademika mocno wyczerpany. Wszystko mnie bolało: kości, mięśnie, głowa... Rzuciłem się na łóżko i zasnąłem. Po raz pierwszy, od długiego czasu, zasnąłem. Nie mogło być inaczej. Łaska przebaczenia uspokoiła wezbrane wody. Spałem wtulony w mojego Boga... Który mnie ocalił...
W kilka dni póżniej spakowałem się, by powrócić w moje rodzinne strony. Siedziałem w pociągu, skulony jak przerażone pisklę. Teraz czekało mnie coś najtrudniejszego. Spotkanie z rodzicami. Pociąg sunął się mozolnie, po mocno żelaznych szynach, wioząc zalęknionego syna, który zawiódł swoją matkę i ojca. Cały czas się modliłem. Od czasu do czasu w myślach pojawiała się twarz płaczącej mamy i twarz taty, z jego surowym spojrzeniem i krzykiem w tle. Był porywczym i nerwowym człowiekiem.
Gdy pociąg wjeżdżał na stację Braniewo, czekałem na najgorsze. Wyszedłem z pociągu. W oddali ujrzałem sylwetkę ojca. Zbliżałem się do niego powoli, niepewnie. Gotowy na wszystko. Na pierwsze docinki, marudzenie, może krzyk... Na pierwsze przekleństwa...
Ojciec nagle ruszył w moją stronę. Czułem w powietrzu jego siłę i moc. Spuściłem wzrok, czułem, że pod powiekami za chwilę pojawią się pierwsze łzy. Nie krzyczał... Nic nie powiedział, tylko rzucił się na mnie, oplatając mnie swymi ramionami. Ten uścisk wszedł w fazę nieskończoności. Uścisnął mnie mocno, jak gdyby nie chciał mnie już nigdy ze swoich ojcowskich ramion wypuścić. To nie był sen. To był mój ojciec, jakiego wcześniej nigdy nie znałem... Szeptał mi do ucha: synu, jak ty wyglądasz?... Znoszona kurtka, spodnie, stare buty. Cała kasa szła przecież na zabawę, alkohol, fajki, trawę... Płakałem. A on mnie ciągle ściskał. I wtedy poczułem coś, co mnie z jednej strony przeraziło a z drugiej zalało niedającym się opisać pokojem. Poczułem nie tylko ramiona mojego taty. To nie były tylko jego ramiona. W tym momencie, na peronie, obejmował mnie sam Bóg. Ojciec obejmował syna marnotrawnego... Bóg objął swoje zagubione dziecko. To doświadczenie było tak silne, tak stuprocentowe, że nawet teraz kiedy to piszę, przenika moje ciało dreszcz, zmieszany ze wzruszeniem. Tego dnia uzyskałem, jedyny z możliwych, dowód - na istnienie Boga. Dowód spłodzony w ramionach mojego biologicznego ojca...
I wtedy byłem już pewien swojej przyszłości. W objęciu Boga pojawiło się pragnienie, mocne i nie do zniszczenia. Pragnienie obejmowania ludzi zagubionych. Pragnienie szukania tych, którym brakuje sił do odnalezienia pokoju ducha. Pragnienie, by inni w moich ramionach, słowach, gestach mogli odkryć tajemnicę najpełniejszej i prawdziwej miłości, której na imię - Bóg... Jedna droga umożliwiła mi realizację tego silnego pragnienia. Wstąpiłem do zakonu. Zostałem księdzem i zakonnikiem. By Bóg mógł przeze mnie odnajdywać tych, którzy od Niego odeszli, w dalekie strony, pełne mroku i zwątpienia...
„Stworzyłeś mnie, Boże, dla siebie i niespokojne jest serce moje, dopóki nie spocznie w Tobie”. To słowa św. Augustyna. Moje ulubione, bo pełne tego, co dane mi było doświadczyć... Wiele jest historii niespokojnych serc. I wiele z tych historii rozgrywa się pośród nas, cichych i rzeczywistych do bólu... Bogu te wszystkie historie zawierzam, z nadzieją (może czasami aż nazbyt natrętną), że nie jedno serce (zagubione i niespokojne) otworzy się na łaskę wiary, by spocząć w ramionach ciepłych od prawdziwej miłości.
Wierzyć, znaczy wzbić się - ze swoim niespokojnym sercem - w przestworza nieznane, bez skrzydeł. Myślę o tym, bo wciąż jestem świadkiem rzeczy i wydarzeń, o których jeszcze kiedyś mógłbym pomyśleć: zwykły przypadek, zbieg okoliczności, sztuczka nad sztuczkami. Kto raz spotkał na swojej drodze Boga, żywego i realnego, wszedłszy w zawiłość doświadczenia Jego obecności, ten już nigdy nie pomyśli, nawet na moment, że bez skrzydeł nie da się ulecieć w głąb tajemnicy. Niespokojne serce musi ostatecznie spocząć w Bogu...
To było 10 lat temu. Studiowałem wtedy filologię polską na Uniwersytecie Szczecińskim. Młody chłopak, z małej warmińskiej wioski, z legitymacją studencką w ręku, wylądował w dużym mieście. Zamieszkałem w akademiku. Nowe znajomości, kumple, wykłady, imprezy - życie studenckie. Wtedy w akademikach nie było internetu czy telewizji. Było za to życie towarzyskie, wysiadywanie do późnych godzin nocnych na korytarzach i w klubach studenckich. Mijały tygodnie. Wódka lała się litrami, dym palonej trawki - szwendał się bezwiednie korytarzami studenckiego organizmu. Przyszedł moment, że sięgnąłem przysłowiowego dna. Zawalone wykłady, moralność poniżej zera, pustka wewnętrzna coraz dotkliwiej dawała znać o sobie. Skreślono mnie w końcu z listy studentów. Wrak człowieka, z parszywą wewnętrzną samotnością, zawył któregoś wieczoru głęboko we mnie, ogłaszając całemu wszechświatu, że jestem prawdziwym zerem. Pamiętam ten wieczór. Leżałem w ciemnym pokoju, za oknami padał dołujący mnie jeszcze bardziej deszcz. Zacząłem płakać. Jak małe dziecko. Zerwałem się z łóżka, chwyciłem kurtkę i wybiegłem na zewnątrz. Myślałem - koniec. Jestem skończony. Co powiem moim rodzicom? Gdzieś, pięćset kilometrów stąd, harowali ciężko, by ich ukochany synek wyszedł na ludzi, ukończył studia i był szczęśliwy. Wierzyli we mnie. Dali mi wszystko, co mogli dać, odbierając sobie bardzo wiele. Szedłem tak długo, z tymi myślami. Deszcz mieszał się z moimi łzami. Pamiętam jak wtedy kląłem , przeklinałem, chciało mi się wrzeszczeć, wyć, krzyczeć, uciec gdzieś - ale dokąd? Aż w końcu stanąłem przed kościołem. Był późny wieczór. Kościół zamknięty. Uklęknąłem przed drzwiami, oparłem o nie swoje czoło i zacząłem wrzeszczeć do Boga. Potrzebowałem Go. Kiedyś słyszałem, jak w kościele mówili, że On przyszedł do chorych a nie do tych, co się dobrze mają. Cisza... Tylko deszcz i szum wiatru. Ale w tej ciszy było coś, co mnie uspokoiło. Zerwałem się z miejsca i pobiegłem do pobliskiej plebanii. Zacząłem na oślep dzwonić do wszystkich księży, tam mieszkających. Musiałem się wyspowiadać. Tak, byłem tego pewny, musiałem się wyspowiadać!!! Potrzebowałem oczyszczenia... Potrzebowałem uzdrowienia... Potrzebowałem Boga, który nie mógł mnie odrzucić. Teraz, albo nigdy! Jeśli istniejesz - wyciągnij mnie z bagna i tego piekła, które rozpętałem na własne życzenie. W domofonie usłyszałem nagle spokojny głos jakiegoś księdza. Wybuchłem płaczem...
Ten wieczór zdawał się nie mieć końca... W spowiedzi wyrzuciłem z siebie wszystko. Nie pamiętam ile trwała. Mówiłem dużo, przez łzy, ksiądz nie przerywał, tylko słuchał. Opowiedziałem historię mojego życia, wszystko, co podpowiadało mi moje niespokojne serce. Mówiłem o tym wszystkim nie księdzu, ale Bogu. Czułem, że mnie słyszy. Pomyślałem: przecież on to wszystko wie... On tak, ale i do mnie musiało to wszystko dotrzeć. Potężna fala wyzwalającej prawdy uniosła mnie i moją rozpacz, poddałem się sile żywiołu, wiedziałem, że nic mi się nie stanie. On był zbyt blisko...
Wracałem do akademika mocno wyczerpany. Wszystko mnie bolało: kości, mięśnie, głowa... Rzuciłem się na łóżko i zasnąłem. Po raz pierwszy, od długiego czasu, zasnąłem. Nie mogło być inaczej. Łaska przebaczenia uspokoiła wezbrane wody. Spałem wtulony w mojego Boga... Który mnie ocalił...
W kilka dni póżniej spakowałem się, by powrócić w moje rodzinne strony. Siedziałem w pociągu, skulony jak przerażone pisklę. Teraz czekało mnie coś najtrudniejszego. Spotkanie z rodzicami. Pociąg sunął się mozolnie, po mocno żelaznych szynach, wioząc zalęknionego syna, który zawiódł swoją matkę i ojca. Cały czas się modliłem. Od czasu do czasu w myślach pojawiała się twarz płaczącej mamy i twarz taty, z jego surowym spojrzeniem i krzykiem w tle. Był porywczym i nerwowym człowiekiem.
Gdy pociąg wjeżdżał na stację Braniewo, czekałem na najgorsze. Wyszedłem z pociągu. W oddali ujrzałem sylwetkę ojca. Zbliżałem się do niego powoli, niepewnie. Gotowy na wszystko. Na pierwsze docinki, marudzenie, może krzyk... Na pierwsze przekleństwa...
Ojciec nagle ruszył w moją stronę. Czułem w powietrzu jego siłę i moc. Spuściłem wzrok, czułem, że pod powiekami za chwilę pojawią się pierwsze łzy. Nie krzyczał... Nic nie powiedział, tylko rzucił się na mnie, oplatając mnie swymi ramionami. Ten uścisk wszedł w fazę nieskończoności. Uścisnął mnie mocno, jak gdyby nie chciał mnie już nigdy ze swoich ojcowskich ramion wypuścić. To nie był sen. To był mój ojciec, jakiego wcześniej nigdy nie znałem... Szeptał mi do ucha: synu, jak ty wyglądasz?... Znoszona kurtka, spodnie, stare buty. Cała kasa szła przecież na zabawę, alkohol, fajki, trawę... Płakałem. A on mnie ciągle ściskał. I wtedy poczułem coś, co mnie z jednej strony przeraziło a z drugiej zalało niedającym się opisać pokojem. Poczułem nie tylko ramiona mojego taty. To nie były tylko jego ramiona. W tym momencie, na peronie, obejmował mnie sam Bóg. Ojciec obejmował syna marnotrawnego... Bóg objął swoje zagubione dziecko. To doświadczenie było tak silne, tak stuprocentowe, że nawet teraz kiedy to piszę, przenika moje ciało dreszcz, zmieszany ze wzruszeniem. Tego dnia uzyskałem, jedyny z możliwych, dowód - na istnienie Boga. Dowód spłodzony w ramionach mojego biologicznego ojca...
I wtedy byłem już pewien swojej przyszłości. W objęciu Boga pojawiło się pragnienie, mocne i nie do zniszczenia. Pragnienie obejmowania ludzi zagubionych. Pragnienie szukania tych, którym brakuje sił do odnalezienia pokoju ducha. Pragnienie, by inni w moich ramionach, słowach, gestach mogli odkryć tajemnicę najpełniejszej i prawdziwej miłości, której na imię - Bóg... Jedna droga umożliwiła mi realizację tego silnego pragnienia. Wstąpiłem do zakonu. Zostałem księdzem i zakonnikiem. By Bóg mógł przeze mnie odnajdywać tych, którzy od Niego odeszli, w dalekie strony, pełne mroku i zwątpienia...
„Stworzyłeś mnie, Boże, dla siebie i niespokojne jest serce moje, dopóki nie spocznie w Tobie”. To słowa św. Augustyna. Moje ulubione, bo pełne tego, co dane mi było doświadczyć... Wiele jest historii niespokojnych serc. I wiele z tych historii rozgrywa się pośród nas, cichych i rzeczywistych do bólu... Bogu te wszystkie historie zawierzam, z nadzieją (może czasami aż nazbyt natrętną), że nie jedno serce (zagubione i niespokojne) otworzy się na łaskę wiary, by spocząć w ramionach ciepłych od prawdziwej miłości.
(Ap 21, 5-7)"Oto czynię wszystko nowe. (...) Stało się. Jam Alfa i Omega, Początek i koniec. Ja pragnącemu dam darmo pić ze źródła wody życia (...) I będę Bogiem dla niego, a on dla mnie będzie synem..."











