22 września 2010

Nasze powroty do domu...


Różne są  nasze powroty do domu... Czasami z podwiniętym ogonem, innym razem z ogniem w sercu, szczęściem nie do podrobienia. Domy też bywają różne. Niektóre ciche, jak trzepot motylich skrzydeł, w których dojrzewamy i dorastamy, spokojnie, subtelnie, budując swoją przyszłość na Skale. Są też domy, do których nie chce się wracać. Domy złe, przeklęte, domy uruchomiające demony przeszłości. Domy bez szeroko otwartych ramion, w których można się zanurzyć, odżyć na nowo, zapłakać gorzko, by potem się zaśmiać z tego, co było...
Uwielbiam tę piosenkę. Słowa tak mocno prawdziwe, tak podle rzeczywiste... Miałem to szczęście i mam nadal, że kiedy wracam do rodzinnego domu, ktoś na mnie wciąż czeka. Moja mama i jej ramiona, w których mogę utonąć, odpocząć... A kiedy powracam do swojego zakonnego pokoju, też nie jestem sam. Wystarczy znak krzyża, spojrzenie w kierunku figury mojej niebiańskiej Matki... Dwie mamy, dwa moje szczęścia, dwa domy, w których pachnie Niebem...
I ten Dom, który wciąż czeka. Wprawdzie nie będę tam wracał, bo przecież w Niebie jeszcze nie byłem, ale droga do tego domu staje się z dnia na dzień coraz bardziej namacalna, wyrazista, choć momentami zabójczo wąska, pełna zakrętów, wyboista... I cóż z tego?... Trzeba iść, do przodu... Mimo ran, mimo lęku, mimo łez, które nigdy nie wysychają. Jest pokusa wskoczenia na dwupasmówkę, albo płatną autostradkę, ale za jaką cenę?...
"Wszystko, co mam, co dał mi świat, noszę w sobie, by kiedyś ci dać"... 

17 września 2010

Nie mamy złej młodzieży...

____________________________________________________________________
Nie mamy złej młodzieży. Mamy młodzież mądrą, ambitną, wrażliwą. Ci zaś młodzi, którzy na pierwszy rzut oka z „mądrością” i „wrażliwością” nie mają nic wspólnego, też nie są źli. Reprezentują bowiem młodzież porządnie poranioną. Braki zainteresowania ze strony rodziców, samotność w sieci, zabawki dostępne na rynku (czyt. alkohol, dopalacze, narkotyki), wszech dostępna pornografia, to wszystko swoje robi. Rani, zniekształca, wynaturza. Sprawia, że synów marnotrawnych, przy świńskim korycie, jest szokująco wielu…
Kiedyś pewien mądry proboszcz powiedział swojemu wikaremu (który miał problemy z młodzieżą gimnazjalną): „musisz ich pokochać”. Brzmi trywialnie, może nawet banalnie. Ale innej drogi nie ma. Jak się młodych nie pokocha, to już nic ich nie uzdrowi.

Ksiądz, który kocha młodzież, ma głębokie pragnienie, by być z młodymi, ma dla nich czas. Nie jest to łatwe. Wiem z doświadczenia. Chciałoby się pobyć chwilę samemu (męski egoizm), posiedzieć na necie, obejrzeć dobry film. Wszystko gra, tylko czy na tym ma polegać „powołanie” do szukania tych najbardziej zaginionych, poranionych, duchowo pogubionych?... Wystarczy wieczorem wyjść na ulicę. Nocą diabeł atakuje ze zdwojoną siłą. I kiedy młodzi giną, naiwnie rzucają się w „nirwany” różnorakiej maści, zakrapiane alkoholem, wspomagane dopalaczami, narkotykami, uwikłane w erotyczne przeżycia, pasterze trzaskają filmiki, wyciągnięci na tapczanie, albo fotelach.

A przecież „będziemy sądzeni z miłości” (św. Jan od Krzyża). Dojrzewa we mnie coraz intensywniej pewna inicjatywa, realizowana od lat przez Wspólnotę Przymierza Miłosierdzia, założoną przez włoskich misjonarzy oo. Enrique Porcu i Antonello Cadeddu z Brazylii. W dzień i w noc, tak jak oni, wychodzić na ulice, szukać młodych, rozmawiać z nimi, modlić się wspólnie, nakładać na nich dłonie i prosić Wszechmocnego o uzdrowienie, o Bożego Ducha dla nich… Na razie to omadlam. I was pokornie o modlitwę proszę. Czuję, gdzieś głęboko, że taka wspólnota młodych, oparta na modlitwie, Adoracji Najświętszego Sakramentu, w naszym mieście (Stargardzie Szczecińskim) byłaby prawdziwym „błogosławieństwem”…

Na dzień dzisiejszy ewangelizuję w „Budowlance”. Żebyście zobaczyli te „ogry” moje kochane. W większości dorastający faceci, z rozbitych często rodzin, momentami wulgarni i gruboskórni… Ale ile czai się w nich wrażliwości… Ile dobra, zamaskowanego, ukrytego gdzieś głęboko w nich, ile pozytywnej energii, młodzieńczego ognia, pasji życia… Uwielbiam ich!!! Choć łatwo nie jest. I orać trzeba będzie mocno, z miłością…

Nie mieć czasu dla młodych, to grzech paskudny, nasza kapłańska porażka. Patrzę się na naszych lektorów (a jest ich ok. czterdziestu), na zespół muzyczny, grający na Eucharystiach dla młodzieży, super, że są. Robią kawał dobrej roboty. Wierzą, jak potrafią, oddani są parafii, Kościołowi. Radość wielka, ale co z resztą?... Czy mogę spać spokojnie, mając świadomość, wypełnioną cichym jękiem rozpaczy chłopców i dziewczyn, którzy nie mają sił na porzucenie „marnotrawstawa” łaski, którym brakuje odwagi i siły, by oderwać się od koryta, podstawionego przez diabła i jego ekipę, niszczącą piękno i subtelność młodości?...

Nie mamy złej młodzieży… Mamy młodzież poranioną… Za którą warto się modlić i o którą trzeba powalczyć… Proszę Cię Panie, daj mi siłę, odwagę, bezkompromisowość… W walce o każdego młodego człowieka, który odszedł w „dalekie strony”… Jestem za młody, by cierpliwie czekać, jak miłosierny Ojciec. Zaprowadź mnie do nich… I daj swojego ducha, tak jak obiecałeś… Sam nie dam rady…

14 września 2010

Istnieje inny świat...


Powoli otwierające się oczy. Zapach snu, zamulona świadomość, może cichy jęk, bo trzeba się podnieść z łóżka. Znak krzyża, modlitwa. Potem pierwsze krople wody, żywej jak zawsze. Poranna gorąca kawa. Otwarte okno i świeży podmuch wiatru. Czas zacząć dzień. Kolejny dzień, kolejna szansa, wielu przecież się tego poranka już nie obudziło. Powstają ranne zorze, wciągając nas w kolejną przygodę, święty czas, który Pan ofiarowuje nam po raz kolejny…

Szkoła… Praca… Rodzina… Ulice zapełniające się nagle setkami pędzących potomków Adama i Ewy. Plątanina porannych myśli, marzeń, stresów, pragnień. Wcześniej wyznaczone cele przenikają się wzajemnie, eksplodują gdzieś w naszej świadomości, zderzają się z przypadkowo napotkanymi światami, zamkniętymi w ciele, przenikającymi do szpiku kości.

Rozstawiają stragany, jadą tramwajem, zapalają silniki samochodów. Pośpiech, poranna gazeta wciśnięta pod pachę, otępiałe spojrzenie bezdomnego. Mijają kolejne godziny. Wypełnione ciszą i hałasem, tysiącem słów, potrzebnych bardziej lub mniej. Na skrzyżowaniu ulic dziewczyna, ukradkiem wycierająca łzę. Jakaś staruszka kupuje chleb, za pieniądze wyliczone co do grosza. Bezpańskie psy podlewają kolejne drzewka i miejskie trawniki.

Miasto ożyło. W kościołach poranne modły. Kilka osób płonie duchowo, ogień trawi ich wnętrzności. Przyszli do Pana. Rzucają w Jego ramiona swoje córki, synów, wnuki. Młody chłopak opiera się o drewnianą konstrukcję konfesjonału. Przy ołtarzu kapłan. W dłoniach trzyma „ciszę wszechświata”. Białą, chlebową ciszę. W powietrzu ruch, jak na ulicy. Setki anielskich skrzydeł, trzepoczących na niebiańskim wietrze, adorujących Króla Wieków, Nieśmiertelnego. Patrzą się z nutą zazdrości, na wybuchowe mieszanki ciała i duszy, wtulone w zimne ławki... Za chwilę wielu z nich przyjmie Ciało Chrystusa…

Miasto wchodzi w decydującą fazę. Na najwyższych obrotach pracują układy nerwowe, pokarmowe i wszystkie inne. Słychać codzienność, parszywą do bólu, utkaną z nici wzajemnych relacji. Plują na siebie, śmieją się, płaczą. Słuchają kolejnej reprymendy szefa, płaczą po cichu w toalecie. Kupują wieńce na kolejny pogrzeb, kroją brzuchy w szpitalach, giną w wypadkach. Całują się namiętnie w parkach, wychodzą z psem na spacer, kupują nowy samochód. Kradną, sprzedają świeże ryby, zamawiają kolejną czarną, z ciepłą szarlotką. Zdradzają żony, porzucają dzieci, odbierają nagrody, cieszą się z awansu. Umierają w samotności, zaręczają się, plotkują w biurach i kawiarenkach, wymiotują do sedesów. Wiszą na telefonach, szaleją na klawiaturze komputerów, rozkładają towar, sprzedają bilety do muzeów. Wyzywają się, komplementują, wieszają się na gałęziach, powracają po udanej operacji ze szpitala…

Wierzą… W horoskopy, w ślepy los, w potęgę rozumu, w dzieła przypadków… Wierzą w Boga, czytają Biblię, Torę, Koran. Przyjmują Komunię Świętą, szeptają słowa Koranu , śpiewają Kadisz… Wysadzają się w powietrze, gorszą maluczkich, szukają winowajców…

Oddychają, biegną, kupują, szukają, ranią się, płaczą, cieszą, modlą się, zdradzają, toną w szczęściu, dziękują, proszą, żebrają, ofiarują, poświęcają się…

A Jezus?... Leży plackiem w Ogrójcu, poci się krwią, płacze… Widzi ich i prosi Ojca… Przecież za nich wszystkich będzie umierał na krzyżu. Za nich wszystkich będzie zdradzony, pojmany, opluty, wysiekany biczami, posiniaczony… Za nich wszystkich…

Będzie walczył o każdego z nich. Będzie wisiał na gwoździach, by dać im prawdziwą wolność. Będzie zraniony włócznią, by mieli siłę zło dobrem zwyciężać. Będzie krzyczał w samotności, by potrafili się kochać, być blisko siebie… Będzie zamykał oczy, umierając, by oni mogli codziennie otwierać swoje oczy i żyć pełną piersią. Nie zapominając o świecie duchowym, który w nich jest, o Niebie na wyciągnięcie ręki…

Jeszcze jeden dzień… Jeszcze jedna szansa… Jeszcze jedna droga, którą warto pokonać… Droga w głąb, droga wdzierająca się w duchowy świat, droga, o której nie możesz zapomnieć, nawet na chwilę… I ten głos, który nie przestaje powtarzać: „Oto czynię wszystko nowe”…

11 września 2010

Ojciec miłosierny jest w tobie...


Opowieść o dwóch braciach i miłosiernym Ojcu, to opowieść o naszym życiu. Jezus w tej opowieści zawarł wszystko, co nasze, całą prawdę o nas i o Najwyższym. Szokującą i powalającą z nóg prawdę, noszącą podwójne imię: „Sprawiedliwość – Miłosierdzie”. Zdarza się, że te dwie rzeczywistości, płonące w Bogu, przeciwstawiamy sobie nawzajem. A przecież jedno bez drugiego nie istnieje…

Wsłuchajmy się w słowa Chrystusa:

„Wybrał się więc i poszedł do swojego ojca. A gdy był jeszcze daleko, ujrzał go jego ojciec i wzruszył się głęboko; wybiegł naprzeciw niego, rzucił mu się na szyję i ucałował go. A syn rzekł do niego: «Ojcze, zgrzeszyłem przeciw Bogu i względem ciebie, już nie jestem godzien nazywać się twoim synem». Lecz ojciec rzekł do swoich sług: «Przynieście szybko najlepszą suknię i ubierzcie go; dajcie mu też pierścień na rękę i sandały na nogi. Przyprowadźcie utuczone cielę i zabijcie: będziemy ucztować i bawić się; ponieważ ten mój syn był umarły, a znów ożył; zaginął, a odnalazł się».
(Łk 15, 20-24)


Do kogo ci bliżej?... Do syna, który pachnie świńskimi odchodami i zbrukaną wolnością, czy do Ojca, zranionego odejściem i zdradą kogoś, kogo nad życie miłował?...

To prawda. Mamy w sobie młodszego i starszego brata. Siedzi w nas (przepraszam za wyrażenie) „gówniarskie” marzenie o „wolności”, która uwolni nas z wszelkich ograniczeń: społecznych, kulturowych, religijnych. Pamiętam to porywające pragnienie z lat szkoły średniej: wsiąść w pociąg i pojechać gdzieś daleko, rzucić to wszystko, przeżyć przygodę, zapomnieć o szarzyźnie dnia, wypełnionego rodzinnym domem, marudzeniem rodziców, głupią szkołą… Zasmakować dalekich krajów, nowych przyjaźni, szaleństwa niczym niezmąconego. Mieć głęboko gdzieś wszystko i wszystkich… Czyli raz na zawsze wypiąć się na „miłosierdzie”, na miłość tych, którzy żyją obok nas.

Albo uczucie zawodu. Że kogoś bardziej docenili, choć ja się dwoiłem i troiłem, starałem, pracowałem ciężko. Przykładny synek, kochana córeczka. Dobry, solidny pracownik, pomijany przez szefów w pochwałach i awansach. Oddana żona, której poświęcenie dla domu i rodziny wydaje się być totalnie zignorowane przez męża i dzieciarnię… Gdzie tu sprawiedliwość?...

A Ojciec miłosierny?... Przecież On też jest głęboko w nas… Choć tak trudno czasami dobierać słowa, poskładać myśli, zrobić coś dobrego, w rytmie ojcowskiej i miłosiernej muzyki, grającej cicho w naszym sumieniu, zagłuszonym hukiem cywilizacyjnego bełkotu, dobiegającego zewsząd i na różne sposoby…

Stać nas przecież na to, co zrobił Ojciec… Najpierw zmiażdżył źle pojętą sprawiedliwość, z którą powrócił do Niego zawstydzony syn. W podartych i cuchnących łachmanach ukryła się bowiem „sprawiedliwość” fałszywa, równie podarta i cuchnąca, co marnotrawne łachmany. Syn myślał, że jako niewolnik odrobi straty, zadośćuczyni Ojcu. A ten mówi: „Nie synku, nie tędy droga”… Ojciec głęboko współczuje synowi. „Nie możesz być moje dziecko niewolnikiem, boś moim synem umiłowanym”…

Wsłuchuje się w to, co dzieje się w jego dziecku. Wie, że sprawiedliwość to nie chłodny rozrachunek, zestawienie w tabeli i wyliczenie salda. Pokazuje zatem swojemu synowi, że jedyne, co może w tych łachmanach zrobić, to przyjść. Powrócić, zalać się łzami. Czas mija, tego, co się wydarzyło, nie da się cofnąć. „Teraz, synu mój ukochany, wyzwalam cię z twojego egocentryzmu, z negatywnego odczuwania samego siebie… I proszę cię, uwierz, że możesz jeszcze raz spróbować, oto czynię wszystko nowe”…

Ojciec pokazuje synowi i pozwala mu doświadczyć prawdziwej sprawiedliwości, a ta jest miłością, która rozumie. Boża sprawiedliwość jest miłością, która rozumie. Pan sądzi bowiem w miłości i z miłości… Dla syna marnotrawnego rozpocznie się czas prawdziwej pokuty. Będzie nią nowa, codzienna rzeczywistość, próba normalnego życia, ze świadomością jak wiele się roztrwoniło i jak bardzo zraniło Tego, który pokochał i kochać nie przestaje… Czyż patrząc się na swojego ojca, nie będzie w nim odżywało wspomnienie, tamtego dnia, owego powrotu, ze śladami klęski na poranionych stopach i uczuciem wstydu, porażki, moralnej zadyszki, utrudniającej spokojne oddychanie…

Każdy z nas ma w sobie młodszego i starszego brata, jakże jednak rzadko mamy w sobie sprawiedliwego i miłosiernego ojca. Wybieramy niekiedy drogę na skróty. A potem „trach” i lot w ciemną przepaść. Ciemną od pretensji, od żalu, od bolesnych wspomnień…

Jakże wiele wokół nas marnotrawnych synów, którym nie potrafimy rzucić się na szyję i dać drugiej szansy… „Wychłostać” sprawiedliwością, czyli miłością, która rozumie… Objąć miłosierdziem, to znaczy cierpliwą dydaktyką drugiej szansy, która potrafi wstrząsnąć człowiekiem, otworzyć go na łaskę podjęcia nowego życia, duchowej przemiany…

Oto najtrudniejsza sztuka chrześcijańskiej rewolucji. Rzucić się na szyję tym wszystkim, którzy zmarnowali naszą miłość, przyjaźń, nasze więzi przeróżne… I pozwolić Stwórcy ożywić tych, którzy duchowo umarli…

Boża sprawiedliwość i Boże miłosierdzie żyją głęboko w nas. I od czasów Paschy bliżej nam do ojcowskiego szaleństwa miłości, niż do marnotrawnego syna, czy zazdrosnego, starszego brata. Czy my, jeszcze o tym pamiętamy i w to wierzymy?...

10 września 2010

Zanim poprosisz, zamilcz...


Przywykliśmy Boga prosić o wiele. Dla siebie, dla innych, prosić ze łzami w oczach i bez łez, żarliwie, często z determinacją rozkuwającą skały. Proszą schorowani o zdrowie lub przynajmniej siły do przetrwania bólu. Prosi chłopak, którego porzuciła dziewczyna, o jej powrót. Prosi matka, która czuje bezradność, widząc syna codziennie powracającego do domu, w stanie nietrzeźwym. Prosi młody licealista czy student o znak, czując powołanie do życia kapłańskiego. Prosimy namiętnie, żarliwie i tak intensywnie (rozpaleni emocjami), że często nie zauważamy odpowiedzi Pana Boga oraz konkretnych znaków, które nam daje…

Zanim nauczyłem się ufać Jezusowi (choć wciąż nie jest to momentami łatwe) stoczyłem wiele duchowych potyczek z samym sobą, które kończyły się najczęściej dziesiątkami frustracji. Bo sobie coś zaplanowałem, ubzdurałem, posypując to wszystko delikatna warstwą „wiary w to, że inaczej być nie może”. Później się okazywało, że jednak „inaczej” jest możliwe. A czas (tzn. ukryty głęboko we mnie Stwórca) leczył schorowane pretensje, narzekania, psychiczne zastygnięcia, które paraliżowały nie pozwalały iść dalej, prosto, nawet po mocno zakręconych drogach.

A teraz z życia wzięte… Cofnijmy się dziesięć lat wstecz. Przed drzwiami gabinetu Dziekana Wydziału Humanistycznego stoi student polonistyki, który zawalił kilka ćwiczeń i zaliczenie z poetyki. Stara się o przedłużenie sesji poprawkowej. Obok niego kumple, w dobrych humorach, z lewymi zaświadczeniami lekarskimi, które są ich przepustkami do dalszych lat nauki.

Pamiętam to, jak dziś. Ten jedyny w swoim rodzaju pokój serca, o słodkim zapachu, lekki i kojący. A do tego jedno, mocne postanowienie: powiem PRAWDĘ. Jak było i dlaczego zawaliłem tę nieszczęsną Poetykę. A zawaliłem ją przez swoje lenistwo, głupotę, swawolę, rozwiązły styl życia. Pomyślałem, że jeśli prawda ma wyzwalać, to niech wyzwoli i niech stanie się to, co ma się stać. Nie prosiłem już Pana o nic. Zaufałem… Wszystko przyjmę…

Rozmowa była krótka. Dziekan skreślił mnie z list studentów. Towarzystwo humanistów biadoliło, kumple pukali się w łeb: „coś ty zrobił” powtarzali. A ja byłem szczęśliwy. Bo stawiając na prawdę, dostrzegłem nagle kolejny znak, jasny i klarowny. Byłem świeżo po nawróceniu. Po druzgocącym duchowym wstrząsie. A znak, który otrzymałem był nader jasny: twoje miejsce jest gdzie indziej…

Nie proś nigdy o rzeczy, o wydarzenia, o rozwiązania spraw, w których nie ma miejsca na chwałę Boga. Nigdy nie mamy pewności, że to, o co prosimy, jest właściwe i przyniesie nam szczęście. Nie proś bez wiary. A wiara to nic innego jak: „niech mi się stanie według słowa Twego”… Proszenie bez wiary jest nonsensem, głupotą, podcinaniem gałęzi, na której się siedzi… Otrzymasz to, co masz otrzymać. Nawet jeśli z początku będzie bolało, rozrywało twoją duszę na strzępy. Przetrzymaj to. Zaciśnij zęby i próbuj to przetrzymać. Kiedy prosisz Boga, unikaj zbędnych słów. Zamilcz. W ciszy łatwiej jest rozeznać konkretne znaki. Słowa zastąp łzami, jękiem zmęczenia, symfonią lęku, niepokoju, przerażenia…

Wiem, to nie jest łatwe. Pamiętaj jednak, że na modlitwie gadatliwi są tylko poganie. A ty zostałeś wybrany, napełniony Duchem Świętym, poszedłeś za Chrystusem, wypłynąłeś na głębię…

Jeśli to co czujemy jest prawdziwe, bezinteresowne, na chwałę Boga, odarte z hałaśliwych emocji, naznaczone wiarą, Pan nas wysłucha. Otrzymamy wiele, choć czasami nie to, czego się spodziewamy. Pan potrafi zaskoczyć. Wyrwać nas z obłędu egocentrycznych marzeń, pragnień nierozsądnych, propozycji na życie, wyprodukowanych w fabryce szatańskich iluzji a kupionych przez nas tanio i bezrefleksyjnie…

Pan da ci znak… Zaufaj… I zajmij się tym, co do ciebie należy. Odczyta znaki Pańskie ten, który jest wierny w drobnych sprawach…

A kiedy Pan przyciśnie cię do ściany, pamiętaj: słodkie jest nasze jarzmo i brzemię lekkie. Tylko na krzyżu śmierć może być pokonana, iluzje przegonione… Wyczujesz wtedy, gdzieś głęboko w sobie, dziwną ciszę, pełną duchowego pokoju, zwiastującą, że niebo i ziemia są gotowe, na pierwsze dźwięki zmartwychwstania… A ty razem z nimi…

9 września 2010

Kocham piękne kobiety...


Kobieta jest piękna. Ruda, blondynka, brunetka, nie ważne. Wysoka, niska, gruba, szczupła, piękna jest i koniec. Czasami jest piękna „inaczej”. Piękna z dłońmi zanurzonymi w kuchennym zlewie, piękna w parku, wtulona w cień szumiącego drzewa, piękna w biegu, na dworcu kolejowym, piękna oblana potem, na sali porodowej, piękna w objęciach ukochanego, piękna za kratami klauzury, cała zatopiona w brązie habitu, piękna z włosami pokrytymi siwizną pędzącego czasu…

Piękno kobiety to ślad Nieskończonego. Piękno kobiety inspiruje, fascynuje, pogłębia świadomość ducha. Piękno zewnętrzne i wewnętrzne, piękno ciała, duszy, piękno charakteru, piękno istnienia. Jestem księdzem i zakonnikiem. To prawda. Ale jestem też mężczyzną. Po trzydziestce. Odkrywałem piękno kobiety najpierw w rodzinnym domu. Piękno matki i sióstr. Dojrzewałem i dorastałem w domu naznaczonym obecnością trzech wspaniałych kobiet. Z pięknem kobiety stykałem się wszędzie. Na podwórku, w szkole, w kościele. Dzisiaj uświadomiłem sobie, jak wiele pięknych kobiet, ciałem i duchem, postawił Najwyższy na mojej drodze. Kobiet samotnych, zamężnych, konsekrowanych… I ta jedna, jedyna, Niepokalana, która towarzyszy mi od zawsze…

Zanim Najwyższy doprowadził mnie do furty klasztornej, jak każdy zdrowy facet, miałem swoje marzenia. Prosiłem Go o wspaniałą kobietę. Delikatną, subtelną, wierzącą, z którą mógłbym na przykład w niedzielę pójść za rękę do kościoła. Marzyłem o dzieciach. Najlepiej chłopak i dziewczynka. Kordian i Laura. Stało się inaczej. Najwyższy cisnął jak mógł, a może cisnąc porządnie i bez skrupułów. Zabawa w Jonasza zakończyła się szybko, przestałem uciekać. Marzenia o kobiecie osłabły, zmieniły kurs, przybrały inną jakość. Inna droga, inne spojrzenie, inny rytm kroków, inne doznania. Pozostał zachwyt nad geniuszem kobiety, szacunek do jej godności, wdzięczność za kobiecą obecność, siłę, subtelność i odwagę.

(Tak na marginesie: Kobiet w Kościele jest dużo. Wygryzły mężczyzn i czasami ma się rzeczywiście wrażenie, że „Kościół jest kobietą”. Nie tylko w sensie teologicznym (Jezus Oblubieniec – Kościół Oblubienica) ale także w egzystencjalnym, co widać gołym okiem, na niedzielnej Eucharystii. Dobrze, że są. Choć między ławkami wypełnionymi pięknem kobiety ulatuje wciąż niespokojne pytanie; „a gdzie są mężczyźni”?... Wasi mężowie, synowie, przyjaciele… Gdzie oni są?... Dlaczego jest ich wciąż tak mało?...)

Piękno kobiety ma swoją wewnętrzną dynamikę i siłę. Niestety potrafi być zdradliwe. Córka Herodiady wytańczyła śmierć św. Jana Chrzciciela… W Herodzie, podnieconym widokiem tańczącej dziewczyny, obudził się „zwierz”. Ten naturalny, męski „zwierz”, który nieujarzmiony i niewytresowany budzi się często u wielu mężczyzn. Także tych obleczonych w sutanny i habity.

Piękno kobiet przyciąga, pociąga, czasami ogłupia. Wielu z nas, którzyśmy wybrali kapłaństwo, dało się wciągnąć w urzekający „taniec” kobiety. Brak wiary i więzi z Chrystusem budzi najbardziej niedojrzałe i dzikie instynkty „zwierza” ukrytego w męskich wnętrznościach. Zdrada powołania (nazywajmy rzeczy po imieniu) staje się bolesna dla wielu. Modlę się codziennie za moich współbraci, którzy porzucili kapłaństwo. Z różnych przyczyn. Wśród nich najwięcej jest tych, którzy odeszli z obranej kiedyś drogi, z kobietą. Wina leży po obydwu stronach. Ale sądy pozostawmy Bogu. Modlitwą zaś i pokutą obejmujmy szczególnie tych, co zgorszyli i zgorszonych…

Lata mijają, a ja , mężczyzna, kapłan, zakonnik szukam wciąż siły do wierności… Szukam jej w Pięknie Najwyższym. Umierającym powoli na drzewie krzyża. Jest ze mną i przymnie „cała Piękna”, która w mistrzowski sposób potrafi zmiażdżyć stopą węża. Ten nasz męski „zwierz” także drży przed Jej stopą i pięknem niepokalanym…

Kobieta jest piękna… To prawda… Ale czymże jest jej piękno wobec Piękna Najwyższego?... Nie śmiem porównywać. Za piękno "wyższe" wszystkich kobiet z serca dziś Panu dziękuję… Prosząc pokornie o łaskę „mądrości” w adorowaniu piękna stworzonego i Piękna Najwyższego. Na chwałę Pana. We właściwej mierze. W duchu wierności powołaniu…

6 września 2010

Dziękuję Ci Panie...


Nad Stargardem piękne, błękitne niebo. I dużo słońca. Aż chce się żyć. A ja?... Trwam w dziękczynieniu. Za trzydzieści dwa lata zwariowanego życia. Chce mi się tańczyć, śpiewać, skakać. Tak wiele mi Pan dał, przez te wszystkie lata. Tak wiele mi zabrał, bym zasmakował prawdziwej wolności. I ci wszyscy ludzie. Kochani, wierni, pobożni, szukający szczerze szczęścia, Chrystusa... Moi bliscy, kochana mama, tatuś wspierający z Nieba, siostry moje cudowne, siostrzenica Julka, szwagier Maciek, babcia, oj można by było wyliczać w nieskończoność… Bliscy i oddaleni… Przyjaciele…

Czasami zamieram w bezruchu. Bóg „pieści” mnie niesamowicie. Ma przecież dostęp do mojego serca, myśli przeróżnych, marzeń. Czasami aż się boję, bo tyle łask, tyle błogosławieństwa. Może mnie do czegoś przygotowuje… do próby „ponad siły”, do doświadczenia duchowego, które zwali mnie z nóg, pogrąży w słodkich ciemnościach. Ale ten strach to „pikuś” w porównaniu z „pokojem”, którym Pan zalał moje wnętrzności…

Mój Boże… Tak wiele chciałbym Ci powiedzieć, ale po co?... Znasz swojego grzesznika aż nazbyt dobrze. Przenikasz mnie światłem, prowadzisz ścieżkami prostymi, czynisz świadkiem rzeczy wielkich… Za dar życia, za łaskę wiary, za Kościół mój, zrodzony na drzewie krzyża, za kapłaństwo zakonne, za moje zgromadzenie braci i kapłanów chrystusowców, za wszystkich ludzi, których stawiasz na mojej szalonej drodze, za „wszystko” i za „nic” bądź uwielbiony, Panie…

Za wszystko, co mi zabrałeś, za grzechy mojej młodości i mojego „dzisiaj”, z których uwalniasz, za śmierć taty, za chorobę mamy, za wszystkie upokorzenia, chwile słabości, za Hiobowe próby, za lęk Eliasza, za gówniarskie ucieczki z pola duchowej walki, za potrójne zaparcia się i gorzki smak tysięcy klęsk, bądź uwielbiony mój Panie…

Za brak wiary, w chwilach mroku, za lenistwo, opieszałość, bezczelny egoizm, za grzechy wszystkie, te małe i duże… Przepraszam…

Chłostaj mnie dalej swoją miłością. Prowadź przez światło i ciemności. Obdarzaj i zabieraj. Kładę dzisiaj przed Tobą moją wiarę, moją nadzieję, moja miłość… Wierność Kościołowi Świętemu, radość Pięćdziesiątnicy, dramat krzyża, błogosławioną samotność…
I jak przed laty, tak i dzisiaj, z lękiem, ale i nadzieją, wypowiadam słowa, które mnie przerażają, ale które żyją swoim życiem, głęboko we mnie… „Oto ja, poślij mnie”…
W ręce Twoje powierzam ducha mojego…

Nie za to co mi dałeś, ale za to wszystko, co mi zabrałeś, dzisiaj, dziękuję Ci Panie…

+Amen…

4 września 2010

"Syndrom"



Najnowszy raport ,,Aborcja w Europie i Hiszpanii", przedstawiony w Brukseli przez Hiszpański Instytut Polityki Rodzinnej mówi, że aborcja jest główną przyczyną śmierci w Europie. Stanowi ona pierwszą przyczynę śmierci, wyprzedzając zgony z powodu nowotworów, zawałów serca i wypadków drogowych. Tylko w Irlandii i na Malcie aborcja jest zakazana. W 14 krajach Unii Europejskiej jest dopuszczalna w określonych okolicznościach, a w 11 dokonuje się jej na życzenie. W 2008 r. w krajach Starego Kontynentu zabito w ten sposób 2 863 649 nienarodzonych dzieci (co piąte poczęte dziecko umiera w wyniku przerwania ciąży a jedna na siedem aborcji dotyczy dziewcząt poniżej 20. roku życia). Gdyby te dzieci mogły się narodzić, kraje europejskie rozwiązałyby problem niżu demograficznego.

Niestety przy legalizacji aborcji i podejmowaniu decyzji o jej dokonaniu zapomina się o skutkach. Musimy pamiętać, że aborcja nigdy nie jest aktem obojętnym moralnie i jest przeżyciem traumatycznym dla ludzkiej psychiki. Niszczy tych, którzy ją dokonali – zarówno kobietę jak i mężczyznę, a jej skutki ciągną się przez pokolenia... Pokazuje to film "SYNDROM" Macieja Bodasińskiego i Leszka Dokowicza (autorów takich filmów jak m.in. "Film o Basi", "Egzorcyzmy Anneliese Michael", "Boskie Oblicze; "Cywilizacja śmierci"; "Postęp po szwedzku"). Najnowszy film jest dokumentem o syndromie postaborcyjnym…

___________________________________________

Niestety, w naszych czasach pokojowego rozwoju Polski i Europy toczy się walka o śmierć i życie. Chodzi o śmierć i życie osób, które nie mogą same zabrać głosu, które są najbardziej bezbronne i od których zależy przyszłość naszego kraju, naszego narodu oraz naszej pozycji w świecie. Reżim stalinowski narzucił nam ustawę proaborcyjną, która spowodowała wymordowanie większej liczby Polaków, niż zginęło nas w czasie II wojny światowej. Obecnie szykuje się ponowna zagłada najmłodszej grupy w naszym społeczeństwie – nienarodzonych Polaków.

Jednym z najlepszych specjalistów od promowania ustaw proaborcyjnych był doktor medycyny Bernard Nathanson. W roku 1968 człowiek ten założył stowarzyszenie NARAL (National Association for Repeal of Abortion Law – Narodowy Związek na rzecz Zniesienia Ustawy o Aborcji). Ta organizacja liczyła zaledwie kilka osób, ale w ciągu pięciu lat przewróciła Amerykę z nóg na głowę, wprowadzając prawo pozwalające mordować każde dziecko od chwili jego poczęcia aż do momentu narodzenia – czyli przez całe 9 miesięcy trwania ciąży.

Na szczęście dr Nathanson przeżył nawrócenie i w 1982 r. w Irlandii wygłosił słynne przemówienie "Śmiertelne oszustwo, zaplanowana zagłada", w którym zdemaskował generalną strategię grup proaborcyjnych. Mając na uwadze jego doświadczenie i odniesiony przezeń „sukces” w promowaniu proaborcyjnych ustaw, warto posłuchać, co ten człowiek ma do powiedzenia: „W 1968 roku wiedzieliśmy, że uczciwe przeprowadzenie wśród Amerykanów ankiety na temat przerywania ciąży oznaczałoby dla nas druzgocącą klęskę. Zdecydowaliśmy się więc działać inaczej: posługując się środkami masowego przekazu, rozpowszechnialiśmy wyniki przeprowadzonych przez nas rzekomo ankiet, twierdząc, że 50 lub 60 proc. Amerykanów chce legalizacji przerywania ciąży. Była to niezwykle skuteczna »taktyka samospełniających się proroctw«: gdyby dostatecznie długo wmawiać amerykańskiej opinii publicznej, że wszyscy są za legalizacją aborcji, większość nabrałaby przekonania o słuszności takiego poglądu. Niewielu ludzi bowiem lubi należeć do mniejszości. Jedną z naszych praktyk było także stosowanie odpowiednio sporządzonych, dwuznacznych ankiet. Dlatego chciałbym poradzić wszystkim, by byli bardzo nieufni, słysząc lub czytając wyniki ankiet”.

Chyba warto się zastanowić, dlaczego w naszym kraju przed kolejnymi debatami na temat aborcji zaczynają się pojawiać w gazetach wyniki sondaży ukazujące, że większość Polaków pragnie jej legalizacji... Jednak jeszcze ciekawsze jest to, co dr Nathanson powiedział o statystykach nielegalnych aborcji: „Wiedzieliśmy również, że jeśli dostatecznie udramatyzujemy sytuację, wzbudzimy dość sympatii, aby »sprzedać« nasz program legalizacji sztucznych poronień. Dlatego sfałszowaliśmy dane na temat nielegalnych zabiegów przerywania ciąży wykonywanych każdego roku w USA. Mass mediom i opinii publicznej przekazywaliśmy informację, że rocznie przeprowadza się w Stanach około miliona aborcji, chociaż wiedzieliśmy, że naprawdę jest ich około 100 tysięcy. Podczas nielegalnych zabiegów umierało rocznie 200-250 kobiet, ale stale powtarzaliśmy, że śmiertelność jest znacznie wyższa i wynosi 10 tysięcy rocznie. Liczby te zaczęły kształtować świadomość społeczną w USA i były najlepszym środkiem do tego, aby przekonać społeczeństwo, że trzeba zmienić prawo antyaborcyjne”…

(dr inż. Antoni Zięba, prezes Polskiego Stowarzyszenia Obrońców Życia Człowieka)

Więcej na stronie:
http://www.milujciesie.org.pl/nr/rodzina/cywilizacja_zycia_kontra_cywilizacja.html

Chrystusowcy....

Zasadniczym celem Towarzystwa Chrystusowego dla Polonii Zagranicznej jest uwielbienie Boga i uświęcenie się poprzez naśladowanie Jezusa Chrystusa. W sposób szczególny członkowie Towarzystwa włączają się w apostolstwo na rzecz rodaków przebywających poza granicami państwa polskiego.

Duchowość Towarzystwa Chrystusowego,
wypływająca z życia zakonnego i kapłańskiego jego członków, oparta jest na charyzmacie Założyciela kard. Augusta Hlonda i posłannictwie zgromadzenia. Wypływa także z późniejszych tradycji wypracowanych przez wspólnotę, kierowanej zwłaszcza przez pierwszego przełożonego generalnego, współzałożyciela ks. Ignacego Posadzego.

Działalność Towarzystwa Chrystusowego zdeterminowana jest misją apostolską zleconą przez Kościół. Wypełniana jest poprzez gorliwe życie radami ewangelicznymi, modlitwą i pokutą oraz wszelkiego rodzaju pracami duszpasterskimi podejmowanymi dla dobra Polaków żyjącymi poza granicami kraju.

Kapłani Towarzystwa, jako słudzy Chrystusa niosą dobrą nowinę o zbawieniu wszystkim rodakom. Służą im nie tylko opieką duszpasterską, ale również kulturową i społeczną. Bracia zakonni uczestniczą w posłannictwie Towarzystwa poprzez gorliwe życie zakonne i podejmowane różnorakie prace dla wypełniania misji zgromadzenia.


Świadectwo....

...Z wiarą w Boga jest jak z lataniem. Może i nie jesteśmy ptakami, na rękach w powietrze się nie wzniesiemy, ale sny Dedala i Ikara o tańcu w chmurach drzemią w każdym z nas. Ktoś musiał zatem wymyśleć samoloty, balony, spadochrony. By poczuć trochę wolności i oderwać się od ziemi, wypowiadając wojnę poczciwemu prawu grawitacji.

Wierzyć, znaczy wzbić się - ze swoim niespokojnym sercem - w przestworza nieznane, bez skrzydeł. Myślę o tym, bo wciąż jestem świadkiem rzeczy i wydarzeń, o których jeszcze kiedyś mógłbym pomyśleć: zwykły przypadek, zbieg okoliczności, sztuczka nad sztuczkami. Kto raz spotkał na swojej drodze Boga, żywego i realnego, wszedłszy w zawiłość doświadczenia Jego obecności, ten już nigdy nie pomyśli, nawet na moment, że bez skrzydeł nie da się ulecieć w głąb tajemnicy. Niespokojne serce musi ostatecznie spocząć w Bogu...

To było 10 lat temu. Studiowałem wtedy filologię polską na Uniwersytecie Szczecińskim. Młody chłopak, z małej warmińskiej wioski, z legitymacją studencką w ręku, wylądował w dużym mieście. Zamieszkałem w akademiku. Nowe znajomości, kumple, wykłady, imprezy - życie studenckie. Wtedy w akademikach nie było internetu czy telewizji. Było za to życie towarzyskie, wysiadywanie do późnych godzin nocnych na korytarzach i w klubach studenckich. Mijały tygodnie. Wódka lała się litrami, dym palonej trawki - szwendał się bezwiednie korytarzami studenckiego organizmu. Przyszedł moment, że sięgnąłem przysłowiowego dna. Zawalone wykłady, moralność poniżej zera, pustka wewnętrzna coraz dotkliwiej dawała znać o sobie. Skreślono mnie w końcu z listy studentów. Wrak człowieka, z parszywą wewnętrzną samotnością, zawył któregoś wieczoru głęboko we mnie, ogłaszając całemu wszechświatu, że jestem prawdziwym zerem. Pamiętam ten wieczór. Leżałem w ciemnym pokoju, za oknami padał dołujący mnie jeszcze bardziej deszcz. Zacząłem płakać. Jak małe dziecko. Zerwałem się z łóżka, chwyciłem kurtkę i wybiegłem na zewnątrz. Myślałem - koniec. Jestem skończony. Co powiem moim rodzicom? Gdzieś, pięćset kilometrów stąd, harowali ciężko, by ich ukochany synek wyszedł na ludzi, ukończył studia i był szczęśliwy. Wierzyli we mnie. Dali mi wszystko, co mogli dać, odbierając sobie bardzo wiele. Szedłem tak długo, z tymi myślami. Deszcz mieszał się z moimi łzami. Pamiętam jak wtedy kląłem , przeklinałem, chciało mi się wrzeszczeć, wyć, krzyczeć, uciec gdzieś - ale dokąd? Aż w końcu stanąłem przed kościołem. Był późny wieczór. Kościół zamknięty. Uklęknąłem przed drzwiami, oparłem o nie swoje czoło i zacząłem wrzeszczeć do Boga. Potrzebowałem Go. Kiedyś słyszałem, jak w kościele mówili, że On przyszedł do chorych a nie do tych, co się dobrze mają. Cisza... Tylko deszcz i szum wiatru. Ale w tej ciszy było coś, co mnie uspokoiło. Zerwałem się z miejsca i pobiegłem do pobliskiej plebanii. Zacząłem na oślep dzwonić do wszystkich księży, tam mieszkających. Musiałem się wyspowiadać. Tak, byłem tego pewny, musiałem się wyspowiadać!!! Potrzebowałem oczyszczenia... Potrzebowałem uzdrowienia... Potrzebowałem Boga, który nie mógł mnie odrzucić. Teraz, albo nigdy! Jeśli istniejesz - wyciągnij mnie z bagna i tego piekła, które rozpętałem na własne życzenie. W domofonie usłyszałem nagle spokojny głos jakiegoś księdza. Wybuchłem płaczem...

Ten wieczór zdawał się nie mieć końca... W spowiedzi wyrzuciłem z siebie wszystko. Nie pamiętam ile trwała. Mówiłem dużo, przez łzy, ksiądz nie przerywał, tylko słuchał. Opowiedziałem historię mojego życia, wszystko, co podpowiadało mi moje niespokojne serce. Mówiłem o tym wszystkim nie księdzu, ale Bogu. Czułem, że mnie słyszy. Pomyślałem: przecież on to wszystko wie... On tak, ale i do mnie musiało to wszystko dotrzeć. Potężna fala wyzwalającej prawdy uniosła mnie i moją rozpacz, poddałem się sile żywiołu, wiedziałem, że nic mi się nie stanie. On był zbyt blisko...

Wracałem do akademika mocno wyczerpany. Wszystko mnie bolało: kości, mięśnie, głowa... Rzuciłem się na łóżko i zasnąłem. Po raz pierwszy, od długiego czasu, zasnąłem. Nie mogło być inaczej. Łaska przebaczenia uspokoiła wezbrane wody. Spałem wtulony w mojego Boga... Który mnie ocalił...

W kilka dni póżniej spakowałem się, by powrócić w moje rodzinne strony. Siedziałem w pociągu, skulony jak przerażone pisklę. Teraz czekało mnie coś najtrudniejszego. Spotkanie z rodzicami. Pociąg sunął się mozolnie, po mocno żelaznych szynach, wioząc zalęknionego syna, który zawiódł swoją matkę i ojca. Cały czas się modliłem. Od czasu do czasu w myślach pojawiała się twarz płaczącej mamy i twarz taty, z jego surowym spojrzeniem i krzykiem w tle. Był porywczym i nerwowym człowiekiem.

Gdy pociąg wjeżdżał na stację Braniewo, czekałem na najgorsze. Wyszedłem z pociągu. W oddali ujrzałem sylwetkę ojca. Zbliżałem się do niego powoli, niepewnie. Gotowy na wszystko. Na pierwsze docinki, marudzenie, może krzyk... Na pierwsze przekleństwa...

Ojciec nagle ruszył w moją stronę. Czułem w powietrzu jego siłę i moc. Spuściłem wzrok, czułem, że pod powiekami za chwilę pojawią się pierwsze łzy. Nie krzyczał... Nic nie powiedział, tylko rzucił się na mnie, oplatając mnie swymi ramionami. Ten uścisk wszedł w fazę nieskończoności. Uścisnął mnie mocno, jak gdyby nie chciał mnie już nigdy ze swoich ojcowskich ramion wypuścić. To nie był sen. To był mój ojciec, jakiego wcześniej nigdy nie znałem... Szeptał mi do ucha: synu, jak ty wyglądasz?... Znoszona kurtka, spodnie, stare buty. Cała kasa szła przecież na zabawę, alkohol, fajki, trawę... Płakałem. A on mnie ciągle ściskał. I wtedy poczułem coś, co mnie z jednej strony przeraziło a z drugiej zalało niedającym się opisać pokojem. Poczułem nie tylko ramiona mojego taty. To nie były tylko jego ramiona. W tym momencie, na peronie, obejmował mnie sam Bóg. Ojciec obejmował syna marnotrawnego... Bóg objął swoje zagubione dziecko. To doświadczenie było tak silne, tak stuprocentowe, że nawet teraz kiedy to piszę, przenika moje ciało dreszcz, zmieszany ze wzruszeniem. Tego dnia uzyskałem, jedyny z możliwych, dowód - na istnienie Boga. Dowód spłodzony w ramionach mojego biologicznego ojca...

I wtedy byłem już pewien swojej przyszłości. W objęciu Boga pojawiło się pragnienie, mocne i nie do zniszczenia. Pragnienie obejmowania ludzi zagubionych. Pragnienie szukania tych, którym brakuje sił do odnalezienia pokoju ducha. Pragnienie, by inni w moich ramionach, słowach, gestach mogli odkryć tajemnicę najpełniejszej i prawdziwej miłości, której na imię - Bóg... Jedna droga umożliwiła mi realizację tego silnego pragnienia. Wstąpiłem do zakonu. Zostałem księdzem i zakonnikiem. By Bóg mógł przeze mnie odnajdywać tych, którzy od Niego odeszli, w dalekie strony, pełne mroku i zwątpienia...

„Stworzyłeś mnie, Boże, dla siebie i niespokojne jest serce moje, dopóki nie spocznie w Tobie”. To słowa św. Augustyna. Moje ulubione, bo pełne tego, co dane mi było doświadczyć... Wiele jest historii niespokojnych serc. I wiele z tych historii rozgrywa się pośród nas, cichych i rzeczywistych do bólu... Bogu te wszystkie historie zawierzam, z nadzieją (może czasami aż nazbyt natrętną), że nie jedno serce (zagubione i niespokojne) otworzy się na łaskę wiary, by spocząć w ramionach ciepłych od prawdziwej miłości.

"Oto czynię wszystko nowe. (...) Stało się. Jam Alfa i Omega, Początek i koniec. Ja pragnącemu dam darmo pić ze źródła wody życia (...) I będę Bogiem dla niego, a on dla mnie będzie synem..."
(Ap 21, 5-7)