31 maja 2010
Kim jestem ?...
Własnego kapłaństwa się boję,
własnego kapłaństwa się lękam
i przed kapłaństwem w proch padam,
i przed kapłaństwem klękam
W lipcowy poranek mych święceń
dla innych szary zapewne -
jakaś moc przeogromna
z nagła poczęła się we mnie
Jadę z innymi tramwajem -
biegnę z innymi ulicą -
nadziwić się nie mogę
swej duszy tajemnicą
Ks. Jan Twardowski
28 maja 2010
Ludzie chcą księdza...

Jednym z naszych największych kapłańskich grzechów jest „brak czas”. I choć Pan Bóg daje nam 24 godziny, tyleż trwa przecież doba, wciąż z tym czasem mamy problemy, bo co tu dużo gadać, nie potrafimy go dobrze wykorzystać. A ludzie wciąż przychodzą do księdza, bo gdzie mają iść?... Święta Teresa Wielka powtarzała jak mantrę słowa: „Nie bój się zostawić swojego nabożeństwa dla siostry”, dla tego, który do ciebie przychodzi, również. I dodawała: „zostaw Boga dla Boga”…
Kiedy podnoszę rano swoje ciało, jednego jestem pewien, że spotkam dziś ukrzyżowanego Jezusa. Czy będzie to mój współbrat (a jest nas w Szczecinie dwunastu), czy ktoś inny, przyjdzie Ukrzyżowany i będzie to jeszcze jedna szansa „by On wzrastał a ja się umniejszał”.
Taki pan Andrzej. Bezdomny, który na naszej plebanii pojawia się czasami zupełnie nie w czas. A jednak przychodzi. Prosi najczęściej o kubek gorącej kawy, kromkę chleba. Czasami mam ochotę Andrzejka „przegonić”, przecież się śpieszę, muszę iść do konfesjonału, do szkoły. Ale też wiem, że ilekroć z Andrzejkiem pogadam, tę kawę mu zaparzę, dzień układa się zupełnie inaczej. I więcej miłości cierpliwej w kapłańskim sercu się pojawia…
Pokusa izolacji jest podłą pokusą. Opowiadał ostatnio pewien karmelita, że szczególnie w ich klasztorach pojawia się taka pokusa: „podnieśmy mur klasztorny o dwa metry i trwajmy na modlitwie”. Czyści jak anioły, podli jak diabły. Ograniczeni manią świętości, możemy zamknąć się na Ukrzyżowanego. Ograniczeni diabelskim „brakiem czasu”, potrafimy „czas błogosławiony” marnotrawić, jak nikt inny. Kiedyś w moim pokoju stał telewizor. Po kilku miesiącach musiałem go wyrzucić. Nie dało się z nim żyć. Byłem zbyt słaby. Jakiś fajny program, jakiś fajny film. Wciąż coś fajnego, a ludzie bez pasterza. No przecież trzeba się zrelaksować, odpocząć. Koszmar. Powiedział mi kiedyś jeden pobożny staruszek, że „najtrudniej jest dodzwonić się na parafię”. Zrobiło mi się głupio…
Ludzie chcą księdza, nie chcą programów duszpasterskich. Nasze kapłańskie problemy z czystością i celibatem są często spowodowane takim właśnie stylem życia. Miłość dojrzewa w ofierze. Ale jak ma dojrzewać, kiedy wchodzę w izolację, zamykam się w czterech ścianach, telewizja, Internet, sauna, basen. Jest wielką sztuką mieć czas na wszystko. Na modlitwę, pracę, odpoczynek. Choć najpełniej kapłańskie serce dojrzewa w relacji z innymi. Jest wiele momentów w życiu kapłańskim, które pozwalają księdzu spotkać Ukrzyżowanego. Sakramenty, Eucharystia szczególnie, ale nade wszystko: Sakrament pokuty i pojednania, katecheza, biuro parafialne. Wszędzie tam pojawia się żywy człowiek. Chce się wygadać, wypłakać. Jakże czułe musi być to nasze kapłańskie ucho. A czasami wystarczy tylko słuchać. Godzinę, dwie… Ten czas słuchania wypełnia się powoli Ukrzyżowanym, ziarno obumiera, pojawia się „prawdziwe życie” w człowieku i księdzu…
Św. Augustyn napisał w jednym ze swoich komentarzy do ewangelii Janowej: „Quid tam tuum quam tu, quid tam non tuum quam tu”… Co też znaczy: „Cóż jest tak bardzo twoje jak ty sam, cóż jest tak mało twoje jak ty sam”…
Ksiądz nie należy do siebie. Myślę, że kiedy ksiądz pojmie to do końca i przekuje na swoje (i nieswoje) dwadzieścia cztery godziny, darowane mu przez Pana, będzie dobrze. Orientacja na człowieka. To pierwsza orientacja, którą odziedziczyliśmy po Panu. Jeśli ksiądz ma orientację (miłowania) na Boga i człowieka, jest normalny. A jeśli normalny (po Bożemu) to i święty. Ludzie wyczują to szybko. Mój Boże, muszę nad tym popracować…
Kiedyś ktoś powiedział o siostrach zakonnych jednego z francuskich klasztorów: „Przychodzą nie kochając nikogo, odchodzą przez nikogo niekochane”. Brakowało im czasu. Ludzie przychodzili i odchodzili z niczym. Smutne, ale prawdziwe. A ludzie?... Ludzie chcą księdza, nie programów duszpasterskich. Tylko tyle i aż tyle. Czy wasi księża mają dla was czas?...
24 maja 2010
Wszystkich nas pogrzebią...

Na pogrzebach bywa różnie. Podobnie ze zmarłymi. Niektórych spalają na popiół. U nas na Centralnym (Cmentarz w Szczecinie) zrobili nawet poletko pamięci. Niektóre rodziny z tego korzystają. Panowie grabarze biorą urnę i wysypują prochy do ziemi. Albo je rozrzucają i prochy po zmarłym osadzają się na poletku. Drażni mnie taka ceremonia. Ale co zrobić…
W kaplicy cmentarnej też za każdym razem zupełnie inaczej. Są pogrzeby duże, z pompą. Płacz bliskich miesza się z melodią wygrywaną na skrzypcach. Inny wariant to trąbki. Czasami pachnie kwiatami z wieńców. Innym razem alkoholem. Bywa, że niektórzy z orszaku widzą księdza tylko na pogrzebach. Reagują różnie. Nasze polskie pogrzeby…
Przyznam się, że zawsze je bardzo przeżywam. Może zabrzmi dziwnie: ale lubię pogrzeby. Wtedy wszystko raptownie cichnie. Trumna z ciałem zmarłego mimowolnie wzbudza jakieś wrażenie. Czasami przerażenie… Patrzymy się na nią i dochodzi do nas, gdzieś tam w podświadomości, że kiedyś my też przez to przejdziemy. Przyjdą na nasz pogrzeb, niektórzy będą płakać, inni zastygną w milczeniu.
Kiedy przemawiam na pogrzebach, mówię o nadziei. Odrywam na chwilę wzrok zgromadzonych od martwego ciała i proponuję spojrzeć w niebo. Przecież ci wszyscy – „świętej pamięci” żyją nadal. Inne to życie, inna jakość… Ale żyją…
Ostatnio wracam z pogrzebu, wiezie mnie któryś z członków rodziny zmarłego i mówi nagle: „Ksiądz do tych pogrzebów to już się przyzwyczaił, co?”... Odpowiadam: „Raczej nie, proszę pana”… Nie, nie przyzwyczaiłem się, choć jako ksiądz rzeczywiście jestem blisko śmierci i jej wszystkich konsekwencji. Tyle razy towarzyszyłem umierającym. Wiele razy „chowałem”. Także moich bliskich. Ale się nie przyzwyczaiłem, nie oswoiłem. I zawsze chce mi się płakać. Nie z tytułu taniego sentymentalizmu. Porusza mnie najczęściej nie śmierć tego konkretnego człowieka (bo przecież połowy zmarłych nie znam i nigdy nie spotkałem), ale ten cały rytuał, który wydobywa nagle na zewnątrz wrażliwość nie jednego człowieka, także tę religijną, duchową. Pogrzeb staje się dla księdza niesamowitą okazją, by być blisko ludzi, by wprowadzić ich w tajemnicę wieczności, pokazać „inny świat”, który jest na wyciągnięcie ręki…
Można pogrzeb „odbębnić”. Kilka miesięcy temu uczestniczyłem w pogrzebie naszej parafianki. Przyjechał ich znajomy ksiądz. Pojechałem na cmentarz. Stoję obok tego księdza, ceremonia się rozpoczyna, modlę się, słucham i nogi zaczynają mi się uginać. Odbębnił. Żadnego słowa od siebie, żadnej emocji, wszystko przeczytane na jednym tchu. Nie osądzam. Piszę jak było. Ale zrobiło mi się na duszy smutno. W roku Pańskim 2010, Roku Kapłańskim…
Na pogrzebach bywa różnie. Tak jak w życiu. Przemysł pogrzebowy kwitnie, ludzie umierają. My też umrzemy. Będą o nas mówić „świętej pamięci”. Może zgrają na skrzypcach, albo trąbce. A ja mam tylko jedną nadzieję. Że na moim pogrzebie wszyscy przyjmą Komunię Świętą, w mojej intencji. Nie chcę wieńców, kwiatów, trąbek… I ciała mi nie palić. Ze wszystkim do ziemi. Będę szedł wtedy spokojny, w ramiona naszego Pana… Który też przeszedł przez śmierć i swój pogrzeb…
23 maja 2010
Przybądź Duchu Święty...
Veni Creator
Przyjdź Duchu Święty,
zginając (albo nie zginając) trawy,
ukazując się (albo nie) nad głową językiem płomienia,
kiedy sianokosy, albo kiedy na podorywkę wychodzi traktor
w dolinie orzechowych gajów, albo kiedy śniegi
przywalą jodły kalekie w Sierra Nevada.
Jestem człowiek tylko, więc potrzebuję widzialnych znaków,
nużę się prędko budowaniem schodów abstrakcji.
Prosiłem nieraz, wiesz sam, żeby figura w kościele
podniosła dla mnie rękę, raz jeden, jedyny.
Ale rozumiem, że znaki mogą być tylko ludzkie.
Zbudź więc jednego człowieka, gdziekolwiek na ziemi
(nie mnie, bo jednak znam co przyzwoitość)
i pozwól abym patrząc na niego podziwiać mógł Ciebie.
Czesław Miłosz
Z tomiku: "Miasto bez imienia" (1969)
21 maja 2010
Bajki gejowskiego Don Kichota

Miłość cierpliwa jest. Wiem. Także wobec gejów. Choć czasami nerwy puszczają. Szczególnie kiedy widzę w telewizji „przesympatycznego” Roberta Biedronia, naczelnego w naszym kraju heterofoba, podejmującego próbę przekonania narodu polskiego, że gej to normalny człowiek i ma prawo do wszystkiego. Normalnie żyje, normalnie śpi, normalnie kocha, normalnie czuje, normalnie uprawia sex, normalnie wychowuje dzieci etc. Kiedy to wszystko widzę i tego słucham, przeżywam różne stany emocjonalne. Najpierw się śmieję, potem raptownie zastygam, następnie chwyta mnie za gardło pazur nerwu, w końcu chce mi się płakać. A potem idę do kaplicy, żeby się pomodlić. Klęczę cierpliwie, wznoszę oczy ku górze. Mija kilka dni, włączam telewizor i co widzę?... Kolejna „debata” i kolejny występ „nieśmiertelnego”, tragikomicznego momentami „gejowskiego Don Kichota”, z rodu Biedroń. I znów walczy z wiatrakami przeklętej homofobii i brakiem tolerancji w kraju nad Wisłą…
No więc pan Biedroń rozpoczyna szturm, przypudrowany miluśkim uśmiechem i przekonuje nas, że pół Polski to geje. Są wszędzie. Pracują w aptekach, kasują bilety w tramwajach, walczą w bitwie pod Grunwaldem na obrazie Matejki, odprawiają Mszę Świętą, śpiewają w Opolu, odbierają nagrody filmowe w Gdyni, przeczyszczają kominy, czytają Dostojewskiego w domach starców, walczą na froncie w Afganistanie. Boją się. Chcieliby całemu światu powiedzieć, że gejami Pan Bóg ich stworzył, ale nie mogą. Bo dostaną w gębę. Będą upokorzeni i odrzuceni. Nawet na paradę spokojnie pójść nie mogą. Słucham spokojnie. W końcu miłość cierpliwa jest…
No i ta przeklęta homofobia. Wszechobecna, nieludzka, katolicka do szpiku kości. Dlaczego tak bardzo wielu Polaków nie potrafi zaakceptować skórzanych i lateksowych ciuszków, seksu analnego i rozwalonych zwieraczy, przenoszenia wirusa Hiv i wszelkich maści innych przypadłości wenerycznych, prezerwatyw i wibratorów, niezbędnych w gejowskim wyposażeniu, notorycznej zmiany partnerów, prasy i filmoteki pornograficznej?… Dlaczego?... W tym momencie zastygam. Nie trzeba mieć matury, by udzielić rzeczowej odpowiedzi na to pytanie, ale pan Biedroń ma problem i nie pojmuje, dlaczego tak wielu nie potrafi gejowskiego stylu życia zaakceptować. Tolerujemy to wszystko (bo przecież tolerować (łac. tolerare) znaczy: "wytrzymywać", "znosić", "przecierpieć" i my to znosimy, wytrzymujemy, ale mój Boże, w imię czysto racjonalnych przesłanek i w imię zdrowego rozsądku nie mogę (i mam święte prawo „nie móc”) akceptować konia, który wmawia wszystkim ludziom we wsi, że jest krową i próbuje dawać mleko, choć z przyczyn stricte naturalnych dać go nie może… Zastygam więc przed telewizorem i niczym w ekran nie rzucam. Miłość cierpliwa jest… Łaskawa jest…
Pazur gniewu chwyta mnie za gardło, gdy pan Biedroń i inni uprawiający jałową ziemię kampanii przeciw homofobii tłumaczą, że z gejami wszystko jest ok., czyli „normalnie”. Nosi mnie, bo wówczas przypominają mi się wszystkie spowiedzi gejów i osób o skłonnościach homoseksualnych, z których wynika coś zupełnie odwrotnego. Noszenie gumowych majtek, bo poszły zwieracze, nie jest normalne. Proszę mi wybaczyć ten fizjologiczny wątek, ale takie są realia. Pośladki służą do czegoś zupełnie innego. Jak się je sadza na sedesie – wtedy jest normalnie. Wszechobecny seks, z kilkoma partnerami w miesiącu, nawet jak się jest w jednym tzw. „stałym związku”, też nie jest normalny. No chyba, że ktoś jest rasowym zboczeńcem, ale i wtedy to nie jest normalne. Parszywa, psychiczna pustka, poczucie samotności wręcz neurotyczne, to też nie wydaje się być normalne. Zraniona brakiem miłości ojca, czy matki psychika również normalna nie jest. Ciało zakażone kiłą, wirusem Hiv niestety normalnym stanem także nazwać nie można. Słucham w konfesjonale dziesiątek opowieści osób, które jedną nogą zanurzone są w gejowskim piekle. Choć pan Biedroń przekonywać będzie, że to „niebo”. Z uśmiechem na twarzy, zwiastującym telewidzom „radość wielką”: wszystko jest ok. Ten uśmiech jest najbardziej dramatyczny. Jeszcze milczę. Ostatkiem sił. Miłość cierpliwa jest… Wszystko znosi…
Debata zamienia się w prawdziwy jazgot. Pan Biedroń dalej lansuje prawdę o koniach dających mleko, więcej, te konie zdolne są wychowywać cielęta, chodzić z nimi do kina i przy tym wszystkim są szalenie szczęśliwe, bo gej jest z natury radosny, fajny i szczęśliwy. Jest najlepszym kumplem kobiety, stawia zawsze na pogłębioną przyjaźń i co najważniejsze: nie pójdzie z nią do łóżka, no chyba, że jest biseksualny (ale wtedy, bądźmy konsekwentni, nie jest już gejem, tylko „bi”). Siedzi jakaś zraniona chłopczyna (w fazie dojrzewania) przed telewizorem, w małej mieścinie, oczywiście odkrywająca w sobie skłonności homoseksualne, patrzy się i oto widzi fajnego gościa, geja w całej krasie i oto chodzi! Tak, panie i panowie, właśnie oto chodzi, chłopczyna zaczyna „wierzyć”, że to jest normalne, biegnie do kiosku, kupuje „normalny” pornograficzny magazyn gejowski i się zaczyna… Kiedy tak sobie o tym myślę, spoglądając na ekran telewizora, szklą mi się oczy, zaczynam płakać. Nie, nie jestem załamany. Jestem wstrząśnięty i moje kapłańskie serce reaguje, szamocze się, współczuje… Miłość cierpliwa jest… I owszem. Ale także „współweseli się z prawdą”… A prawda jest taka, że jak pan Biedroń dalej będzie fałszował rzeczywistość, zamiennie traktował słowo „tolerancja” z „akceptacją” (choć to dwa różne słowa i światy) skończy marnie, a wraz z nim dziesiątki chłopaków i dziewczyn z naszej ojczyzny, którzy chwycą przynętę. I nie odziedziczą oni Królestwa Bożego (por. 1 Kor 6,10)…
Ostatni etap. Kaplica. Modlę się i wznoszę oczy ku górze. Skoro miłość jest cierpliwa, cierpliwie będę trwał na modlitwie i w pokucie. Proszę Pana za wszystkich Biedroniów Rzeczpospolitej, by ich uleczył, wydarł z ich serca przewrotność, niegodziwość, podstęp, złośliwość, zuchwałość, chełpliwość, pychę, zboczenie (por. Rz 1, 27-32). By dał im jasny umysł i prawe serce. By nie wciągali w swoje piekło niewinnych i zagubionych chłopaków i dziewczyn.
Proszę też za Polaków, by nie dawali się nabierać na bajki Don Kichota. Niech tam sobie walczy z wiatrakami swojej gejowskiej fantazji, ale do studia telewizyjnego, racz ich nie wpuszczać, Panie. I miej w opiece wszystkich, którzy z różnych przyczyn odkrywają w sobie skłonności homoseksualne. Postaw na ich drodze rodziców, kapłanów, nauczycieli, lekarzy, którzy z miłością wesprą ich i pomogą w obiektywny sposób uporać się im, ze swoją psychiką, seksualnością, światem emocji…
Miłość cierpliwa jest. Wiem. Także wobec gejów. Ale miłość współweseli się z prawdą. A tam, gdzie nie ma prawdy, zaczyna też brakować cierpliwości. Wszystko się ładnie dopełnia. W jedną całość. Każdego człowieka da się znieść, wytrzymać, przecierpieć. To wynika z godności ludzkiej. Z akceptacją trochę gorzej. Grzechu nie mogę zaakceptować. Aktów homoseksualnych, jako normalnych, nie da się zaakceptować. I dlatego największymi homofobami okazują się być , paradoksalnie, sami geje. Jak to mi kiedyś przez łzy powiedział jeden chłopak: „Gdybym siebie pokochał, nigdy bym nie poszedł do łóżka z facetem”… Oni sami siebie, nie potrafią znieść. Przecierpią. Przetrzymają w nirwanie seksu i rozwiązłości. Ale „grzechu” aktu homoseksualnego, w swojej podświadomości i rozdygotanym sumieniu, nie zaakceptują nigdy. Przetrzymają go, zniosą, przecierpią… Na zewnątrz będzie fajnie, tęczowo, radośnie. Ale w środku… Piekło… Piekło jest tam, gdzie nie ma nikogo, jesteś tylko ty sam i rozrywające na strzępy wspomnienie diabła, który „obiecywał ci kokosy”…
I dlatego trzeba się za Biedroniów cierpliwie modlić i pokutować. Bo to kochane, choć biedne chłopaki… Ale też być „świadkiem prawdy”, nazywając rzeczy po imieniu. Bo koń jest koniem, a krowa krową. Nawet, jeśli heterofobom wydaje się, że jest inaczej…
Ave Maria...
Koncert Grojcowian z J. Skrzekiem Matce Bożej - Wieprz 2007.
(film: widok na Pireneje, Lourdes i film "Pieśń o Bernadetcie")...
+ Matko nasza ukochana... Módl się za nami...
20 maja 2010
Święta Warmia (1) Mikołaj Kopernik

”Kościół Warmiński jest dumny, że Mikołaj Kopernik jako kanonik Kapituły Warmińskiej na Warmii pozostawił liczne ślady swojej pracowitości, pobożności, a przede wszystkim naukowego geniuszu” – podkreślił abp Wojciech Ziemba, zapraszając na uroczystości związane z powtórnym pogrzebem Mikołaja Kopernika, w najbliższą sobotę, 22 maja. Drugi pogrzeb wielkiego astronoma, będzie miał miejsce niemal równo 467 lat po jego śmierci. Dla nas (bom syn warmińskiej ziemi) – warmian, jest to niezwykle ważne i doniosłe wydarzenie.
Mikołaj Kopernik wpisuje się w poczet wielkich osobistości Świętej Warmii, takich jak:
- Eneasz Sylwiusz Piccolomini (1457-1458) – wybitny humanista, biskup warmiński, późniejszy papież Pius II;
- Łukasz Watzenrode (1489-1512) – mecenas sztuki i kultury, protektor, powiernik i wuj Mikołaja Kopernika;
- Jan Dantyszek (1537-1548) – biskup warmiński, poeta, dyplomata, słusznie zwany „ojcem polskiej dyplomacji”, m.in. jako pierwszy wprowadził szyfr do królewskiej korespondencji dyplomatycznej;
- Stanisław Hozjusz (1551-1579) – biskup warmiński, humanista, szermierz kontrreformacji, kandydat na papieża, przewodniczący soboru w Trydencie (w 1573 r.);
- Marcin Kromer (1579-1589) – biskup warmiński, „polski Liwiusz”, wybitny historyk, twórca ówczesnego bestsellera „O pochodzeniu i czynach Polaków ksiąg trzydzieści”;
- Andrzej Chryzostom Załuski (1698-1711) – biskup warmiński, polityk, bibliofil, historyk, jego bogaty i cenny księgozbiór stał się zaczątkiem słynnej Biblioteki Załuskich, otwartej w Warszawie w 1747 roku;
- Ignacy Krasicki (1766-1794) - ostatni polski biskup warmiński przed I zaborem, największy poeta polskiego oświecenia, to za jego sprawą Lidzbark Warmiński stał się ważnym ośrodkiem oświeceniowej kultury europejskiej, promieniującym swymi wpływami daleko poza granice Warmii;
- Maria Zientara-Malewska (1894-1984) – poetka, pisarka,nauczycielka i działaczka polska na Warmii.
Powróćmy do Mikołaja Kopernika. Był kanonikiem Kapituły Warmińskiej. Wybitnym matematykiem, astronomem, prawnikiem, lekarzem, strategiem. Jako pierwszy sporządza mapę Warmii i zachodnich granic Prus Królewskich, przeznaczoną na zjazd rady królewskiej w Poznaniu. Na apel soboru laterańskiego opracowuje i wysyła do Rzymu w 1513 roku własny projekt reformy kalendarza. W 1520 roku Mikołaj Kopernik bierze udział w poselstwie do wielkiego mistrza krzyżackiego w sprawie zwrotu zagarniętego przez Krzyżaków Braniewa. Ponownie zostaje administratorem dóbr kapituły. Organizuje obronę Olsztyna. Krzyżacy bezskutecznie szturmują mury miejskie Olsztyna. W końcu zostaje obrany "Komisarzem Warmii" w celu rewindykacji zagrabionych przez Zakon posiadłości warmińskich; zwalnia urząd administratora. Przenosi się do Fromborka.
„Pisał też rozprawy ekonomiczne i udzielał rad królowi polskiemu w sprawach związanych z obiegiem pieniężnym. W ówczesnych czasach stosunki monetarne były skomplikowane z powodu istnienia 4 mennic: w Toruniu, w Elblągu, w Gdańsku i w Królewcu. Częstą praktyką było przetapianie dobrej monety na gorszą, z czego ogromne korzyści czerpały nie tylko wymienione miasta, ale również zakon krzyżacki. Aby temu przeciwdziałać Mikołaj Kopernik napisał i wygłosił na sejmiku pruskim, który odbył się w okresie od 17 do 21 marca 1522 roku w Grudziądzu, traktat o sposobie bicia pieniędzy pt. " Modus cudendi monetam".W swym traktacie Kopernik mówił, że na skutek spadku wartości pieniądza ceny wciąż rosną, a handel zagraniczny staje się coraz trudniejszy. Dobre monety srebrne są wychwytywane i przetapiane na gorszą monetę, z czego zyski czerpią miasta dające prawo bicia monety oraz kupcy, którzy sprzedają swe towary według wartości złota. Pierwszy pieniądz wypiera z obiegu lepszy. Ale traktat o monecie nie jest wcale jedynym opracowaniem natury ekonomicznej autorstwa Mikołaja Kopernika. Podczas licznych podróży po Warmii stwierdził ciężką sytuację mieszkańców wsi, którzy żyli w wielkiej nędzy. Przyczyną były niskie ceny zbóż w stosunku do cen innych towarów, oraz niewielkie wynagrodzenia które dostawali chłopi za swoją pracę. Zaistniała sytuacja skłoniła wielkiego astronoma do studiów nad cenami chleba. Około 1530 roku powstał krótki memoriał pt. "Panis coquendi ratio" ( Obrachunek wypieku chleba ) z tablicami uczciwych cen chleba oraz opisem jego wypieku. Celem memoriału było wyliczenie rzeczywistych nakładów finansowych związanych z wypiekiem chleba, aby jego cena mogła kształtować się zgodnie z nakładem pracy i cenami surowców” (www.mateo.lo-zywiec.pl).
Do XVIII wieku obowiązywał zaś zwyczaj oddawania kanonikom pod dożywotnią opiekę poszczególnych ołtarzy w katedrze, a pod którymi grzebano ich po śmierci. Właśnie ten fakt sprawił, że w 2005 roku udało się odnaleźć szczątki słynnego astronoma. Jako kanonik fromborskiej katedry Mikołaj Kopernik od 1501 do 1543 roku opiekował się czwartym ołtarzem w prawej nawie katedry, naprzeciw wejścia bocznego. Był to ołtarz noszący imię św. Wacława (obecnie Świętego Krzyża). Przy nim, zgodnie ze zwyczajem, został pochowany. Biskup pomocniczy warmiński Jacek Jezierski na podstawie badań dr. Jerzego Sikorskiego wskazał na prawdopodobne miejsce pogrzebania Mikołaja Kopernika i tam rozpoczęto w 2004 r. wykopaliska. Badaniom i całej akcji dowodził Prof. Jerzy Gąssowski, dyrektor Instytutu Antropologii i Archeologii z Akademii Humanistycznej im. Aleksandra Gieysztora.
„Gdy kilka lat temu otrzymał propozycję poszukiwania szczątków wielkiego uczonego, odmówił. Jednak przekonał go argument, iż spośród ok. setki kanoników, pochowanych w katedrze, można ograniczyć ilość, wśród których będą poszukiwane szczątki Kopernika, do kilkunastu. Każdy kanonik był bowiem chowany w pobliżu ołtarza, którym się opiekował. Szukano więc kości starego człowieka, który zmarł w wieku 50-70 lat. Gdy w końcu natrafiono na szczątki, które odpowiadały tym kryteriom, czaszkę, pozbawioną żuchwy, przesłano do rekonstrukcji do Centralnego Laboratorium Kryminalistycznego,
gdzie nadkomisarz Dariusz Zajdel, z wykształcenia antropolog i plastyk, wykonał portret zmarłego. Nie wyjaśniono mu przy tym, do kogo należała ta czaszka. Efekt był zaskakujący – twarz uzyskana w laboratorium niezwykle przypomina wizerunki Kopernika, znane z portretów uczonego.
Jednak – wyjaśnił prof. Gąssowski – nie było całkowitej pewności. Tę można było uzyskać, przeprowadzając badania DNA. Rozpoczęto poszukiwania wuja uczonego, brata matki, bp. Łukasza Watzenrode oraz potomków matki i ciotki – w linii żeńskiej. Badania genealogiczne utknęły na XVIII wieku. – tylko do tego czasu znajdują się dokumenty w Polsce, gdyż Niemcy wywieźli wszelkie metrykalia do Lipska. Nie odnaleziono także szczątków bp Watzenrode. Ostatecznie autentyczność szczątków została potwierdzona dzięki kilku włosom, które znalazły się w książce „Calendarium Romanum”. Została ona skradziona, wraz z całym księgozbiorem Kopernika, przez Szwedów w czasie Potopu. Spośród 9 włosów, 4 miały cebulki, nadawały się więc do badania DNA, a 2 z nich odpowiadały kodowi, który odtworzono badając ząb trzonowy ze szczątków, które uznano za należące do astronoma. Badania potwierdzają i dają całkowitą pewność, że rzeczywiście odkryto szczątki genialnego uczonego” (www.ekai.pl).
Powtórny pogrzeb Kopernika odbędzie się w sobotę, 22 maja. O godz. 11.00 w katedrze we Fromborku rozpocznie się Msza św., której będzie przewodniczył abp Józef Kowalczyk, Nuncjusz Apostolski w Polsce i jednocześnie Prymas Polski. Okolicznościową homilię wygłosi metropolita lubelski abp Józef Życiński. Po liturgii trumna ze szczątkami Mikołaja Kopernika spocznie w miejscu pierwotnego pochówku pod posadzką w nawie bocznej fromborskiej katedry, obok ołtarza, którym za życia opiekował się słynny astronom.
A tak przy okazji: zapraszam na Świętą Warmię, do mojej duchowej, małej ojczyzny… Wiele ciekawych i świętych miejsc na was czeka:
- Frombork,
- Braniewo (to tu dzięki Hozjuszowi powstało pierwsze na ziemiach polskich Seminarium Duchowne),
- Olsztyn,
- Lidzbark Warmiński (z piękną siedzibą biskupów warmińskich),
- Stoczek Klasztorny (Warmiński) – to tu więziony był Prymas Tysiąclecia, tu także 8 grudnia 1953 napisał Akt osobistego oddania się Matce Najświętszej,
- Głotowo (Kalwaria Warmińska) gdzie znajduje się Sanktuarium Bożego Ciała, (W 1300 roku Głotowo przeżyło najazd Litwinów. Mieszkańcy wynieśli wówczas z kościoła Najświętszy Sakrament by uchronić go przed profanacją, zakopując go w znacznej odległości od świątyni. Wieś została zniszczona, a kościół spalony. Po wielu latach pewien rolnik znalazł ukryty w ziemi kielich, a w nim nienaruszoną hostię. Jak głosi legenda woły ciągnące pług uklękły, podkreślając tym samym niezwykłość tego wydarzenia. Wiadomość o cudownym znalezieniu hostii rozeszła się wśród ludu, kielich przeniesiono w procesji do kościoła w Dobrym Mieście. Tymczasem hostia po raz kolejny wracała do Głotowa na miejsce, gdzie była zakopana. Wobec woli Bożej wzniesiono kościół ku czci Bożego Ciała),
- Gietrzwałd – miejsce objawień Matki Bożej w 1877 roku, Maryja ukazała się dziewczynkom; Justynie Szafrańskiej i Barbarze Samulowskiej. Objawienia trwały 82 dni a Maryja ukazała się ponad 160 razy, pocieszając Polaków i wzywając do modlitwy różańcowej i pokuty. Są to jedyne w Polsce, zatwierdzone oficjalnie przez Kościół, Objawienia Matki Najświętszej.
Jeśli wakacje, to tylko na Warmii… Świętej Warmii...
19 maja 2010
Spowiedź jest "spoko"

Sakrament spowiedzi jest „dramatem” rozpisanym na poszczególne akty, rozgrywającym się w rzeczywistości sięgającej daleko poza to, co naszym oczom widoczne, wreszcie mającym niezliczoną ilość bohaterów. Na coś takiego mógł wpaść w swojej nieograniczonej niczym logice sam Najwyższy, Bezimienny, który objawił się w swoim Synu a teraz przychodzi jako Duch Święty, rozpalając nasze wnętrzności.
Rozpocznijmy od „przestrzeni”. Najczęściej wszystko rozgrywa się w konfesjonale. Choć niekoniecznie tak być musi. Niektórzy wchodzą w „cud duchowego uzdrowienia” w innych miejscach, spowiadając się „twarzą w twarz”. I tak np. raz do roku pola lednickie zamieniają się w królestwo niewidzialnych konfesjonałów. Tysiące młodych, pod nagusieńkim niebem jedna się z Miłosiernym. Ale przestrzeń „sakramentu miłosierdzia” sięga jeszcze dalej, głębiej, nie jest ograniczona materią. Kiedy przystępujemy do spowiedzi, decydujemy się jednocześnie na całkowicie darmowy lot ku światu, który określamy mianem „wieczności”. A tam nie ma ani czasu, ani przestrzeni. Jest On i Jego Królestwo, żywioł „radości”, o której nam się nie śniło, a wszystko pachnie „pokojem”, o sile rażenia, której nie jesteśmy w stanie sobie wyobrazić. Sakrament pokuty i pojednania rozgrywa się zatem nie tylko tu, gdzie w tej chwili jesteśmy. Całe „niebo” staje się świadkiem naszego „powrotu”, a Ten, który miłuje cierpliwie podnosi nas (powalonych przez grzech na glebę) radując się, że „oto ten, który był umarły – ożył”…
Bohaterowie sakramentu miłosierdzia to grzesznik, ksiądz, Bóg i… No właśnie. Jest ich bez liku. Najpierw grzesznik. Przychodzi do Miłosiernego z tym wszystkim, co go poniża, przeraża, z czym nie może sobie dać rady. Wypełniony po brzegi „obciążeniami” idzie do Tego, który powtarza nieustannie w sumieniu (naszym wewnętrznym sanktuarium) słowa: „Przyjdźcie do mnie wszyscy, którzy obciążeni i utrudzeni jesteście”… Grzesznik czuje wstyd, upokorzenie, żal… Czasu nie cofnie. Sam siebie nie uzdrowi. Potrzebuje przebaczenia Boga…
Kolejny bohater. Najważniejszy. Jedna natura, ale trzy Osoby. Bóg Ojciec. Ten, który grzesznika umiłował. Ten, który człowieka stworzył i który podtrzymuje go przy życiu. Bóg Ojciec posłał swojego Syna. Chrystus, który raz na zawsze pokonał śmierć i szatana, teraz staje się mostem pomiędzy grzesznym stworzeniem a Stwórcą. Wreszcie Duch Święty. Kolejny bohater. To dzięki Niemu wszystko może się rozegrać. To Duch Święty, przebijając się poprzez nasze „wewnętrzne grzechowisko” sprawia, że głos Chrystusa staje się dla nas słyszalny. To dzięki Jego determinacji, pełnej „miłości, która wszystko znosi” (nawet naszą naiwność i głupotę, bo grzech to owoc naszej „duchowej głupoty”) pokonujemy w końcu strach, drżenie, wstyd i wyruszamy w wędrówkę do rodzinnych stron, gdzie mieszka i czeka na nas cierpliwy Ojciec… Bóg Ojciec…
Jest też ksiądz. I wcale nie sam. Bo przecież reprezentujący Kościół, wspólnotę do której należy grzesznik, jego bliscy, przyjaciele, sąsiedzi. Wszyscy ochrzczeni. Bo grzech uderza nie tylko w grzesznika, Boga, ale i w całą wspólnotę, do której przynależy grzesznik. Ksiądz, który słucha. Który staje się świadkiem Bożego miłosierdzia. Który mocą, daną mu przez Chrystusa – staje się szafarzem miłości przebaczającej, miłości samego Boga. To ksiądz uosabia również tych wszystkich, których grzesznik zranił i osłabił swoimi grzechami. I w ten oto sposób następuje pojednanie. Ze sobą, z Bogiem, z bliźnimi (czyt. Kościołem).
Poszczególne akty „dramatu” (a jest ich pięć) pt. „Sakrament pokuty i pojednania” są następujące… „Rachunek sumienia” – przecież muszę wiedzieć z czym i po co idę do miłosiernego Boga. „Żal za grzechy” – uświadomienie sobie, jak bardzo pobłądziłem i jak mocno grzechy rozwaliły moje życie, życie bliskich i jak bardzo mnie od Boga oddaliły… Żałuję, czyli wiem, że nie powinno do tego dojść… „Mocne postanowienie poprawy” – postanawiam, że będę walczył, że pełen ufności w Boga zrobię wszystko, by świadomie i dobrowolnie już nigdy więcej nie wchodzić w dialog z Szatanem i swoimi słabościami. „Szczera spowiedź” – szczerze i ufnie oddaję Bogu wszystko, każde moje obciążenie, każdy grzech, wszystko, co w oczach Boga i Jego Kościoła jest grzechem. Nie tylko to, co sam uważam za grzech. Z pokorą wyznaję wszystko… Wreszcie ostatni akt – „Zadość uczynienie Panu Bogu i bliźniemu”- Bóg daje mi łaskę i naprawia wszystko, posługując się moim skruszonym i umocnionym łaską sercem. Uzdalnia mnie do próby naprawienia tego, co mój grzech nadwyrężył, zepsuł, zranił. Przy pomocy myśli, słów, konkretnych czynów postanawiam obdarzyć dobrem tych, których mój grzech dotknął i tych, których Bóg stawia na mojej drodze…
Oto jeden z największych Bożych cudów: „Sakrament pokuty i pojednania”, „Sakrament miłosierdzia”, „Sakrament spowiedzi”. Coś, co przekracza granice czasu i przestrzeni, co sprawia, że niebo łączy się z ziemią, człowiek z Bogiem, człowiek z drugim człowiekiem. Skarb jeden z najcenniejszych, dany przez Boga Kościołowi. W tym sakramencie dajemy świadectwo prawdzie, która wyzwala i pozwala zawisnąć na krzyżu z godnością. Ziarno musi obumrzeć. I obumiera… W „sakramencie spowiedzi”… Rozpisanym na poszczególne akty, rozgrywającym się w rzeczywistości sięgającej daleko poza to, co naszym oczom widoczne, wreszcie mającym niezliczoną ilość bohaterów…
18 maja 2010
Hlond: "Piekło się rozpętało"...

Rok 1934. W dniach 1-3 kwietnia, kard. August Hlond, bierze udział w kanonizacji św. Jana Bosco w Rzymie. Wówczas rodzi się w sercu naszego Założyciela odważna i mocno aktualna, także w czasach nam współczesnych, refleksja na temat roli kapłana w Kościele, w ojczyźnie i świecie. W swoim Notatniku kard. Hlond spisuje luźne myśli. Są one notatkami na marginesie codzienności, zapisem osobistych refleksji kardynała wokół przeżywanego czasu. Ale nade wszystko odsłaniają one twarz i duszę polskiego Prymasa, które normalnie otoczone formułą urzędu i godności, tutaj w notatniku pozostają wymownym świadkiem tego wszystkiego, co w duszy kard. Hlonda grało i co kardynałowi mocno na sercu leżało.
Wróćmy do Notatnika. Kardynał Hlond pisze w nim m.in.:
„Kapłani. 1) św. Jan Bosco 2)wszystkie znaki (nadprzyrodzone) wołają o światłość i słowa Ewangelii przez nich 3) nie przeciętnością czasów spokojnych i zasobnych – lecz rewolucyjnym, gwałtownym wysiłkiem kapłańskim stworzymy warunki burzy Ducha Świętego w duszach”…
„Księża – nie spodziewać się cudu po jakichś nowych organizacjach – tą organizacją zbawczą jest Kościół. Główna robota w parafiach – tam dusze giną lub uświęcają się”.
„Kapłani – nie mieszać boskiej nauki z myślą ciasną własną, z widnokręgiem swoim umysłowym, ze swoim sposobem pojmowania i przeżywania go, z tym wszystkim, co naszego, ludzkiego, nieczystego się do Ewangelii domiesza”…
Największe jednak wrażenie robi swoisty rachunek sumienia, zanotowany przez kard. Hlonda:
„Gdzie wpływ tysięcy kapłanów?
Czy nie stwierdzamy jakichś braków w naszym duchu i czynie?
Czy jesteśmy w życiu swoim czystym wyrazem Chrystusa? W czynie przekonywującym i porywającym przykładem prawdy?
Czy nie stwarzamy pozorów, że pracujemy dla egoistycznych, stanowych celów, dla ziemskich zysków, dla pewnych stanów?
Czy nasze gminy są wspólnotami ożywionymi prawdziwą Chrystusową miłością do bliźniego?
Czy nie znajdują wierni w naszych parafiach aż za licznych dowodów, że nie umiemy łamać w dostatecznej mierze chleba prawdy?
Czy życie nasze jest żywym świadectwem prawdy? Uporządkowanej według prawdy Bożej?
Czy chorym na duchu nakładamy ręce?
Czy jest w nas jedność czy nu i nauki?
Czy my naprawdę służymy w prawdzie? Ile hipokryzji, fałszu, obłudy, ukrywania, komedii…
Czy dowody prawdy widzi lud w nas, w świętości życia?
Czy i na nas nie sprawdzają się niewątpliwe znaki zaniku ducha chrześcijańskiego, a mianowicie obojętność na nędzę i materialna i duchową?
Czy nie musi się nasz lud pytać: czy my tym Bogiem żyjemy, którego głosimy?
Moralny upadek ludów obciąża w niemałej mierze pasterzy i dowodzi ich nieudolności pasterskiej.
Czy nie świadczą o rozkładzie naszych parafian te osty sekt i fałszywych proroków? Legiony ludzi wytrąconych z wierzeń, ze spokoju sumienia dusz znękanych, wątpiących. Piekło się rozpętało: grabarzy, kusicieli, rozpustników, fałszywych proroków około rozmnożonej nędzy przechodzi nielitościwy bogacz, obok nędzy głodu, bezrobotnych, bezdomnych rozpościera się śmierć duchowa nad ziemią… Oby śmierć tylko starego świata, a nie śmierć myśli Bożej”?...
Tyle z notatnika kardynała Hlonda. Robi wrażenie. Nieprawdaż?... Zapiski z 1-3 kwietnia, spisane siedemdziesiąt sześć lat temu, pozostają wymownym świadectwem odważnej myśli, głębokiej wiary i pasterskiej troski o Kościół – Sługi Bożego kard. Augusta Hlonda. A dla nas kapłanów może to być doskonały materiał do osobistego rachunku sumienia. Na koniec jeszcze jedna myśl Prymasa z jego Notatnika, dla nas wszystkich:
„Katolicyzm to nie mieszanka poezji, ewangelii, masonerii, socjalizmu… katolicyzm ma doktrynę światłą, oko jasne – to nie nasza teoria, nasze widzimisię, nie poglądy kawiarniane, nie moralne slogany, lecz całość społeczna, dająca w urzeczywistnianiu typ człowieka doskonałego… Katolicyzm chce się urzeczywistniać, wcielić, przybrać formy konkretne – zwłaszcza w wielkich czasach, w chwilach przełomowych – kto tej chwili nie przeżyje poddając się porywowi Chrystusowemu, nie włączy się w jej wielkość – pozostanie małym epigonem epoki, która tak smutnie umarła”…
15 maja 2010
Dla tej chwili warto żyć...

Wniebowstąpienie. Jego głównym bohaterem jest Jezus. A jeśli On to i my. Przecież jesteśmy „mistycznym Ciałem Chrystusa” napisze św. Paweł. A to oznacza, że każdy z nas jest już jedną nogą w „niebie”. No chyba, że uparcie dwie nogi wsadza w szambo grzechu, świadomie mówiąc we wszystkim Panu Bogu : „nie”.
Co czuli uczniowie widząc swojego Mistrza wstępującego w niebo?... Z pewnością nie było im łatwo. Na wpół osieroceni, patrzyli się na znikającego z ich oczu Mistrza. Byli z Nim trzy lata, przeżyli wiele, przywiązali się mocno do Jego obecności, słów, zaskoczeń, bo przecież zaskakiwał ich w możliwie najoryginalniejszy sposób, nie jeden raz. Szczególnie wtedy, gdy na własne oczy widzieli Jego zwłoki, a potem przyszedł do nich, żywy i tak piękny, że nie mogli Go rozpoznać. Przez czterdzieści dni ukazywał się im, umacniając ich w wierze.
Łukasz zaznacza, w zakończeniu swojej Ewangelii, że po wniebowstąpieniu Chrystusa, powracali apostołowie do Jerozolimy, pełni radości w sercu. A więc radość. Czuli radość i to ona wzięła górę w tych godzinach i dniach następnych nad smutkiem, osieroceniem, samotnością, tęsknotą… Potem, ilekroć sprawowali „ucztę”, czyniąc to na Jego pamiątkę, doświadczali obecności swojego Mistrza, a chleb, który stawał się Jego Ciałem i wino przemienione w Krew, pachniały wiecznością, pachniały „niebem”…
A ty, czy czujesz to samo, siedząc w kościele na niedzielnej Eucharystii? Czy masz świadomość, że „nasza ojczyzna jest w niebie”?...
Do nieba… Do nieba idziemy kochani. Kiedy się rano budzisz, gdy zaparzasz kawę, gdy stoisz w korku, gdy się modlisz, gdy nerwy ci siadają, gdy masz wszystkiego dość, gdy się cieszysz, gdy płaczesz z bólu i ze szczęścia – ciągle wtedy jesteś w drodze… Do nieba… Kiedyś jadąc samochodem ze swoim współbratem, wypowiedziałem słowa, które pamiętam do dzisiaj: „Do nieba… Nigdzie indziej się nie wybieram”…
No właśnie… Nigdzie indziej się nie wybierajcie… O „niebo” się dzisiaj modlę dla nas wszystkich. Pamiętając słowa Chrystusa: „Przyjdę do was powtórnie i zabiorę was do siebie, abyście i wy byli tam, gdzie ja jestem”… Pełen duchowej radości dziękuję ci dzisiaj Panie, za te wszystkie nasze codzienne „wniebowstąpienia” , które nam serwujesz, na razie w pigułce. A kiedy spotkamy się „twarzą w twarz” w niebie, radość nasza będzie pełna. I chociażby dla tej chwili - warto żyć!!!
14 maja 2010
Objawienia w Gietrzwałdzie...

Są takie miejsca na świecie, do których, jeżeli raz się je ujrzało, chciałoby się znowu wrócić, przebywać w nich jak najczęściej, jak najdłużej. Niewątpliwie do takich miejsc należy Sanktuarium Maryjne w Gietrzwałdzie, na ziemi warmińskiej, osiemnaście kilometrów na południowy zachód od Olsztyna. Nie jestem w stanie przypomnieć sobie, ile razy już tam byłem. W dzieciństwie – razem z rodzicami, potem w młodości i później, gdy podjąłem decyzję wstąpienia do zakonu księży i braci chrystusowców. Jedno jest pewne. W Gietrzwałdzie unosi się w powietrzu zapach Bożej tajemnicy, a my możemy wędrować pośród zielonych pagórków po ziemi, której dotknęła stopami Matka Chrystusa.
By wejść w klimat tego cudownego miejsca, musimy cofnąć się nieco w czasie, do XIX wieku. Był to okres chwały żelaznego kanclerza Bismarcka i nasilonego działania jego Kulturkampfu. Okres, kiedy wszystko, co polskie i związane z religią katolicką było niszczone i straszliwie prześladowane. Zamykano w więzieniach katolickich księży. Różnymi ustawami uniemożliwiano księżom i biskupom głoszenie Dobrej Nowiny oraz prowadzenie duszpasterstwa. Kasowano i zamykano dobra kościelne. Zlikwidowano najstarsze na polskich ziemiach seminarium duchowne w Braniewie. Zakazywano nauczania języka polskiego w szkołach. I właśnie wówczas, niespodziewanie dla wszystkich, jakby dla pokrzepienia serc, w Gietrzwałdzie ukazała się Matka Boża, przemawiając do dwóch polskich dziewczynek w ich ojczystym języku.
Wiosną 1877 roku Justyna Szafryńska przygotowywała się do Pierwszej Komunii Świętej. Nie przychodziło jej to łatwo. Dopiero 27 czerwca, w środę, złożyła pomyślnie ostatni egzamin u ks. Proboszcza Weichsla i uradowana wracała z matką do domu. Dochodziła już godzina dziewiąta wieczorem, dlatego matka przynaglała Justynę, by szła prędzej. Nadciągała noc, a ponadto zanosiło się na burzę. Minęły właśnie plebanię , gdy dzwon na wieży kościelnej zadzwonił na Anioł Pański. Przystanęły więc obie, zwracając się twarzą w kierunku kościoła i zaczęły odmawiać modlitwę. Ponaglana przez matkę Justyna przerwała modlitwę, mówiąc: Czekajcie no, matulu, aż zobaczę, co to takiego białego na drzewie. Dziewczynka dostrzegła bowiem w koronie rosnącego przy plebanii drzewa klonu jakąś dziwną jasność. W pierwszej chwili pomyślała, że to ogień. Zafascynowana zjawiskiem, zdawała się nie słyszeć głosu matki, z uporem wpatrywała się w oddalone drzewo. Niezwykła jasność przybrała w tym czasie postać człowieka. Justyna szarpnięta za rękę , sprawiała wrażenie jakby przebudzonej z głębokiego snu. Dziwne zachowanie Justyny, zauważył przechodzący obok proboszcz, ks. Augustyn Weichsel. Podobnie jak matka dziewczynki, nie widział żadnej jasności, ale otworzył ogród przy plebanii i podprowadził Justynę w pobliże wskazywanego przez nią drzewa.
Mała była ekstatycznie wpatrzona w drzewo klonu i opowiadała coś o Ślicznej Pani , która z uśmiechem zachęcała ją, aby przychodziła tu odmawiać różaniec. Pani znajdowała się pośród niezwykłej jasności, była ubrana na biało, z długimi włosami opadającymi na ramiona, siedziała na złocistym tronie, udekorowanym perłami. Po chwili zauważyła również w blasku bijącym z nieba, zstępującego anioła ze złotymi skrzydłami, w biało-złotej szacie, z białym wieńcem na skroniach. Anioł złożył niski pokłon swojej Pani. Gdy oniemiała z wrażenia Justyna skończyła odmawiać Pozdrowienie Anielskie, zaczęły z matką odmawiać różaniec. Dopiero kiedy skończyły, objawienie również zakończyło się. Pani wstała z tronu i razem z aniołem uniosła się do nieba. Jak się później okazało – to był dopiero początek cudownych wydarzeń w maleńkiej, warmińskiej miejscowości.
Kiedy Justyna opowiedziała to wszystko proboszczowi, ten nie miał wątpliwości, że dziewczynka była świadkiem jakiegoś nadprzyrodzonego widzenia. Następnego dnia, 28 czerwca, do Justyny dołączyła jej kuzynka – Barbara Samulowska. W godzinie objawień, a była to wigilia uroczystości św. Piotra i Pawła, patronów parafii, we dwie zaczęły odmawiać modlitwę różańcową. I znowu, kiedy dzwon uderzył na wieczorny Anioł Pański, drzewo zajaśniało niezwykłym blaskiem. Najpierw zjawił się tron, potem Matka Boża, w towarzystwie dwóch aniołów. Po dłuższej chwili aniołowie przynieśli jej Dzieciątko Jezus, promieniujące niezwykłym światłem, odziane w białą, wyszywaną złotem szatę. W lewej ręce trzymało kulę zwieńczoną krzyżem – insygnia władzy królewskiej. Nad wszystkim pojawił się jeszcze jeden anioł, który wskazywał na wielki krzyż w pozycji poziomej, bez wizerunku Chrystusa ukrzyżowanego. To objawienie trwało ok. pół godziny, podobnie jak poprzednie.
W niedzielę - 1 lipca jedna z wizjonerek, Justyna Szafrańska, przystąpiła do Pierwszej Komunii Świętej. Tego dnia same dziewczęta, nie pytając o zgodę proboszcza, nawiązały dialog z Maryją:
- Kim jesteś, piękna pani?
- Jestem Maryja Panna, Niepokalanie Poczęta, Matka Różańcowa, a przychodzę z nieba.
- Czego od nas żądasz?
- Chcę, abyście codziennie odmawiały różaniec.
Tymi słowami Niebieska Pani nie tylko potwierdziła swoją tożsamość, ale też – podobnie jak w Lourdes – odwołała się do niedawno ogłoszonego, choć wciąż budzącego spory dogmatu o Niepokalanym Poczęciu. Od 24 lipca Maryja objawia się dziewczynkom trzykrotnie w ciągu dnia i za każdym razem, gdy odmawiają wraz z coraz liczniej gromadzącymi się pielgrzymami różaniec. 28 lipca zatroskana Maryja kieruje przez usta młodych wizjonerek mocne słowa do zgromadzonych przy klonie ludzi: „Teraz, przed końcem świata szatan obchodzi ziemię jak zgłodniały pies, aby pożreć ludzi”.
Wielokrotnie w czasie objawień Maryja przypominała o wielkiej mocy i znaczeniu Mszy Świętej – w życiu wierzącego człowieka. Jeśli uważnie prześledzimy treść gietrzwałdzkich objawień to zauważymy, że najważniejszym życzeniem Matki Chrystusa było wezwanie do modlitwy, szczególnie modlitwy różańcowej. Jednak Maryja któregoś dnia mocno wyakcentowała, że od różańca ważniejsza jest Eucharystia. 20 sierpnia Justyna zapytała, czy z powodu rozpoczęcia roku szkolnego mają przychodzić na różaniec rano przed Mszą Świętą. Matka Boża odpowiedziała: „Najpierw wysłuchać Mszy Świętej, a potem odmawiać różaniec, ponieważ Msza jest ważniejsza od różańca”.
Ciekawym faktem w orędziu Niepokalanej jest też Jej częste wezwanie skierowane do modlących się ludzi, by byli posłuszni kapłanom. Maryja zachęcała przez wizjonerki do częstego korzystania z Sakramentu Pojednania i korzystania z porad spowiedników, którzy mają łaskę rozeznawania prawdy i każdemu potrafią wskazać drogę prowadzącą do Boga. 7 września – na pytanie, czego sobie życzy Matka Boża od duchowieństwa, Barbara Samulowska usłyszała z ust Maryi: „Kapłani powinni gorliwie modlić się do Najświętszej Panny, wtedy Ona zawsze będzie przy nich”.
Jak zachowywały się dziewczęta podczas objawień? Barbara i Justyna ujrzawszy Maryję, składały niski pokłon i przez kilka chwil trwałe w tej postawie. Potem podnosiły się, spoglądając niewzruszenie na drzewo klonu, na którym widziały Najświętszą Pannę. Oczy podczas objawienia miały szeroko otwarte i nieruchome, źrenice zwrócone ku górze, ku niebu. Świadkowie zauważyli również pewną jasność na obliczu dziewcząt. Ich ciała podczas objawień pozostawały jakby bez czucia, ramiona, ręce i palce były miękkie i pozwalały się w każdym kierunku naginać, co nie wywoływało na twarzach wizjonerek najmniejszego skurczu. W zeznaniu Justyny Szafryńskiej, spisanym przez Komisję Biskupią, która przybyła do Gietrzwałdu na zlecenie biskupa warmińskiego Filipa Krementza, czytamy: "Ze zbliżeniem się objawienia nagle powstawała całkowita ciemność wokół mnie. Różaniec, który zaczęłam odmawiać objawieniem i modliłam się w ciszy ze zgromadzonymi ludźmi, odmawiałam w duchu dalej po rozpoczęciu się objawienia aż do chwili, gdy skierowałam do zjawy zadane mi pytanie, co też działo się w duchu. Nie wiem, co działo się w tym czasie koło mnie, nie czułam, gdy mi się ściskało rękę, widziałam objawienie także wtedy, gdy ktoś zakrył oczy. Skoro tylko zjawa zaczęła podnosić się z krzesła, co oznacza zakończenie tego objawienia, oddaję niski pokłon i gdy znowu się podniosę, widzę wszystko na nowo w zwyczajnym świetle dziennym. Odpowiedzi, które otrzymuję na moje pytania, udzielane są tak głośno, że powinny być słyszane na całym placu kościelnym. Wydaje mi się, że zjawa porusza przy tym wargami"… (SW, t. 14, s. 29-30).
Objawienia Matki Bożej trwały nieprzerwanie od 27 czerwca do 16 września 1877 roku. Łącznie w ciągu osiemdziesięciu dwóch dni Maryja ukazała się sto sześćdziesiąt razy. Spuścizna archiwalna umożliwia odtworzenie tego, co działo się każdego dnia: kto w spotkaniu brał udział, w jaki sposób objawiała się Matka Boża, co mówiła. Trzeba podkreślić mocno fakt, że Maryja przemawiała do dwóch wizjonerek wyłącznie po polsku, czyli w języku, w którym dziewczynki mówiły na co dzień. Objawienia natomiast dokumentowano zarówno w języku polskim jak i niemieckim. Oprócz treści stricte religijnych, dotyczących duchowości i zbawienia ludzi, odmawiania różańca czy innych form pobożności, dziewczynki pytały Matkę Bożą o wiele szczegółowych spraw, związanych z sytuacją społeczno-polityczną, prześladowaniem Kościoła, obsadzaniem kapłanami parafii warmińskich w okresie kulturkampfu. Przebieg objawień znamy dzięki szczegółowym opisom i dokumentacji prowadzonej przez proboszcza parafii gietrzwałdzkiej – ks. Augustyna Weichsela. Kolejnym, bardzo ważnym źródłem do poznania historii objawień są protokoły przesłuchań widzących, a także urzędowe relacje komisji biskupich oraz różne doniesienia kapłanów i świeckich.
Objawienia maryjne w Gietrzwałdzie wpisują się w szereg podobnych zdarzeń XIX i XX stulecia, a było ich wiele: św. Katarzyna Laboure (1830), objawienia w La Salette (1846), w Lourdes (1858), a także późniejsze w Fatimie (1917) oraz nam współczesne. W stulecie wydarzeń gietrzwałdzkich Biskup Warmiński Józef Drzazga dekretem z dnia 11 września 1977 r. zatwierdził kult objawień Matki Boskiej w Gietrzwałdzie jako nie sprzeciwiający się wierze i moralności chrześcijańskiej, oparty na faktach wiarygodnych, których charakter nadprzyrodzony i Boży nie da się wykluczyć. Warto w tym miejscu mocno podkreślić, że są to jedyne w Polsce objawienia Maryjne zatwierdzone oficjalnie przez Kościół. 11 września 1977 r. podczas uroczystości stulecia objawień maryjnych w Gietrzwałdzie kazanie wygłosił kard. Karol Wojtyła, abp metropolita krakowski. Kard. Wojtyła dostrzegł uniwersalny charakter orędzia z Gietrzwałdu, mówił bowiem: „Maryja na tym miejscu upomniała się o prawa człowieka i prawa narodu. Upomniała się w imieniu swojego Syna Ta, która jest Matką wszystkich ludzi i wszystkich narodów, ale w szczególny sposób są Jaj bliscy ci, którzy są uciskani i prześladowani. (…)I dlatego też całe stulecie lud Warmii, a wraz z nim cały naród polski, zwłaszcza od czasu, kiedy te ziemie znalazły się znowu w obrębie naszego państwa, dziękuje Matce Bożej Gietrzwałdzkiej za Jej proste, macierzyńskie słowa. Za wszystko, co powiedziała. Za to, że powiedziała w ojczystym języku; za to, że podniosła na duchu, że przypomniała różaniec, że dodała nadziei, pomogła przetrwać,, że wypomniała te wady, które przeszkadzają nam w utrzymaniu ludzkiej godności i w obronie praw narodu”.
Jest w Gietrzwałdzie ten niezapomniany zapach Bożej tajemnicy, unoszący się w powietrzu, nad ziemią, której dotknęła swoimi stopami Matka Najświętsza. Czuć w tym miejscu modlitwę tysięcy pielgrzymów, którzy przybywali do tej małej warmińskiej wioski, by powierzyć Bogu – przez Maryję – swoje życiowe drogi, czasami mocno poplątane, pełne trudnych i bolesnych doświadczeń. Ale jest też ten jedyny, subtelny, pełen serdecznej troski, kobiecy głos, zdający się cały czas powtarzać słowa: "Nie smućcie się, bo Ja zawsze będę z wami"…(były to ostatnie słowa Maryi skierowane do wizjonerek i wszystkich Polaków) Ten głos, przeplatany radosnym śpiewem ptaków, wkomponowany w uroczy i spokojny pejzaż ziemi warmińskiej, powraca jak bumerang w ciszy serc rozmodlonych pielgrzymów. Dla tego głosu warto do Gietrzwałdu zawędrować. I dać się ponieść atmosferze tego miejsca, pełnej Bożych tajemnic, macierzyńskiej troski Maryi i Bożego Ducha – za którym przecież każdy z nas tak bardzo tęskni i którego równie mocno potrzebuje...
(foto: "Objawienie. Matka Boża w Gietrzwałdzie)
"Szczęsny" celibat

Nie wyobrażam sobie swojego życia w zakonnym kapłaństwie, bez celibatu. Wprawdzie czasami , jak to mawiał mój dziadek: „pompa ssie”, a ciało jak ciało reaguje (bo tak to wszystko Pan Bóg skonstruował), to jednak dzięki celibatowi „ofiara” staje się pełniejsza, a i na krzyżu łatwiej się wisi. „To jest ciało moje, które za was będzie wydane”… Czyż w tych słowach nie kryje się najgłębsza definicja celibatu?...
Celibat wybrałem świadomie i dobrowolnie. Nikt mnie do tego nie zmuszał. Chciałem zostać księdzem, oddać Panu wszystko, co najbardziej cenne, wartościowe, nie wyłączając daru płciowości, za który Najwyższemu jestem z serca wdzięczny. Bo to piękny dar. Teraz realizuję go w trochę inny sposób, niż małżonkowie. Nie podejmuję aktów seksualnych z ukochaną kobietą-małżonką. Nie biorę czynnego udziału w „akcie stwórczym” Boga, przekazując życie swojemu potomkowi. Nie przeszkadza mi to w byciu normalnym mężczyzną, wręcz przeciwnie – z biegiem czasu odkrywam coraz bardziej, jak przebogata jest nasza „męska natura”. Ile w nas, mężczyznach, tkwi gdzieś tam w środku wrażliwości, gotowości do poświęcenia, siły do walki, zdobywania w imię najwyższych wartości, tego, co słuszne i szlachetne…
Wiem też jedno, że mając żonę i dzieci u swojego boku, nie mógłbym angażować się w stu procentach w to wszystko, co teraz, jako ksiądz robię. Celibat nie jest dla mnie „wyborem bezżeństwa”. To definicja uproszczona. Celibat jest „dobrowolnym, opartym na łasce Bożej wyborem bezżeństwa ze względu na sprawy Królestwa Niebieskiego”. By tym „sprawom” z pasją się oddać i całkowicie poświęcić, rezygnuję (świadomy wszelkich możliwych konsekwencji) ze „sprawy” równie mającej swoje zakorzenienie w „Królestwie Niebieskim” czyli – małżeństwa. To nie jest łatwa decyzja. „Ale jeżeli Bóg z nami, któż przeciwko nam”?... Zaś to, co w małżeństwie najcenniejsze, jak miłość cierpliwa, wierność, uczciwość i bycie ze sobą do końca, próbuję wcielać w życie jako kapłan. Różnie wychodzi (tak jak w małżeństwie), ale cel pozostaje ten sam – świętość, czyli głęboka jedność i przyjaźń z Tym, który „nas umacnia” i który „Syna swego Jednorodzonego dał, aby każdy, kto w Niego wierzy, nie zginął, ale życie wieczne miał”…
Do pastorów też się nie porównuję i błędem jest zestawianie (w dyskusji nad celibatem) posługi księdza katolickiego z posługą pastorów, bo to dwa różne światy. Wystarczy porównać ich obowiązki i posługę w perspektywie duszpasterskiej. Luter uciął wiele z tego, co w Kościele Rzymsko-Katolickim istnieje po dzień dzisiejszy, co też pozwala pastorom „działać na dwa fronty”. Choć znam wielu pastorów, którzy nam, katolickim księżom czasami zazdroszczą…
Że celibat „ciąży”… Czasami tak. Szczególnie, jeśli chodzi o sferę seksualną. Natura jest naturą. Ale o jednym mi Chrystus nieustannie przypomina: „Pamiętaj Rafale, Ja cię stworzyłem i Ja cię przy życiu podtrzymuję. A twoja natura pozostaje w moich stwórczych dłoniach. Dla Mnie, nie ma rzeczy niemożliwych”… Skoro tak, myślę sobie, to ten (nie)szczęsny celibat ma swój głęboki sens. I dla mnie osobiście, staje się on coraz bardziej „szczęsny”…
Jest jeszcze jedna ważna intuicja. Pragnę iść za Chrystusem. Próbuję Go naśladować, we wszystkim. A skoro we wszystkim, to także w wymiarze ludzkiej seksualności. Kiedy wypowiadam przy ołtarzu słowa: „„To jest ciało moje, które za was będzie wydane”… chce mi się płakać. Bo to jest tak bardzo prawdziwe. I Jego… I moje… W tych słowach kryje się najbardziej oczywista i jasna dla mnie definicja celibatu. Wcielana codziennie w życie, przez tysiące kapłanów na całym świecie. Dzięki Jego wspaniałomyślności i łasce…
11 maja 2010
Dziwny gatunek...

My księża jesteśmy dziwnym gatunkiem. Dużo wiemy. Teologię w seminarium wciągamy namiętnie przez sześć lat. Osadza się ona w naszym intelekcie, niczym kurz na książkach, które zalegają nasze regały i biblioteczki. Historia Kościoła, Pismo Święte, eklezjologia, pneumatologia, patrystyka, teologia dogmatyczna i fundamentalna. Najczęściej wszystkie te teologiczne dyscypliny mamy w jednym paluszku. I co z tego?...
Odmawiamy brewiarz (choć niektórym kapłanom z upływem czasu staje się on obcy), sprawujemy Eucharystię, spowiadamy, uprawiamy żyzną glebę sakramentów. Wszystko jest cacy do momentu, kiedy staje przed nami żywy człowiek, z krwi i kości, pogubiony jak licho, innym razem równie świetnie orientujący się w teologii, co my. Bo wiedza wiedzą, a charyzmat trzeba w sobie pielęgnować rzetelnie i na kolanach, lecąc rzecz jasna na patencie łaski. A to już nie jest takie proste…
Nasze teologiczne mądrości i owszem, są przydatne. Ale człowieczeństwo to sprawa o wiele bardziej skomplikowana, niż wykucie (nawet ze zrozumieniem) materiału i zdanie egzaminu np. z teologii pastoralnej. Dźwigamy w sobie przeszłość, dzieciństwo i młodość, naszych rodziców, klimat domu, nie zawsze sielankowy i przesiąknięty ewangelicznymi klimatami. Do tego dochodzi jeszcze nasza męska natura, czasami egoistyczna i narcystyczna, sprawiająca wielokroć, że w pobliżu kościoła, czy w biurze parafialnym, pokiereszowani życiem ludzie spotykają „małego chłopca” w sutannie, nadętego mędrca i właściciela wielu zabawek, bez których żyć nie może.
Wielkie słowa… „Zbawienie”, „łaska”, „zmartwychwstanie”, „odkupienie”. Siedzą niektórzy w ławkach na niedzielnej Eucharystii, patrzą się, słuchają, ale żywego Boga jak nie spotkali, tak i nie mają zamiaru spotkać, bo kapłan Chrystusa fanzoli „piąte przez dziesiąte”, sam nie wiedząc o czym mówi. To znaczy wiedzieć o czym gada, może i wie, ale nijak się ma to do tego, czym wielu z jego słuchaczy żyje i co na dzień dzisiejszy czuje.
Piszę ten tekst także o sobie, do siebie. Biję się w piersi... I martwię się coraz bardziej. Ile to jeszcze potrwa, zanim z nadętej momentami teologii, a raczej wiedzy teologicznej – wyłuskam to, co owce nakarmi do syta, da poczucie bezpieczeństwa, pasterskiej miłości i doświadczenie Chrystusa. Przecież sam Jezus, bez żadnych tytułów naukowych, dyplomów, potrafił tłumaczyć Królestwo Niebieskie, przy pomocy obrazów z życia –pługów, roli, drachm, zwierza hodowlanego etc. Kiedy zaczniemy mówić po ludzku i z serca, czyniąc znaki konkretne, mocą łaski, mocą Tego, który „jakby gołębica” krąży nad kościołami, plebaniami i klasztorami, szturmując kapłańskie serca i podejmując kolejne próby przebicia się przez skorupę poprawności, sztucznej formy, idealizmu i odrealnionych całkowicie pogadanek przy ambonie. Nie wspominając już o wielu sytuacjach (czyt. spotkaniach ze swoim pasterzem), po których jedno marzenie rodziło się nagle w głowie parafian, by już więcej tego tępego i zakochanego w sobie klechy, na drodze swojej nie spotkać…
Księża to dziwny gatunek. Ale nawet ten gatunek jest przez Chrystusa porządnie miłowany. „Świętość wzrasta na rumowisku własnego egoizmu” – mawiał współzałożyciel naszego zgromadzenia i pierwszy chrystusowiec – o. Ignacy Posadzy. Obracaj zatem w rumowisko, Panie, ten nasz kapłański, męski i ludzki egoizm. Aż z „dziwnych” staniemy się świętymi. Na wyciągnięcie ręki…
Nasze ciało ukochane

Przykazanie miłości. Zawiera się w nim pełnia naszego „humanistas”. Pokochać Boga, drugiego człowieka, siebie oznacza stać się w pełni człowiekiem, zintegrowaną i harmonijną osobowością, stworzeniem spoczywającym w rękach Stwórcy. Brzmi atrakcyjnie. Ale jak to osiągnąć? Każdy dzień przynosi kolejne, wstrząsające odkrycia naszej ograniczoności. O ile potrafimy deklarować miłość do Boga, żony, męża, rodziców, dzieci, przyjaciół, o tyle problem pojawia się w doświadczeniu miłości do samego siebie. Zaraz na horyzoncie pojawia się koszmarna zjawa egoizmu i pychy, straszy nas, prawie że paraliżuje… A przecież miłować bliźniego, podług słów samego Chrystusa, mogę jedynie wtedy, gdy pokocham i zaakceptuję siebie, podejmując wysiłek uczciwej i rzetelnej pracy nad sobą.
Chrześcijaństwo jest religią miłości. Brzmi patetycznie. Wiem. Ale nie ja to objawiłem. Zrobił to sam Bóg, stając się człowiekiem. Dlatego też chrześcijaństwo, z woli Najwyższego, jest nade wszystko „religią ciała”. Bo człowiek, wchodzący w relację z Bogiem, wchodzi w nią całym sobą. „Sursum corda” znaczy wznieść w górę serce, duszę, ciało. Cały wznoszę się ku Bogu, cały kocham, cały tzn. z moją psychiką, moim duchem, moim mózgiem, płucami, układem krwionośnym, emocjami, myśleniem, światem duchowym spoczywającym głęboko we mnie, nie wyłączając płciowości, zaprojektowanej prze samego Boga.
Pokochać siebie… Pokochać swoje ciało… Jest ono często przyczyną paskudnych naszych kompleksów, źródłem napięć psychicznych, także duchowych. Ciało staje się czasami ciężarem nie do uniesienia, jarzmem mało słodkim, materiałem przeróżnych eksperymentów.
Bóg się musi czasami dużo napracować, by wbić nam raz na zawsze do główek prawdę ostateczną, żeśmy z jego rąk wyszli, a jeśli tak, to jesteśmy „arcydziełem”, bo Bóg bubli nie stwarza. Dobrze to rozumiał Jan Paweł II, który w początkach swojego pontyfikatu podarował światu, pachnącą niebem i realną naszą rzeczywistością – „teologię ciała”. Jej śmiałość i novum trafnie określił kard. Andreas Laun mówiąc, że” dwadzieścia wieków chrześcijaństwa nie wniosło w rozumienie seksualności tyle, co dwadzieścia lat jego (Jana Pawła II) pontyfikatu”.
Papieska „teologia ciała” przywraca ludzkiej seksualności, ludzkiemu ciału pełnię blasku i piękna. W miarę, jak posuwamy się naprzód w rozważaniach Jana Pawła II, zaczynamy coraz bardziej rozumieć, że w naszym doświadczeniu cielesności, człowiek nie jest nigdy pozostawiony samemu sobie. Że w tajemnicy Chrystusa, Boga-Człowieka, nasz osobisty dramat kobiety i mężczyzny, staje się dramatem samego Boga. Jezus, przekonuje papież, jest także tutaj, w rzeczywistości naszego ciała, towarzyszy nam tak w trudnościach, jak i w radościach, naszej kobiecości i męskości.
Zachęcam do lektury książki „Seksualność według Jana Pawła II”. Napisał ją Yves Semen, doktor filozofii, specjalista w zakresie etyki społecznej, mąż, ojciec ośmiorga dzieci. Możecie ją nabyć na stronie:
http://www.ksw.com.pl/pl/shop/teologia/seksualnosc_wedlug_jana_pawla.html
10 maja 2010
"O 16:00 czekam w konfesjonale"...

Wszystko powoli się uspokaja. Noc i gęsta ciemność zaczynają smakować. On gdzieś jest. Przy mnie, za mną, we mnie. Wszystko jedno. Daje konkretne znaki. Przychodzi mimo drzwi zamkniętych. Nic nie widać, nie słychać. Jest tylko ta cicha, pełna pokoju - wewnętrzna intuicja…
„Pokój zostawiam wam, pokój mój daję wam. Nie tak jak daje świat, Ja wam daję. Niech się nie trwoży serce wasze ani się nie lęka”…
Te słowa podnoszą na duchu. Wypowiada je przecież Ten, który wie co mówi i który nigdy słów nie rzuca na przysłowiowy wiatr. Mogłem je ostatnio rzec pewnemu człowiekowi, którego Bóg postawił na mojej drodze wiele miesięcy temu. Przyprowadziła go na plebanię jego małżonka. Mówiła płacząc: „Niech ksiądz coś zrobi… Niech ojciec mu pomoże”… Patrzyłem się na nich i pomyślałem sobie: „To nie ten adres”. Ja nie pomogę w niczym. Ale On… Jemu na pewno się uda.
W chwilę później siedzimy w moim pokoju. Małżonka stoi na zewnątrz. Daniel coś mówi, opowiada, szlocha. Siedzi przede mną rasowy alkoholik, wiekiem około czterdziestki, żonaty, właściciel dobrze prosperującej firmy. Mówi długo, a ja myślami jestem zupełnie gdzie indziej. Modlę się. W końcu sięgam po stułę i proponuję: „Czas na spowiedź… Jeszcze raz to wszystko powiedz, ale nie mi, tylko Jezusowi”… Rzucam go w objęcia sakramentu spowiedzi. Mijają kolejne minuty. Znak krzyża, formuła rozgrzeszenia. Wychodzi. Odsyłam go do terapeuty. Proszę, by chociaż spróbował. Obiecuje, że podejmie próbę. Jak się później okazało, nie blefował…
Kilka miesięcy później… Siedzę w swoim pokoju, coś tam czytam. Nagle odzywa się telefon. Sms od mojego ucznia. Też Daniel. Pyta się, kiedy może przyjść do spowiedzi. Odpisuję: „Jutro o 16:00 czekam w konfesjonale”. Wysyłam smsa. Przez pomyłkę (błogosławioną zupełnie) wysyłam wiadomość nie do mojego ucznia, ale do Daniela alkoholika.
A ten nawalony jak łoś siedział w fotelu, załamany totalnie, że znowu sięgnął po butelkę. Terapia, miłość żony, cierpliwość dzieciaków… Nie udało się?... Miało być dobrze… Miało być pięknie, normalne. I siedzi w tym fotelu, aż tu nagle dzwoni telefon komórkowy. Bierze go do ręki i czyta powoli: „„Jutro o 16:00 czekam w konfesjonale”. Zdębiał…
W kilka dni później przyszedł Daniel do kościoła. Siedziałem w konfesjonale. Podszedł, uklęknął, zrobił znak krzyża. Drżącym głosem przebija się przez swoją porażkę, głupotę, lęk… W ławce siedzi żona, skulona jak pisklę, zatopiona w modlitwie. Jak Mojżesz na górze Synaj, kiedy nacierali Amalekici…
Daniel płacze… A Chrystus mówi: „Pokój zostawiam ci, pokój mój daję tobie. Nie tak jak daje świat, Ja Tobie daję. Niech się nie trwoży serce twoje ani się nie lęka. Oto czynię wszystko nowe”…
Odchodzi od konfesjonału. Znowu idzie na terapię. Jest z nim żona, są z nim dzieci. A jeśli oni są z nim, to i jest z nim Chrystus. Tyle mi wystarcza na dzień dzisiejszy. Tyle kryje się w słowach, które wypowiadam: „Ojcze nasz, któryś jest w niebie”… W mroku wiary, odartej z „religijnej pewności”. Bo przecież „credere” - „wierzyć” wywodzi się od „cor dare” czyli „dać serce”… Temu, który leczy, który uzdrawia, który podnosi z ziemi nasze duchowe zwłoki, by je ożywić…
Deo gratias… Domine…
7 maja 2010
Strach się bać

Zaczynam się coraz bardziej bać. Także tego, że któregoś poranka, tuż po przebudzeniu okaże się, że jestem pedofilem. Księdzem – pedofilem. Medialne wrzawy i systematyczne roztrząsanie grzechu (przestępstwa) pedofilii niektórych kapłanów bolą. Nie tylko ofiary, ich rodziny ale też ludzi Kościoła. Nas wierzących w Jezusa Chrystusa. Choć z drugiej strony, kiedy się tak czyta te wszystkie newsy (dotyczące w 90 % przypadków molestowań w latach 70-tych i 80-tych) można mieć wrażenie, że księża są jedyną grupą we wszechświecie, zajmującą się namiętnie i zawodowo molestowaniem nieletnich. Nikt inny. No, może od czasu do czasu trafi się jakiś dyrygent z Poznania, czy lekarz. Tak dla urozmaicenia. Ale reszta zboczeńców to księża. Strach się bać…
Oczywiście wszystkiemu (jak zawsze) winien jest Kościół. Przede wszystkim Papież, który zboczeńców ochraniał. Dalej w kolejce – biskupi. Miałem okazję czasy ostatnimi przebywać w Irlandii Północnej, dokładnie w Belfaście. Przy śniadanku przeglądałem irlandzką prasę. Także katolicką. Pierwsze strony zawsze poświęcone tematowi molestowania nieletnich przez księży i biskupów. Wszystkie przypadki sprzed dwudziestu, trzydziestu lat. Na kolejnych stronach artykuły uwieńczone pytaniem: „czy szkoły dalej powinny być w rękach Kościoła”? I wszystko jasne. Środowiska, które jeszcze nie tak dawno walczyły na froncie seksualnych rewolucji w Europie, triumfalnie ogłaszając „wolność” seksualną (czyt. rozwiązłość) otwierając furtkę do na wpół legalnego funkcjonowania w wyzwolonym z chrześcijańskich wartości społeczeństwie - wszelkich możliwych zboczeństw, dzisiaj zbiera żniwa, zrzucając winę oczywiście na Kościół. Znamy ten casus z historii Europy. Duch Nerona wiecznie żywy.
A jak wygląda rzeczywistość? Dane rządowego raportu w USA świadczą o wyolbrzymionych przez media rozmiarach skandali pedofilskich w kościele. Z raportu wynika, że pedofilami jest tam niespełna 0,03 proc. kapłanów, czyli trzech na dziesięć tysięcy. W świetle tych danych Kościół katolicki należy do najbezpieczniejszych środowisk w całym społeczeństwie. Choć dzięki niektórym mediom może się dziś wydawać, że w Kościele roi się od pedofilów, raport przygotowany dla amerykańskiego Departamentu Edukacji (Raport Shakeshaft) pokazuje prawdziwe proporcje nadużyć. Ofiar księży jest sto razy mniej niż ofiar nauczycieli. O tym w mediach się nie mówi. Wiemy, dlaczego…
Na te dane powołał się ostatnio George Weigel krytykując ataki na papieża Benedykta XVI w „New York Times'ie”. Zwrócił on uwagę na fakt, że media – choć stosują retorykę „obrońców dzieci” - w rzeczywistości skupiają się jedynie na zaszkodzeniu Kościołowi. Nadużycia seksualne księży miały miejsce głównie w latach 60-tych i 80-tych, a przedstawia się Kościół jako „epicentrum wykorzystywania seksualnego młodych”. Tymczasem w 2009 roku zanotowano w USA jedynie sześć przypadków oskarżeń księży o nadużycia wobec dzieci, co świadczy, że Kościół znacznie lepiej poradził sobie z pedofilią niż inne instytucje. Akty pedofilii wśród nauczycieli zawsze traktowane są jako indywidualne przypadki i nikt nie domaga się zreformowania całego systemu edukacji – pisze Weigel - podczas gdy sprawy dotyczące księży bulwersują opinię publiczną nawet po 20 latach i zawsze służą do zniszczenia wiarygodności Kościoła. Raport Shakeshaft, opublikowany dwa lata po ujawnieniu skandali pedofilskich w Kościele w USA, został zupełnie przemilczany.
Podważenie zaufania do Kościoła to stara i diabelska taktyka ogłupienia „oświeconej” ludzkości. A ja ośmielę się przypomnieć na koniec słowa św. Piotra: : „Wy zaś jesteście wybranym plemieniem, królewskim kapłaństwem, narodem świętym, ludem Bogu na własność przeznaczonym, abyście ogłaszali dzieła potęgi Tego, który was wezwał z ciemności do przedziwnego swojego światła” (1P 2.9)… Nie „ludem pedofilii, zboczeńców, tępych półgłówków uległych medialnym manipulacjom”. O czym też warto nieustannie pamiętać. Czyniąc pokutę i modląc się za tych, którzy dopuścili się grzechu i przestępstwa molestowań seksualnych (w sutannie i bez) oraz za ofiary tych przestępstw. Zresztą Kościół jako jedyna instytucja (i żywa wspólnota) na dzień dzisiejszy – stawiła i stawia odważnie czoła bolesnym przypadkom pedofilii, także w swoich szeregach. Za co Bogu Jedynemu niech będzie chwała…
5 maja 2010
Zwiastowanie

Anioł niósł zwiastowanie
Ciężko jak złoty kamień
Albo jak krwawy owoc
Płakał nad każdym słowem
Bo co miał powiedzieć tej małej
Co bezradnie pod niebem uklękła?
Że tak straszna będzie dziecka męka
Co się właśnie zaczyna w jej krwi
Że sam Bóg u wieczności drzwi
Czeka
Na Jej nie albo tak
Jaki dała Przedwiecznemu znak
By mógł dotknąć jak człowiek człowieka
(Ernest Bryll)
Foto: "Zwiastowanie" Dante Gabriel Rossetti
3 maja 2010
Turyn, Papież i geje...

Benedykt XVI miał w Turynie "konkurencję" – donosi portal Onet.pl. Oto „w centrum Turynu zorganizowano protest przeciw wizycie papieża. Przeciwnicy kościoła przebrani w stroje księży i papieża chcieli zwrócić uwagę na ostatnio głośne skandale seksualne wśród duchowieństwa.
Protestujący krytykowali też papieża za poglądy na aborcję, homoseksualizm i antykoncepcję”.
Można też obejrzeć filmik z „protestu” zorganizowanego raptem przez kilkunastu gejowskich aktywistów (jak podają źródła włoskie), wspomaganych paniami kochającymi „inaczej”, którzy znowu pokazali swój poziom, Bóg sam jedyny wie czego. Domyślam się, że swojej perwersyjnej głupoty i całkowitego braku taktu, tudzież kultury. I znowu uciemiężeni geje obrazili wszelkie możliwe świętość w takt wygrywanej na bębenkach śmiesznej melodyjki – przecież im wolno, a jakże. Nie daj Bóg, gdyby któryś z katolickich duchownych ośmielił się zrobić coś podobnego… Zaserwowano by tedy w mediach porządną wrzawę, z hasłami pokroju: „katolicka homofobia” etc. a pani Senyszyn poczyniła by z pewnością na swoim blogu pełen goryczy wpis, broniąc rzecz jasna zdeptanej godności biednych, prześladowanych i upokorzonych homoseksualistów.
Banda z lekka przytępionych półinteligentów zrobiła to, co zrobiła w czasie, kiedy Benedykt XVI przybył umocnić w wierze Turyńczyków, odprawiając im i zgromadzonym pielgrzymom – Eucharystię. Więcej, ów śmieszny protest dla Ojca Świętego raczej konkurencją stać się nie mógł, i nie był w żadnym calu. Zaś forma krytyki papieskich poglądów w sprawie etyki i moralności okazała się być żadną „formą” i żadną „krytyką”, (choć było przez moment kolorowo, głośno i niby śmiesznie, jak to na każdej gejowskiej paradzie, która ma uświadamiać cywilizowanej część ludzkości, że homoseksualista to też człowiek i że ma prawo ubierać się w skóry, lateksy i biegać na golasa po ulicach, wymachując wibratorami i innymi zdobyczami seksualnej wolności)…
Kolejna śmieszna informacja Onetu.pl i kolejny już mniej śmieszny wniosek: „głupota ludzka nie zna granic” i żal tylko, że w mediach jest na nią wciąż za wiele miejsca…
Subskrybuj:
Posty (Atom)
Chrystusowcy....
Zasadniczym celem Towarzystwa Chrystusowego dla Polonii Zagranicznej jest uwielbienie Boga i uświęcenie się poprzez naśladowanie Jezusa Chrystusa. W sposób szczególny członkowie Towarzystwa włączają się w apostolstwo na rzecz rodaków przebywających poza granicami państwa polskiego.
Duchowość Towarzystwa Chrystusowego, wypływająca z życia zakonnego i kapłańskiego jego członków, oparta jest na charyzmacie Założyciela kard. Augusta Hlonda i posłannictwie zgromadzenia. Wypływa także z późniejszych tradycji wypracowanych przez wspólnotę, kierowanej zwłaszcza przez pierwszego przełożonego generalnego, współzałożyciela ks. Ignacego Posadzego.
Duchowość Towarzystwa Chrystusowego, wypływająca z życia zakonnego i kapłańskiego jego członków, oparta jest na charyzmacie Założyciela kard. Augusta Hlonda i posłannictwie zgromadzenia. Wypływa także z późniejszych tradycji wypracowanych przez wspólnotę, kierowanej zwłaszcza przez pierwszego przełożonego generalnego, współzałożyciela ks. Ignacego Posadzego.
Działalność Towarzystwa Chrystusowego zdeterminowana jest misją apostolską zleconą przez Kościół. Wypełniana jest poprzez gorliwe życie radami ewangelicznymi, modlitwą i pokutą oraz wszelkiego rodzaju pracami duszpasterskimi podejmowanymi dla dobra Polaków żyjącymi poza granicami kraju.
Kapłani Towarzystwa, jako słudzy Chrystusa niosą dobrą nowinę o zbawieniu wszystkim rodakom. Służą im nie tylko opieką duszpasterską, ale również kulturową i społeczną. Bracia zakonni uczestniczą w posłannictwie Towarzystwa poprzez gorliwe życie zakonne i podejmowane różnorakie prace dla wypełniania misji zgromadzenia.
Świadectwo....
...Z wiarą w Boga jest jak z lataniem. Może i nie jesteśmy ptakami, na rękach w powietrze się nie wzniesiemy, ale sny Dedala i Ikara o tańcu w chmurach drzemią w każdym z nas. Ktoś musiał zatem wymyśleć samoloty, balony, spadochrony. By poczuć trochę wolności i oderwać się od ziemi, wypowiadając wojnę poczciwemu prawu grawitacji.
Wierzyć, znaczy wzbić się - ze swoim niespokojnym sercem - w przestworza nieznane, bez skrzydeł. Myślę o tym, bo wciąż jestem świadkiem rzeczy i wydarzeń, o których jeszcze kiedyś mógłbym pomyśleć: zwykły przypadek, zbieg okoliczności, sztuczka nad sztuczkami. Kto raz spotkał na swojej drodze Boga, żywego i realnego, wszedłszy w zawiłość doświadczenia Jego obecności, ten już nigdy nie pomyśli, nawet na moment, że bez skrzydeł nie da się ulecieć w głąb tajemnicy. Niespokojne serce musi ostatecznie spocząć w Bogu...
To było 10 lat temu. Studiowałem wtedy filologię polską na Uniwersytecie Szczecińskim. Młody chłopak, z małej warmińskiej wioski, z legitymacją studencką w ręku, wylądował w dużym mieście. Zamieszkałem w akademiku. Nowe znajomości, kumple, wykłady, imprezy - życie studenckie. Wtedy w akademikach nie było internetu czy telewizji. Było za to życie towarzyskie, wysiadywanie do późnych godzin nocnych na korytarzach i w klubach studenckich. Mijały tygodnie. Wódka lała się litrami, dym palonej trawki - szwendał się bezwiednie korytarzami studenckiego organizmu. Przyszedł moment, że sięgnąłem przysłowiowego dna. Zawalone wykłady, moralność poniżej zera, pustka wewnętrzna coraz dotkliwiej dawała znać o sobie. Skreślono mnie w końcu z listy studentów. Wrak człowieka, z parszywą wewnętrzną samotnością, zawył któregoś wieczoru głęboko we mnie, ogłaszając całemu wszechświatu, że jestem prawdziwym zerem. Pamiętam ten wieczór. Leżałem w ciemnym pokoju, za oknami padał dołujący mnie jeszcze bardziej deszcz. Zacząłem płakać. Jak małe dziecko. Zerwałem się z łóżka, chwyciłem kurtkę i wybiegłem na zewnątrz. Myślałem - koniec. Jestem skończony. Co powiem moim rodzicom? Gdzieś, pięćset kilometrów stąd, harowali ciężko, by ich ukochany synek wyszedł na ludzi, ukończył studia i był szczęśliwy. Wierzyli we mnie. Dali mi wszystko, co mogli dać, odbierając sobie bardzo wiele. Szedłem tak długo, z tymi myślami. Deszcz mieszał się z moimi łzami. Pamiętam jak wtedy kląłem , przeklinałem, chciało mi się wrzeszczeć, wyć, krzyczeć, uciec gdzieś - ale dokąd? Aż w końcu stanąłem przed kościołem. Był późny wieczór. Kościół zamknięty. Uklęknąłem przed drzwiami, oparłem o nie swoje czoło i zacząłem wrzeszczeć do Boga. Potrzebowałem Go. Kiedyś słyszałem, jak w kościele mówili, że On przyszedł do chorych a nie do tych, co się dobrze mają. Cisza... Tylko deszcz i szum wiatru. Ale w tej ciszy było coś, co mnie uspokoiło. Zerwałem się z miejsca i pobiegłem do pobliskiej plebanii. Zacząłem na oślep dzwonić do wszystkich księży, tam mieszkających. Musiałem się wyspowiadać. Tak, byłem tego pewny, musiałem się wyspowiadać!!! Potrzebowałem oczyszczenia... Potrzebowałem uzdrowienia... Potrzebowałem Boga, który nie mógł mnie odrzucić. Teraz, albo nigdy! Jeśli istniejesz - wyciągnij mnie z bagna i tego piekła, które rozpętałem na własne życzenie. W domofonie usłyszałem nagle spokojny głos jakiegoś księdza. Wybuchłem płaczem...
Ten wieczór zdawał się nie mieć końca... W spowiedzi wyrzuciłem z siebie wszystko. Nie pamiętam ile trwała. Mówiłem dużo, przez łzy, ksiądz nie przerywał, tylko słuchał. Opowiedziałem historię mojego życia, wszystko, co podpowiadało mi moje niespokojne serce. Mówiłem o tym wszystkim nie księdzu, ale Bogu. Czułem, że mnie słyszy. Pomyślałem: przecież on to wszystko wie... On tak, ale i do mnie musiało to wszystko dotrzeć. Potężna fala wyzwalającej prawdy uniosła mnie i moją rozpacz, poddałem się sile żywiołu, wiedziałem, że nic mi się nie stanie. On był zbyt blisko...
Wracałem do akademika mocno wyczerpany. Wszystko mnie bolało: kości, mięśnie, głowa... Rzuciłem się na łóżko i zasnąłem. Po raz pierwszy, od długiego czasu, zasnąłem. Nie mogło być inaczej. Łaska przebaczenia uspokoiła wezbrane wody. Spałem wtulony w mojego Boga... Który mnie ocalił...
W kilka dni póżniej spakowałem się, by powrócić w moje rodzinne strony. Siedziałem w pociągu, skulony jak przerażone pisklę. Teraz czekało mnie coś najtrudniejszego. Spotkanie z rodzicami. Pociąg sunął się mozolnie, po mocno żelaznych szynach, wioząc zalęknionego syna, który zawiódł swoją matkę i ojca. Cały czas się modliłem. Od czasu do czasu w myślach pojawiała się twarz płaczącej mamy i twarz taty, z jego surowym spojrzeniem i krzykiem w tle. Był porywczym i nerwowym człowiekiem.
Gdy pociąg wjeżdżał na stację Braniewo, czekałem na najgorsze. Wyszedłem z pociągu. W oddali ujrzałem sylwetkę ojca. Zbliżałem się do niego powoli, niepewnie. Gotowy na wszystko. Na pierwsze docinki, marudzenie, może krzyk... Na pierwsze przekleństwa...
Ojciec nagle ruszył w moją stronę. Czułem w powietrzu jego siłę i moc. Spuściłem wzrok, czułem, że pod powiekami za chwilę pojawią się pierwsze łzy. Nie krzyczał... Nic nie powiedział, tylko rzucił się na mnie, oplatając mnie swymi ramionami. Ten uścisk wszedł w fazę nieskończoności. Uścisnął mnie mocno, jak gdyby nie chciał mnie już nigdy ze swoich ojcowskich ramion wypuścić. To nie był sen. To był mój ojciec, jakiego wcześniej nigdy nie znałem... Szeptał mi do ucha: synu, jak ty wyglądasz?... Znoszona kurtka, spodnie, stare buty. Cała kasa szła przecież na zabawę, alkohol, fajki, trawę... Płakałem. A on mnie ciągle ściskał. I wtedy poczułem coś, co mnie z jednej strony przeraziło a z drugiej zalało niedającym się opisać pokojem. Poczułem nie tylko ramiona mojego taty. To nie były tylko jego ramiona. W tym momencie, na peronie, obejmował mnie sam Bóg. Ojciec obejmował syna marnotrawnego... Bóg objął swoje zagubione dziecko. To doświadczenie było tak silne, tak stuprocentowe, że nawet teraz kiedy to piszę, przenika moje ciało dreszcz, zmieszany ze wzruszeniem. Tego dnia uzyskałem, jedyny z możliwych, dowód - na istnienie Boga. Dowód spłodzony w ramionach mojego biologicznego ojca...
I wtedy byłem już pewien swojej przyszłości. W objęciu Boga pojawiło się pragnienie, mocne i nie do zniszczenia. Pragnienie obejmowania ludzi zagubionych. Pragnienie szukania tych, którym brakuje sił do odnalezienia pokoju ducha. Pragnienie, by inni w moich ramionach, słowach, gestach mogli odkryć tajemnicę najpełniejszej i prawdziwej miłości, której na imię - Bóg... Jedna droga umożliwiła mi realizację tego silnego pragnienia. Wstąpiłem do zakonu. Zostałem księdzem i zakonnikiem. By Bóg mógł przeze mnie odnajdywać tych, którzy od Niego odeszli, w dalekie strony, pełne mroku i zwątpienia...
„Stworzyłeś mnie, Boże, dla siebie i niespokojne jest serce moje, dopóki nie spocznie w Tobie”. To słowa św. Augustyna. Moje ulubione, bo pełne tego, co dane mi było doświadczyć... Wiele jest historii niespokojnych serc. I wiele z tych historii rozgrywa się pośród nas, cichych i rzeczywistych do bólu... Bogu te wszystkie historie zawierzam, z nadzieją (może czasami aż nazbyt natrętną), że nie jedno serce (zagubione i niespokojne) otworzy się na łaskę wiary, by spocząć w ramionach ciepłych od prawdziwej miłości.
Wierzyć, znaczy wzbić się - ze swoim niespokojnym sercem - w przestworza nieznane, bez skrzydeł. Myślę o tym, bo wciąż jestem świadkiem rzeczy i wydarzeń, o których jeszcze kiedyś mógłbym pomyśleć: zwykły przypadek, zbieg okoliczności, sztuczka nad sztuczkami. Kto raz spotkał na swojej drodze Boga, żywego i realnego, wszedłszy w zawiłość doświadczenia Jego obecności, ten już nigdy nie pomyśli, nawet na moment, że bez skrzydeł nie da się ulecieć w głąb tajemnicy. Niespokojne serce musi ostatecznie spocząć w Bogu...
To było 10 lat temu. Studiowałem wtedy filologię polską na Uniwersytecie Szczecińskim. Młody chłopak, z małej warmińskiej wioski, z legitymacją studencką w ręku, wylądował w dużym mieście. Zamieszkałem w akademiku. Nowe znajomości, kumple, wykłady, imprezy - życie studenckie. Wtedy w akademikach nie było internetu czy telewizji. Było za to życie towarzyskie, wysiadywanie do późnych godzin nocnych na korytarzach i w klubach studenckich. Mijały tygodnie. Wódka lała się litrami, dym palonej trawki - szwendał się bezwiednie korytarzami studenckiego organizmu. Przyszedł moment, że sięgnąłem przysłowiowego dna. Zawalone wykłady, moralność poniżej zera, pustka wewnętrzna coraz dotkliwiej dawała znać o sobie. Skreślono mnie w końcu z listy studentów. Wrak człowieka, z parszywą wewnętrzną samotnością, zawył któregoś wieczoru głęboko we mnie, ogłaszając całemu wszechświatu, że jestem prawdziwym zerem. Pamiętam ten wieczór. Leżałem w ciemnym pokoju, za oknami padał dołujący mnie jeszcze bardziej deszcz. Zacząłem płakać. Jak małe dziecko. Zerwałem się z łóżka, chwyciłem kurtkę i wybiegłem na zewnątrz. Myślałem - koniec. Jestem skończony. Co powiem moim rodzicom? Gdzieś, pięćset kilometrów stąd, harowali ciężko, by ich ukochany synek wyszedł na ludzi, ukończył studia i był szczęśliwy. Wierzyli we mnie. Dali mi wszystko, co mogli dać, odbierając sobie bardzo wiele. Szedłem tak długo, z tymi myślami. Deszcz mieszał się z moimi łzami. Pamiętam jak wtedy kląłem , przeklinałem, chciało mi się wrzeszczeć, wyć, krzyczeć, uciec gdzieś - ale dokąd? Aż w końcu stanąłem przed kościołem. Był późny wieczór. Kościół zamknięty. Uklęknąłem przed drzwiami, oparłem o nie swoje czoło i zacząłem wrzeszczeć do Boga. Potrzebowałem Go. Kiedyś słyszałem, jak w kościele mówili, że On przyszedł do chorych a nie do tych, co się dobrze mają. Cisza... Tylko deszcz i szum wiatru. Ale w tej ciszy było coś, co mnie uspokoiło. Zerwałem się z miejsca i pobiegłem do pobliskiej plebanii. Zacząłem na oślep dzwonić do wszystkich księży, tam mieszkających. Musiałem się wyspowiadać. Tak, byłem tego pewny, musiałem się wyspowiadać!!! Potrzebowałem oczyszczenia... Potrzebowałem uzdrowienia... Potrzebowałem Boga, który nie mógł mnie odrzucić. Teraz, albo nigdy! Jeśli istniejesz - wyciągnij mnie z bagna i tego piekła, które rozpętałem na własne życzenie. W domofonie usłyszałem nagle spokojny głos jakiegoś księdza. Wybuchłem płaczem...
Ten wieczór zdawał się nie mieć końca... W spowiedzi wyrzuciłem z siebie wszystko. Nie pamiętam ile trwała. Mówiłem dużo, przez łzy, ksiądz nie przerywał, tylko słuchał. Opowiedziałem historię mojego życia, wszystko, co podpowiadało mi moje niespokojne serce. Mówiłem o tym wszystkim nie księdzu, ale Bogu. Czułem, że mnie słyszy. Pomyślałem: przecież on to wszystko wie... On tak, ale i do mnie musiało to wszystko dotrzeć. Potężna fala wyzwalającej prawdy uniosła mnie i moją rozpacz, poddałem się sile żywiołu, wiedziałem, że nic mi się nie stanie. On był zbyt blisko...
Wracałem do akademika mocno wyczerpany. Wszystko mnie bolało: kości, mięśnie, głowa... Rzuciłem się na łóżko i zasnąłem. Po raz pierwszy, od długiego czasu, zasnąłem. Nie mogło być inaczej. Łaska przebaczenia uspokoiła wezbrane wody. Spałem wtulony w mojego Boga... Który mnie ocalił...
W kilka dni póżniej spakowałem się, by powrócić w moje rodzinne strony. Siedziałem w pociągu, skulony jak przerażone pisklę. Teraz czekało mnie coś najtrudniejszego. Spotkanie z rodzicami. Pociąg sunął się mozolnie, po mocno żelaznych szynach, wioząc zalęknionego syna, który zawiódł swoją matkę i ojca. Cały czas się modliłem. Od czasu do czasu w myślach pojawiała się twarz płaczącej mamy i twarz taty, z jego surowym spojrzeniem i krzykiem w tle. Był porywczym i nerwowym człowiekiem.
Gdy pociąg wjeżdżał na stację Braniewo, czekałem na najgorsze. Wyszedłem z pociągu. W oddali ujrzałem sylwetkę ojca. Zbliżałem się do niego powoli, niepewnie. Gotowy na wszystko. Na pierwsze docinki, marudzenie, może krzyk... Na pierwsze przekleństwa...
Ojciec nagle ruszył w moją stronę. Czułem w powietrzu jego siłę i moc. Spuściłem wzrok, czułem, że pod powiekami za chwilę pojawią się pierwsze łzy. Nie krzyczał... Nic nie powiedział, tylko rzucił się na mnie, oplatając mnie swymi ramionami. Ten uścisk wszedł w fazę nieskończoności. Uścisnął mnie mocno, jak gdyby nie chciał mnie już nigdy ze swoich ojcowskich ramion wypuścić. To nie był sen. To był mój ojciec, jakiego wcześniej nigdy nie znałem... Szeptał mi do ucha: synu, jak ty wyglądasz?... Znoszona kurtka, spodnie, stare buty. Cała kasa szła przecież na zabawę, alkohol, fajki, trawę... Płakałem. A on mnie ciągle ściskał. I wtedy poczułem coś, co mnie z jednej strony przeraziło a z drugiej zalało niedającym się opisać pokojem. Poczułem nie tylko ramiona mojego taty. To nie były tylko jego ramiona. W tym momencie, na peronie, obejmował mnie sam Bóg. Ojciec obejmował syna marnotrawnego... Bóg objął swoje zagubione dziecko. To doświadczenie było tak silne, tak stuprocentowe, że nawet teraz kiedy to piszę, przenika moje ciało dreszcz, zmieszany ze wzruszeniem. Tego dnia uzyskałem, jedyny z możliwych, dowód - na istnienie Boga. Dowód spłodzony w ramionach mojego biologicznego ojca...
I wtedy byłem już pewien swojej przyszłości. W objęciu Boga pojawiło się pragnienie, mocne i nie do zniszczenia. Pragnienie obejmowania ludzi zagubionych. Pragnienie szukania tych, którym brakuje sił do odnalezienia pokoju ducha. Pragnienie, by inni w moich ramionach, słowach, gestach mogli odkryć tajemnicę najpełniejszej i prawdziwej miłości, której na imię - Bóg... Jedna droga umożliwiła mi realizację tego silnego pragnienia. Wstąpiłem do zakonu. Zostałem księdzem i zakonnikiem. By Bóg mógł przeze mnie odnajdywać tych, którzy od Niego odeszli, w dalekie strony, pełne mroku i zwątpienia...
„Stworzyłeś mnie, Boże, dla siebie i niespokojne jest serce moje, dopóki nie spocznie w Tobie”. To słowa św. Augustyna. Moje ulubione, bo pełne tego, co dane mi było doświadczyć... Wiele jest historii niespokojnych serc. I wiele z tych historii rozgrywa się pośród nas, cichych i rzeczywistych do bólu... Bogu te wszystkie historie zawierzam, z nadzieją (może czasami aż nazbyt natrętną), że nie jedno serce (zagubione i niespokojne) otworzy się na łaskę wiary, by spocząć w ramionach ciepłych od prawdziwej miłości.
(Ap 21, 5-7)"Oto czynię wszystko nowe. (...) Stało się. Jam Alfa i Omega, Początek i koniec. Ja pragnącemu dam darmo pić ze źródła wody życia (...) I będę Bogiem dla niego, a on dla mnie będzie synem..."