29 czerwca 2010

Komorowskiego "rozdwojenie jaźni"...


Jednym z najważniejszych zadań pasterzy jest upominanie i wskazywanie „fałszywych proroków”. Są wszędzie. W polityce, w mediach, we wspólnocie wierzących. Fałszywi prorocy głoszą tezy i ideologie, niezgodne z Objawieniem. Interpretują rzeczywistość, pomijając ewangeliczne wartości i naukę Kościoła, wprowadzając zamęt we wspólnocie wyznawców Chrystusa.

To, o czym chcę teraz napisać, dla wielu może wydać się kontrowersyjne. Ale milczeć nie mogę. I nie chcę, byłoby to niezgodne z moim sumieniem. Ad rem. Zaskoczyła mnie ostatnio wypowiedź pana Bronisława Komorowskiego, który w mediach ośmielił się złożyć następującą deklarację: „Byłem, jestem i zawsze będę za życiem. To oznacza, że zawsze byłem przeciwko karze śmierci, byłem zawsze przeciwko aborcji na życzenia, byłem i jestem za in vitro, jestem przeciw eutanazji, będę za testamentem życia”. Inna wypowiedź, równie schizofreniczna: „Uważam, że ze względu na mój światopogląd – zawsze to podkreślam, czuję się cząstką Kościoła powszechnego – właśnie dlatego jestem za życiem. Za życiem w każdej sytuacji, tzn. uważałem, że nie może być dopuszczalna aborcja na życzenie, jestem przeciwnikiem eutanazji, jestem przeciwnikiem kary śmierci, a jestem zwolennikiem wspomagania metody dojścia do szczęśliwego przyjścia na świat dziecka, także poprzez metodę in vitro”. Tyle pan Komorowski…

A co na to Kościół, którego pan Komorowski czuje się cząstką?...

Proszę bardzo: „Duszpasterze i Diecezjalni Doradcy Życia z niepokojem przyjęli wiadomość, że w Sejmie odrzucono poselski projekt "Contra in vitro” bez możliwości dalszej nad nim dyskusji. Kościół od zawsze broni najsłabszych, a zwłaszcza całkowicie bezbronnych, jakimi są dzieci poczęte. Należy pamiętać, że ci którzy je zabijają i ci, którzy czynnie uczestniczą w zabijaniu, bądź ustanawiają prawa przeciwko życiu poczętemu, a takim jest życie dziecka w stanie embrionalnym, w ogromnym procencie niszczone w procedurze in vitro, stają w jawnej sprzeczności z nauczaniem Kościoła Katolickiego i nie mogą przystępować do Komunii świętej, dopóki nie zmienią swojej postawy” (Komunikat z Konferencji Rady ds. Rodziny KEP, Diecezjalnych Duszpasterzy Rodzin i Diecezjalnych Doradców Życia Rodzinnego z dnia 19 maja 2010 roku).

Zastrzegam, że ten tekst nie jest częścią kampanii wyborczej. Chcę tylko przypomnieć w imię pasterskiej miłości (i troski o powierzone mojej pieczy owce) że pójście śladami fałszywego proroka, prowadzi donikąd. Panu Komorowskiemu zaś szczerze i z serca współczuję. Przede wszystkim tego, że głosi „dziwne nauki”, nieświadom konsekwencji, które tym samym zaciąga, sprzeciwiając się nauce Kościoła i samego Boga. I że robi ludziom przysłowiową sieczkę z mózgu, ubierając siebie w szaty „cząstki Kościoła”. Zastanawiam się: jakiego?... No bo Rzymsko-katolickiego, raczej żadną miarą… Panie Marszałku: "Czyżby jakieś przedziwne "rozdwojenie jaźni" zaatakowało pańską "katolicką" podług deklaracji - jaźń?... Moi uczniowie podsumowali to krótko: „Żal.pl”…

A mi opadają ręce. Tośmy się rasowych polityków doczekali. Prawdziwych wilków w owczej skórze. Pozostaje modlitwa… I nadzieja, że pan Komorowski Komunii Świętej (świętokradzkiej oczywiście) nie przyjmuje. A jeśli tak – to tam na górze ma przechlapane…

Twoje Serce, nasze Serce...



Kyrie, elejson… Chryste, elejson… Kyrie, elejson…

Z nadzieją wołamy, Święta Trójco, Jedyny Boże…

Serce Jezusa, gorejące ognisko miłości, nasze Serce umiłowane…
Zmiłuj się nad nami…
Serce Jezusa, ukojone wiernością następcy św. Piotra…
Zmiłuj się nad nami…
Serce Jezusa, umocnione heroizmem wiary tysięcy kapłanów…
Zmiłuj się nad nami…
Serce Jezusa, płonące miłością w ciele nowożeńców…
Zmiłuj się nad nami…
Serce Jezusa, jednoczące skłóconych małżonków…
Zmiłuj się nad nami…
Serce Jezusa, pełne nadziei w umierającej staruszce…
Zmiłuj się nad nami…
Serce Jezusa, miłosierne dla płaczącego w konfesjonale alkoholika…
Zmiłuj się nad nami…
Serce Jezusa, pocieszające bezrobotnego ojca czwórki dzieci…
Zmiłuj się nad nami…
Serce Jezusa, duszone bezdusznością skąpego karierowicza…
Zmiłuj się nad nami…
Serce Jezusa, zgwałcone hasłami seksualnej rewolucji…
Zmiłuj się nad nami…
Serce Jezusa, zarzynane w molestowanej dziewczynce…
Zmiłuj się nad nami…
Serce Jezusa, bijące w sercu matki, chorej na białaczkę…
Zmiłuj się nad nami…
Serce Jezusa, konające w księdzu porzucającym kapłaństwo…
Zmiłuj się nad nami…
Serce Jezusa, radujące się w chłopaku, wstępującym do seminarium…
Zmiłuj się nad nami…
Serce Jezusa, przebite w polityku chorym na duchową schizofrenię…
Zmiłuj się nad nami…
Serce Jezusa, krzyczące w poranionych sumieniach młodych…
Zmiłuj się nad nami…
Serce Jezusa, upokorzone w zgwałconej nastolatce…
Zmiłuj się nad nami…
Serce Jezusa, zabijane w łonach matek…
Zmiłuj się nad nami…
Serce Jezusa, starte nieprawością gejowskiego aktywisty…
Zmiłuj się nad nami…
Serce Jezusa, ukamienowane w mediach przez fałszywych proroków…
Zmiłuj się nad nami…
Serce Jezusa, wciąż żywe w Twoich wiernych i niewiernych…
Zmiłuj się nad nami…

Baranku Boży, który gładzisz grzechy nasze,
przepuść nam, Panie,
wysłuchaj nas, Panie,
zmiłuj się nad nami…
Uczyń serca nasze
pokornymi,
według Twojego Serca,
które wciąż bije,
w naszych historiach życia,
mocno poplątanych…
Amen…

28 czerwca 2010

UWAGA!!! Ksiądz zbliża się do ambony...


Pewien przeor zapytał starca: „Abba, jaka powinna być homilia”? „Homilia - odpowiedział starzec - powinna mieś dobry początek i dobre zakończenie. A ty staraj się, żeby początek i koniec były jak najbliżej siebie”! Kazania bywają różne. Długie i krótkie, nudne i porywające. Bo różnie się do nich księża przygotowują. Jeśli w ogóle się przygotowują. „Spontan” ma od czasu do czasu swoje plusy, ale „spontaniczne” kazanie nie zawsze oznacza „dobre” kazanie. Zresztą kapłan ma dwie możliwości stojąc przy ambonie (z czego wielu kapłanów nie zdaje sobie do końca sprawy, nie mówiąc już o wiernych): wygłosić kazanie albo homilię. Ta druga raczej spontaniczna być nie może. No chyba, że Duch Święty postanowi pomieszać w szykach zdań i treści, co też czasami odkrywam nagle, tuż po zakończeniu głoszenia Słowa…

No więc zacznijmy od prostego rozróżnienia.
Zbliżając się do ambony, ksiądz powinien jasno zdawać sobie sprawę z tego, co za chwilę będzie mówił. Czy będzie to kazanie, czy homilia? Następnie: do kogo będzie mówił. Świadomość tego jest niezwykle ważna. W ławkach siedzą przecież konkretni ludzie, w różnym wieku, mający konkretne doświadczenia i problemy. Jeśli Słowo ma ich poruszyć, warto to Słowo głosić w kontekście i perspektywie tego, czego doświadczają w szarej codzienności. Nie dla wszystkich księży jest to prawda jasna i oczywista. A szkoda… Wreszcie trzecia oczywistość: co będę mówił? I dlaczego akurat o tym.

Jeśli chodzi o kazanie, roboczo nazywamy kazaniem ułożone przemówienie, w którym przekazuje się słuchaczom prawdy Boże i zachęca wiernych do przestrzegania ich w praktyce życia. Kazanie jest więc „wykładem” zagadnienia kościelnego, połączonego z przekonaniem słuchacza do właściwego postępowania. Kazania, ze względu na tematykę i okoliczności, mogą być pogrzebowe, społeczne, apologetyczne, odpustowe lub katechizmowe. Kaznodzieja pozostaje wolny w doborze tematu, byleby przedstawił go zgodnie z nauką Kościoła, jasno i przekonywająco. Mówca kościelny jest w tym wypadku zwolniony od stosowania się do tekstów sprawowanej liturgii, natomiast powinien podjęty temat uzasadniać Pismem świętym lub ilustrować nim swoje argumenty. Kazania są późniejszym wynalazkiem Kościoła, głoszącego prawdy wiary.

W pierwotnym Kościele królowała homilia.
Ojcowie Kościoła praktykowali objaśnianie Pisma świętego jako obecnego w Słowie Boga. I tak chociażby mowy świętego Piotra, które odnajdujemy w Dziejach Apostolskich, są homiliami. Objaśnienie czytania biblijnego przy sprawowaniu sakramentów uświadamia przemawianie samego Boga. To jest właśnie kerygma. Podczas kazania kapłan jako człowiek głosi prawdy podawane przez Kościół, podczas homilii głos kapłana-człowieka wskazuje na głos obecnego pośród nas Boga. Aby tak ostro zarysować różnice między kazaniem i homilią trzeba było Soboru Watykańskiego II i Konstytucji dogmatycznej Dei Verbum, aby przemówienia podczas liturgii nazwać dzieleniem się Słowem Bożym: "Ponieważ zaś Bóg w Piśmie św. przemawiał przez ludzi, na sposób ludzki, komentator Pisma Świętego chcąc poznać, co On zamierzał nam oznajmić, powinien uważnie badać, co hagiografowie w rzeczywistości chcieli wyrazić i co Bogu spodobało się ich słowami ujawnić" (DV 12).

Klasyczna homilia, wygłaszana na niedzielnej Eucharystii może zatem (tak mnie uczono i tak najczęściej ją przygotowuję) zawierać następujący porządek: 1) Przykład z życia. Historia prawdziwa, opowiastka, coś, co przy uwagę słuchacza i go dogłębnie poruszy. 2) Wybieram konkretny fragment, któregoś z czytań, związany bezpośrednio z przykładem z życia, o którym przed chwilą opowiadałem, by pokazać aktualność i powiązanie naszych doświadczeń ze Słowem Bożym. 3) Następnie ukazuję w jaki sposób zastosować to, o czym mówi do nas dzisiaj sam Bóg z naszym konkretnym doświadczeniem życiowym. 4) Resume: krótkie, złota myśl, podsumowanie, coś, co wbije się mocno w serce i świadomość słuchacza.

To jedna z wielu propozycji.
Myślę, że struktura takiej homilii jest jasna, klarowna i doskonała w odbiorze. Przygotowanie tego typu homilii rozłożone jest na cały tydzień. Słowo Boże, które mam zamiar w przyszłą niedzielę skomentować (i wygłosić) powinno zadomowić się w sercu i umyśle kapłana. Sześć dni powinno dojrzewać w nim, niczym wino w drewnianej beczce. Jest to potrzebny czas także na to, by w tym Słowie odkryć jego uniwersalność i aktualność. Przeżywać dni kolejne, z konkretnym Słowem Bożym w sercu, wchodzić w przeróżne doświadczenia, spotkania z ludźmi, podejmować żywą refleksję w perspektywie tegoż Słowa, które w niedzielę „stanie się Ciałem”, podanym wiernym. Ma być ono „żywe i skuteczne”, zwięzłe i klarowne, zrozumiałe i „nasze”, bo połączone z naszymi codziennymi doświadczeniami…

Dobrze też mieć przy sobie ludzi, którzy nie będą się bali podejść do kapłana i podzielić się swoimi refleksjami na temat wygłoszonego przezeń Słowa. To kapłanowi pomaga, otwiera mu oczy, umacnia, pozwala na podjęcie krytycznej i zdroworozsądkowej refleksji, niezbędnej przy procesie powstawania homilii i kazania.

Nie wiem jakie macie doświadczenia, jeśli chodzi o kaznodziejstwo waszych kapłanów.
Z mojego doświadczenia wynika jedno: przygotowanie dobrej homilii, czy kazania kosztuje naprawdę wiele. Nie zapominając o Duchu Świętym, któremu przede wszystkim w głoszeniu Słowa Bożego warto robić miejsce. A to wymaga ogromnej pokory…

26 czerwca 2010

Zabawa w chowanego... Z diabłem...



Nie wiem, czy będąc gwiazdą muzyki pop, zaśpiewałbym piosenkę i nakręciłbym teledysk na temat swoich traum z dzieciństwa. Takich piosenek ułożyłbym kilkadziesiąt. Tylko po co?... Budzenie litości u innych nie jest drogą do pełnego oczyszczenia i duchowego uzdrowienia. Jechanie na patencie gorących i kontrowersyjnych Wręcz przeciwnie. Gdyby Kora Jackowska rzuciła się w Boże Miłosierdzie…

To, co spotkało legendarną wokalistkę w dzieciństwie jest przerażające. Kilkuletnia dziewczynka i ksiądz, który dotyka ją w miejscach intymnych - to obraz niemal mechanicznie budzący odrazę. Pachnie piekłem. Mamy prawo potępić takie zdarzenia. Podobne akty nie mają prawa do akceptacji w wymiarze społecznym, ale też (i przede wszystkim) we wspólnocie ludzi wierzących. Ale bądźmy wierni Ewangelii. I nauce Kościoła, której szefuje Duch Święty. Brońmy się przed jakimkolwiek potępianiem człowieka. Zarówno ofiary jak i kata.

Z ofiarą sprawa jest mocno skomplikowana. Ona potępia sama siebie i w wieku kilku lat naturalnym jest mechanizm zrzucania winy na samego siebie. Z czasem owo „potępienie” zaczyna się rozrastać. Już nie tylko siebie potępiam, ale i tego, który mnie skrzywdził. Diabelski krąg potępiania zamyka się prawie że automatycznie.

Kata potępiamy namiętnie. Potępiamy jego zbrodnie, jego nieprawe czyny, jego samego. Kamienie lecą z każdej strony. Ale czy pomaga to w uzdrowieniu kata?... I czy w ogóle jest możliwe takie uzdrowienie?... Zresztą pytamy się często: czy kat ma prawo do uzdrowienia i naszego gestu przebaczenia?... Odpowiadam szczerze: ma prawo. Nasze dłonie mogą rzucić kamieniem, ale mogą też być przybite gwoździem do krzyża. Gwoździem zdawałoby się naszej bezradności, unieruchamiającym nas, pozwalającym, by gromada podłych do bólu hipokrytów i grzeszników oskarżała nas nadal, naigrywała się z nas, bluźniła, podczas gdy my wisimy na krzyżu bez sensu. Czy istnieje inna droga do uzdrowienia wewnętrznego ofiary i kata?... Istnieje. Ale tylko ta z dłońmi przebitymi gwoździami zło dobrem zwycięża. To o czym piszę, jest czymś więcej niż tylko jeszcze jedną, pięknie brzmiącą, teologiczną metaforą. Uzdrowienie człowieka dokonuje się na wszystkich płaszczyznach jego „esse”. Droga uzdrowienia jest długa, wąska, trudna i przerażająca. Napisanie piosenki i nakręcenie teledysku o molestowaniu nie prowadzi do moralnego i duchowego zwycięstwa. Niestety intensywnie nakręca spiralę nienawiści, pozwalając tym samym na dalszą jej żywotność. Diabeł się cieszy, wrogowie Kościoła zacierają ręce, a Kora Jackowska jak była zraniona i chora, tak jest dalej i będzie nadal, oklaskiwana przez ateistycznych aktywistów. Ofiara pozostaje ofiarą, kat katem, teledysk teledyskiem. Wszystko w tym samym miejscu, piekło tym samym piekłem. Może w „Mieście Kobiet” robi to wrażenie, mnie osobiście nie przekonuje. Wybieram miłosierdzie, z doświadczenia wiem, że litość działa tylko przez chwilę… Jak się ma gwoździe w dłoniach, to ma się i siłę wypowiedzieć słowa: „Boże, przebacz im, bo nie wiedzą, co czynią”…

Mam wrażenie, że Kora Jackowska rzuca na dzień dzisiejszy wszystkimi możliwymi kamieniami, w siebie, w księdza pedofila, w nas wszystkich. Kamieniami swojej traumy, depresji, niedokończonych rozdziałów swojego życia. To nie prowadzi do duchowego uzdrowienia. Wręcz odwrotnie. Szatana nie da się przegonić szatanem – mawiał o. Pio. Dopóki ręce inwestują w rzucanie kamieniami na oślep, nie ma mowy o zwycięstwie przysłowiowego „dobra nad złem”. Zatem pani Koro kochana… Nie tędy droga!!! Bawi się pani nadal w chowanego. Tyle, że z samym diabłem… Brakuje wciąż jednego w pani życiu: pojednania się z Bogiem poprzez krzyż…

Będę się o to gorąco modlił. Za księdza pedofila tym bardziej. Z rękoma przebitymi gwoździami postu, pokuty, dobra, którym jedynie zło da się zwyciężyć…

A teledysku Kory Jackowskiej już więcej nie obejrzę… By nie nakręcać spirali nienawiści…

25 czerwca 2010

Chcę iść dalej...


No więc było tak. Prawie jak w Zwiastowaniu. Anioła zabrakło, ale był telefon od Przełożonego. Odebrałem, słucham, omadlam sytuację (bo jak się z Przełożonymi rozmawia to warto się modlić). Propozycja. Oto… I tak dalej, i tak dalej… W końcu mówię „fiat”. Tak, tak, tak… Razy tysiąc. Odkładam słuchawkę i dociera do mnie nagle, co się stało. Na poziomie umysłu potężna, dyskursywna refleksja, więcej szamotanina, zaraz poleje się krew. Na poziomie serca pokój i radość. Krótko rzecz ujmując: zmiana parafii. W kilka tygodni później „Słowo stało się ciałem”. Otwieram kopertę, jest dekrecik.

Otarłem się o pokusę biadolenia. Ale nie wszedłem głębiej. Bo i po co? Żeby się potem chować po krzakach, jak Adam i Ewa?... Nauczyło mnie życie Bogu dziękować, za wszystko i za nic. W duchu posłuszeństwa. Jakże ono słodkie w takich sytuacjach. Prawie jak miód. Choć „prawie” robi wielką różnicę.

Nie będę czarował, myśli pojawiają się różne. Co innego serce. Tam płonie ogień, chce się prawie sandały zdejmować. Jasne, że się przyzwyczaiłem do Szczecina i do „Serca” (Sanktuarium Najświętszego Serca Pana Jezusa). Konfesjonał wieczysty, Eucharystia za Eucharystią, Kaplica Wieczystej Adoracji. Młodzież moja kochana, studenci, wspólnoty wszelkiej maści. Kościół Domowy, Emmanuel, Neokatechumenat. No i „Gastronomik”, kucharze, hotelarze, moje dzieci ukochane… Łza się w oku kręci. A niech się kręci. Trzeba iść dalej. Zresztą jakie tam „trzeba”. Chcę iść dalej. Stargard Szczeciński. Tam też są owieczki i też kochane, którym warto swoje życie oddać. Ołtarze też stoją, konfesjonały działają, ludzie dzieciątka do chrztu przynoszą, żyć a nie umierać…

„Wielbi dusza moja Pana”… I tyle!

„Raduje się duch mój w Zbawicielu moim”… Chce mi się śpiewać i tańczyć. Siedzę na kartonach i tak sobie myślę: „Jak wielki i dobry jest Pan!”. Wszystko od początku. Będzie Betlejem i radość wielka, potem ucieczka do Egiptu i nie jeden cień Heroda gdzieś w tyle, wreszcie krzyż, pod którym trzeba będzie stanąć, nic znowu nie rozumiejąc.

Tak Bardzo Ci Panie jestem wdzięczny za te ostatnie trzy lata. Za Twoje cuda, te widzialne i te dla oczu jeszcze niewidoczne, za wszystkie święte spotkania z Tobą, przy ołtarzu i w konfesjonale, za niebo, które tyle razy zwalało się na ziemię w sytuacjach i zdarzeniach przeróżnych. Za ludzi, tych znanych z imienia i nieznanych, którzy uczyli mnie pokory i miłości cierpliwej. Wreszcie za moją kochaną wspólnotę zakonną, za współbraci, za wszystkie nasze kłótnie i pojednania, za wspólne modlitwy i biesiadowania, za nasze ciągłe odejścia i powroty… Za wszystko dziękuję Ci Panie…

Jestem gotowy iść dalej… Wszystko w Twoich dłoniach… I na Twoją chwałę…

Pan jest WIELKI…

23 czerwca 2010

Ja też dzisiaj świętuję...


Pomyślałem sobie, że dzisiejsze święto, jest również moim świętem. Czyż kapłan nie jest dla swoich „Bożych dzieci” ojcem? Przynajmniej być powinien… W „Dzień Ojca” dzieciarnia garnie się do swoich tatusiów z życzeniami, prezentami, całusami. Ci, którzy ojca nie mają, może w ten dzień po cichu płaczą, z tęsknoty za prawdziwym ojcem…

A ja się dzisiaj modlę namiętnie słowami „Ojcze nasz”… Tak często powtarzamy te słowa, których nauczył nas Chrystus. Dzisiejsze święto jest również świętem naszego ukochanego Ojca w niebie. Mam tam dwóch tatusiów. Jeden stworzył świat i umiłował mnie do szaleństwa, drugi zasmakował w dziele stwarzania i wespół z moją mamuśką w małżeńskim akcie wziął udział w spłodzeniu syna. Też mnie ukochał do szaleństwa. I nadal kocha. Czego codziennie doświadczam, choć fizycznie go przy mnie już nie ma. Tych ojców jest wokół nas tak wielu. Biologicznych, duchowych… Ojców kapłanów… Ojców chrzestnych… Bóg nieustannie podejmuje próbę objawiania się w tych „ojcostwach”. No chyba, że ktoś w zatwardziałości swojego serca nie pozwala Mu na to…

Jak wielu osobom ciężko jest dzisiaj wypowiedzieć słowa „Ojcze nas”… Z wiadomych przyczyn…

No więc postanowiłem dzisiaj też poświętować… Z moimi dziećmi. Mam ich całe tabuny. Różnorodność wiekowa, mentalna, osobowościowa i płciowa – ogromna. Kocham te moje „dzieci”… I nie wyobrażam sobie życia bez nich. Wkładam dzisiaj ich tęsknoty, lęki, zranienia i nadzieje w słowa modlitwy „Ojcze nasz”.

A pod wieczór porządny rachunek sumienia: „Jakim jestem ojcem”?... Co też wszystkim tatusiom maści przeróżnej z serca dzisiaj polecam… Porządny rachunek sumienia ze swojego ojcostwa…
„Ojcze nasz, któryś jest w niebie”…

22 czerwca 2010

Teistyczna produkcja ateistów


Ateistom brakuje cierpliwości. Nie w poznawaniu Boga, ale w doświadczaniu Jego obecności. Nie pojmuję (z przyczyn przeróżnych), jak można nie wierzyć w Boga?... Choć z drugiej strony to (nie)pojmowanie pozwala mi doświadczyć tego, co czuje i stwierdza rasowy ateista. Bo przecież on też (nie)pojmuje, tyle że tego, jak w Boga można całkiem normalnie i zdrowo wierzyć, skoro On nie istnieje.

Dialog z człowiekiem wierzącym nie jest dla ateisty łatwy. I odwrotnie. Polemizować z ateistą też jest trudno. Przedmiotem (więcej – podmiotem) owego dialogu jest przecież coś (a raczej Ktoś), co wymyka się przeciętnemu doświadczeniu. Żeby kogoś poznać i doświadczyć, trzeba go najpierw spotkać. Czasami mam wrażenie, że ateiści nie chcą Boga spotkać. Choć może być i tak, że nie chcą spotkać Boga, którego spotkali „wierzący”, a który w postrzeganiu ateistów jest równie beznadziejny i bezsensowny, co życie tych, którzy rzekomo żyją z Bogiem w głębokiej zażyłości.

„Hipokryzja” (czyt. rozdźwięk pomiędzy życiem a tym, co się głosi) teistów nie ułatwia dialogu z ateistami. Zresztą na poziomie intelektualnym na nic się zdaje szafowanie racjonalnymi argumentami, najczęściej całkowicie niezrozumiałymi dla obu stron. Pozostaje zatem konkret w postaci „życia”. Ateiści nam się przyglądają. I najczęściej (niestety słusznie) widzą hipokryzję teistów, która ma swoje źródło w „braku pokory”. Jesteśmy wciąż za mało pokorni. I za mało cierpliwi. Bo teistom również brakuje czasami cierpliwości w doświadczeniu Boga.

Powiedzieć, że „Bóg jest i basta” potrafi każdy głupek. Wielu głupków będzie też mówiło, „że Boga nie ma i tyle”. Mądrość ma to do siebie, że jest pokorna i cierpliwa. Zasiada do stołu w domach przeróżnych, także w domach celników i prostytutek. Jezus nie czekał na zaproszenia i płomienne dialogi przy swoim stole, w swoim domu. On szedł, zasiadał przy stołach ludzi przeróżnego pokroju. Nie uprawiał filozofii, ale jadł, pił, słuchał i… No właśnie… Miłował… Pokornie i cierpliwie. „Wiara, nadzieja i miłość. Z nich zaś – jak zauważy św. Paweł – największa jest MIŁOŚĆ”!!!

Ateistom brakuje często cierpliwości w doświadczaniu Boga dlatego, że nie mają szansy spotkać Go w nas, miłujących wybiórczo i wciąż za mało. Poganie pierwszych wieków widząc chrześcijan mówili: „jak oni się miłują”… Nie „wiara” przyciągała pogan, ale „miłość”, w której „wiara” nabiera konkretnych kształtów i zaczyna płonąć ogniem nie z tego świata. Bóg umiłował świat… Syna swego posłał, i ten Syn w wieczerniku mówił: „Trwajcie w miłości mojej”… Czy trwamy w tej miłości całym sobą, pozostaje zawsze kwestią otwartą i dyskusyjną. To znaczy: może i trwamy, ale czy potrafimy to objawić i „zareklamować” w tak namacalny i sugestywny sposób, że ateista doświadczając spotkania z nami, odkryje nagle, że ta „miłość” to nie jeszcze jeden tani produkt „made in China”, ale coś prawdziwego do bólu, pochodzącego od… No właśnie, od Boga, żywego, osobowego i działającego nieustanie w życiu teistów, a konkretniej: chrześcijan, żydów czy muzułmanów…

Ateizm nie wziął się z kosmosu. Sami żeśmy go wyhodowali. My, „wierzący” w Boga, który o zgrozo, nie ma często nic wspólnego z Tym, który Boga objawił oraz który zawisł na krzyżu i trzeciego dnia zmartwychwstał. Stworzyliśmy w historii masową i teistyczną (także w wydaniu katolickim)produkcję ateizmu, przy gromkich oklaskach Lucyfera i jego diabelskich kolesiów.

Zatem jak powinien wyglądać ten nasz „dialog życia” i dlaczego wciąż tak bardzo wątpimy w siłę miłości pokornej, mądrej i cierpliwej, której uczy nas Chrystus ?... I kto powinien zrobić pierwszy krok?... Odpowiedź ukrywają wersety Ewangelii… Przyglądajmy się Chrystusowi…

Tam anioły spędzają swoje wakacje...


Jeśli rozpoczynać dobrze wakacje to tylko na Górze Tabor!!! Już po raz ósmy spotkamy się nad morzem, we Władysławowie, by spędzić tam kilka pięknych dni. To prawda, że TAM ANIOŁY SPĘDZAJĄ SWOJE WAKACJE. Sprawdziliśmy to w poprzednich latach. Program tegorocznej GT zapowiada się bardzo ciekawie. Jest trochę nowości i niespodzianek. Nie zabraknie też sprawdzonych pewniaków jak choćby Muzyczne Uwielbienie, które co roku ładuje nas ogromną ilością pozytywnej duchowej energii, której źródłem jest Duch Święty. W pierwsze dni lipca (1 - 4, czw. - nd.) spotykamy się we Władysławowie. Koszt spotkania to tylko 50 zł (nocleg,wyżywienie). Program znajdziesz poniżej, a więcej informacji na www.goratabor.pl






Ramowy Program tegorocznego Spotkania.


CZWARTEK, 1 LIPCA

KLIF W CHŁAPOWIE

18.00 – Spotkanie wprowadzające
19.30 – TABOROWE ŚWIĘTOWANIE – Jesienni Przyjaciele i Norbert Śliwa
22.30 – Droga Światła z kościoła we Władysławowie
Msza św. na brzegu morza


PIĄTEK, 2 LIPCA


KLIF W CHŁAPOWIE
08.30 – Jutrznia, wystawienie Najświętszego Sakramentu i całodzienna adoracja indywidualna (namiot spotkania)
10.30 – katecheza - Namiot spotkania, spotkania w grupach
12.30 – Msza św. - Namiot spotkania
13.30 – obiad
17.30 – Panel dyskusyjny - Namiot spotkania
20.00 – wspólne wyjście

WŁADYSŁAWOWO – KOŚCIÓŁ
20.30 – MUZYCZNE UWIELBIENIE

SOBOTA, 3 LIPCA


KLIF W CHŁAPOWIE
08.30 – Jutrznia (namiot spotkania), wystawienie Najświętszego Sakramentu i całodzienna adoracja indywidualna (namiot spotkania)
10.30 – konferencja, spotkania w grupach, Koncert: s. Anna Bauchan
15.00 – Taborowy turniej siatkówki – plaża
18.00 – Msza św. (namiot spotkania)
19.30 – wyjście na koncerty

WŁADYSŁAWOWO (PLAC PRZY KOŚCIELE)
20.00 – koncerty: POROZUMIENIE

22.30 – Kino nocne – Namiot Spotkania

NIEDZIELA, 4 LIPCA


KLIF W CHŁAPOWIE
09.30 – Jutrznia
10.30 – Forum uczestników - Namiot Spotkania
12.00 – Msza św. - Namiot Spotkania

serdeczne zapraszamy!!!!

21 czerwca 2010

Duch Święty...

Duch Święty działa nieustannie w Kościele. Doświadczyłem tego bardzo mocno w ostatnich dniach, na rekolekcjach kapłańskich w Gdańsku-Matemblewie. Głosili je ojcowie Enrique Porcu i Antonello Cadeddu z Brazylii. Zapraszam do obejrzenia fragmentu filmu "Duch" autorstwa Leszka Dokowicza. Naprawdę warto...



Film w całości na stronie:
http://www.snegdansk.pl/matemblewoaudio.html

Matemblewski Wieczernik...


Do Matemblewa dotarliśmy razem z ks. Mariuszem i ks. Adamem przed godziną miłosierdzia. Wygramoliliśmy się z samochodu i ruszyliśmy w kierunku Sanktuarium Matki Bożej Brzemiennej. Potem do słynnej kapliczki, by pomodlić się przed figurą Maryi. Niezwykłą figurą, bo przedstawiającą Matkę Chrystusa w stanie błogosławionym. Dotarliśmy tu, by wziąć udział w rekolekcjach kapłańskich, prowadzonych przez włoskich oo. Enrique Porcu i Antonello Cadeddu z Brazylii.

Początki sanktuarium matemblewskiego owiane są legendą. Zimą 1769 roku, pewien stolarz, mieszkaniec Matarni, w czasie srogiej zimy, podczas szalejącej zamieci, wyruszył pieszo do odległego o 10 km Gdańska, aby sprowadzić lekarza dla oczekującej rozwiązania żony, której stan zdrowia znacznie się pogorszył. W trakcie tej wędrówki ów człowiek tracił stopniowo siły, aż upadł z wycieńczenia. Wówczas - jako człowiek głębokiej wiary - zaczął się żarliwie modlić, błagając Boga o ratunek dla siebie, obłożnie chorej żony i jeszcze nienarodzonego dziecka. Nagle pojawiła się przed nim oświetlona niezwykłym światłem piękna postać brzemiennej Niewiasty. Powiedziała mu, że może spokojnie wracać do domu, bo żona już urodziła mu syna i czuje się dobrze. Stolarz zawrócił z drogi i ostatkiem sił dotarł do domu. Tu uradował się wielce, gdy stwierdził, że jest tak, jak mu oznajmiła tajemnicza postać.

Przez trzy dni, w tym świętym miejscu, we wspólnocie około stu kapłanów, wsparci modlitwą członków Katolickiego stowarzyszenia Gdańskiej Szkoły Nowej Ewangelizacji i sióstr z zakonów kontemplacyjnych, odbyliśmy podróż niezwykłą, w głąb świata duchowego. Bóg działał wielkie znaki i cuda. Rozwalał nasze kapłańskie twierdze schematów, uzdrawiał wewnętrznie, napełniał Duchem Bożym. Trudno jest pisać o czymś, co jest tak bardzo intymne, tak mocno niewyrażalne. Ale jedno wiem na pewno. Przez te trzy dni Pan dał mi doświadczyć wielu łask…

Po raz pierwszy widziałem na rekolekcjach tak bardzo rozmodlonych kapłanów. Pękało wszystko. Nasza „sztywność”, nasza „ograniczenia”, nasza „poprawność”. OO. Enrique Porcu i Antonello Cadeddu dzielili się z nami doświadczeniem swojej wiary i kapłańskiego życia. „Macie wszystkie charyzmaty Jezusa – wołali – dlaczego ich nie wykorzystujecie?… Ruszcie w drogę, by zrobić coś szalonego, z miłości”... Spróbujcie to sobie wyobrazić… Setka kapłanów, stojących, klęczących, ze wzniesionymi rękoma, modlących się, śpiewających, mówiących językami, zasypiających w Duchu Świętym... Prawdziwy szum wiatru, ogień płonący w nas, a jednak nas niespalający…

Po raz pierwszy doświadczyłem tak mocno kapłańskiej wspólnoty, w całej swej różnorodności. Wspólnoty kapłanów diecezjalnych, zakonnych – dominikanów, pallotynów, franciszkanów, kapucynów, bernardynów, zmartwychwstańców, chrystusowców. Było jak w Wieczerniku. Wszyscy razem, ale każdy inny, jedyny w swoim rodzaju. Czułem zapach olejów świętych, którymi biskupi namaszczali nasze kapłańskie dłonie, w dniu święceń… Prawdziwy żywioł charyzmatów, powołań, darów…

Po raz pierwszy umywałem i całowałem stopy moich ukochanych współbraci w kapłaństwie. Był taki jeden, niezwykle poruszający moment w tych rekolekcjach. Ojcowie Enrique i Antonello poprosili nas, byśmy dobrali się w trójki. Jeden współbrat prosił dwóch pozostałych, by się nad nim modlili. W konkretnej intencji, którą wypowiadał na głos. Potem następowała modlitwa. Nakładaliśmy na jego głowę dłonie i wzywaliśmy Ducha Świętego. Modliliśmy się o wewnętrzne uzdrowienie. Potem obmywaliśmy poświęconą wodą stopy tego kapłana i całowaliśmy je. Przyznam się szczerze, że już dawno nie przeżyłem tak mocno czegoś podobnego…

Wielki jest Pan i wielkie jest jego Miłosierdzie. Ojcowie Enrique i Antonello w którymś momencie przypomnieli słowa św. Teresy: „Świętość polega na tym, żeby rozpalać wewnętrzne pragnienia”. W tych trzech dniach zapłonęło we mnie na nowo wiele pragnień, które dotąd uśpione leżały gdzieś w moich wnętrznościach. Zakurzone, zapomniane, głęboko ukryte. Mój Panie, tak bardzo Ci dziękuję, boś zmiażdżył w tych dniach wiele demonów w moim kapłańskim sercu. Demonów lęku, zamknięcia, egoizmu… Że przypomniałeś mi tak wiele ważnych i prostych prawd, o których zapomniałem w swojej tępocie i głupiej, człowieczej naiwności… Pragnę…

Pragnę być świętym kapłanem…
Pragnę otwierać się na Twojego Ducha… Pragnę nakładać ręce na tych, którzy potrzebują umocnienia, nawrócenia, którzy płoną pragnieniem nawrócenia, ale brakuje im sił… Pragnę błogosławić, uwielbiać Cię… Pragnę dziękować Tobie za wszystko, także za to, co boli, co jest ościeniem, co paraliżuje ciało i ducha… Pragnę tak jak uczniowie w Wieczerniku, razem z Matką Najświętszą, przyzywać nieustannie Ducha Świętego, we wspólnotach Twojego Kościoła… Pragnę, by ten Duch ożywiał nas kapłanów, młodych, szukających Ciebie, cierpiących, potrzebujących uzdrowienia…. Pragnę, by Duch Święty, dzięki naszej kapłańskiej posłudze, działał wśród wiernych, pocieszał, umacniał, leczył, prowadził do prawdziwego wewnętrznego nawrócenia…

Z Serca dziękuję wszystkim, którzy otworzyli się na Ducha Świętego i te rekolekcje zorganizowali. Kapłanom i świeckim z Katolickiego Stowarzyszenia Gdańskiej Szkoły Nowej Ewangelizacji. Ojcom Enrique Porcu i Antonello Cadeddu z Brazylii, którzy pełni Ducha, uwolnili moje serce z tak wielu duchowych ograniczeń i rozpalili na nowo kapłańskie charyzmaty. Wszystkim omadlającym te rekolekcje. Współbraciom kapłanom, których w Matemblewie poznałem i z którymi przez te trzy dni trwaliśmy na modlitwie. Matce Najświętszej, brzemiennej, która w tych dniach rodziła na nowo swoich kapłanów… Tobie Boże, w Trójcy Jedyny, wszelka cześć, chwała i uwielbienie, przez wszystkie wieki wieków… Amen…

19 czerwca 2010

Odmitologizować "miłość" (4)

Mitów na temat miłości jest wiele. Będzie ich przybywać z czasem jeszcze więcej. Szczególnie w rzeczywistości wirtualnej. Szkoda tylko, że tak wielu ludzi młodych daje się wciągnąć w pajęczynę iluzji, utkanej misternie z delikatnych nici, nasączonych kłamstwem. Bogu dzięki, że wielu z pokolenia instant nie daje za wygraną. I że potrafią młodzi ludzie mimo wszystko uruchomić swoje płaty mózgu. Pytają doświadczonych, szukają prawdy, podejmują szczerze refleksję, wierzą w sens istnienia świata wartości, chociażby wyrosłych na gruncie antropologii chrześcijańskiej. Wiem, nie jest to łatwe. Wszyscy w jakiejś mierze padamy ofiarą wirtualnej mitologizacji rzeczywistości. Trzeba się trochę pomęczyć, napocić zanim dojdzie do nas, co jest realne a co fikcyjne, co prawdziwe a co zakłamane. Myślę również, że tak naprawdę wszyscy tęsknimy za czystą i wierną miłością. Pokolenie instant jest pokoleniem ludzi wrażliwych, poszukujących, choć czasami mocno pogubionych. W ogrodach pokolenia instant zawsze pojawiać się będą owoce zakazane. Ale nie one są najniebezpieczniejsze.

Największą głupotą, na jaką nas stać, jest zrywanie owoców niedojrzałych. Wielu z pokolenia instant, przegrywa siebie i swoja miłość, bo brakuje im cierpliwości. Wchodzą do ogrodu i zachwycają sie drzewami, których gałęzie uginają się pod ciężarem przeróżnych owoców. Nie czekają na czas zbiorów, czas owoców dojrzałych, soczystych, mających swój niebiański zapach i smak. Miłość prawdziwa i odpowiedzialna wymaga czasu. Zanim owoc dojrzeje, potrzebuje wiele czasu, odpowiedniej temperatury powietrza, promieni słońca, troski ogrodnika. Podobnie rzecz ma się z człowiekiem. Zanim dojrzeje w nim miłość, prawdziwa i odpowiedzialna, gotowa na ofiarę - musi minąć sporo cennego czasu. I zanim zerwiemy dojrzały owoc z drzewa, które upatrzyliśmy sobie i o które z miłością i troską dbaliśmy - warto uzbroić się w cierpliwość. Nie zrywajmy zielonych, niedojrzałych i kwaśnych owoców. Realizm ludzkiego życia (i ludzkiej miłości) ma to do siebie, że nie stroni od tego, co trudne, bolesne i czasami przerażające. Wielkość człowieka polega na jego wyjątkowej zdolności do rozumowania i stawiania czoła temu, co niesie życie realne. A miłość prawdziwa i odpowiedzialna jest miłością realną, odartą z wirtualnych mitów, robiących sieczkę z naszego mózgu i serca, którego oszukać się nie da (bynajmniej w realu).

Amor misceri cum timore non potest...
Miłość nie może mieszać się z bojaźnią... Nie bójmy się cierpliwej miłości. Miłości, która ma swoje źródło w najcierpliwszym wśród cierpliwych, a który z miłości oddał swoje życie, cierpliwie wisząc na krzyżu. Miłość ma swój prawdziwy początek w przestrzeni ofiary, oddania (powierzenia) siebie drugiemu. Cierpliwość to preludium dla zmartwychwstania. Jezus swoją miłością cierpliwą pokonał nie tylko śmierć i ojca kłamstwa. Powstanie z martwych to także pokonanie iluzji, królowej wirtualnej rzeczywistości. Pokolenie instant nie ma serca z kamienia. Czas na odmitologizowanie "miłości". Niech "miłość" będzie miłością. Cierpliwą, odpowiedzialną, dojrzałą, we wszystkich trzech sferach naszego humanitas - somatycznej, psychicznej i duchowej...

(the end)

Odmitologizować "miłość" (3)

Mit czwarty. Seks jest dla ludzi...

Tak... Seks jest dla ludzi, pytanie tylko, czy wszyscy ludzie, zawsze i wszędzie są gotowi i na tyle dojrzali, by realizować swoją seksualność? Bo przecież ciało człowieka, wpisane w jego osobotwórcze istnienie to coś więcej niż chińska zupka, czy kawa rozpuszczalna "trzy w jednym" - które możemy zaparzać sprawnie i szybko, gdy odczuwamy piekielnie nieznośny głód. Nie ma co czarować i owijać w bawełnę - prawda jest taka, że seks i owszem - jest dla wszystkich ludzi, ale ludzi dojrzałych i gotowych na podjęcie seksualnych doświadczeń w perspektywie miłości odpowiedzialnej. Czy czternastolatka albo siedemnastolatek są na tyle dojrzali, by wchodzić w sferę tak intymną i delikatną jaką jest nasza ludzka seksualność? Czy współżycie z kilkoma różnymi osobami w ciągu roku, dwóch, trzech lat jest sygnałem potwierdzającym zintegrowaną osobowość i zdolność do odpowiedzialnej miłości i ofiarowania komuś swojego życia?... Obawiam się, że nie...

I znowu przykład z życia. Dwóch przyjaciół siedzi sobie przy piwie w zadymionym pubie. Nie widzieli się ze sobą kilka dobrych lat. W pewnym momencie jeden z nich pyta się drugiego, czy jego żona wydaje wciąż charakterystyczne dźwięki w czasie szczytowania? Następuje gęsta od zakłopotania cisza. Okazuje się bowiem, że małżonka jednego była jakiś czas w związku z tym drugim, zresztą nie tylko z nim. I tak oto nieoczekiwanie, w pewien sobotni wieczór, doszło do rozumu pewnego faceta coś, z czego sobie do tej pory nie zdawał sprawy. Ani on, ani jego małżonka nie ofiarowali sobie (i tylko sobie) czegoś, co jest najbardziej intymne i cenne. "Poczułem się proszę księdza - opowiada mi później bohater owego zdarzenia - jak wytarty i wytrzepany tysiąckroć dywan... Moja żona nie jest i nie była tylko moja... I ja nie jestem i nie byłem nigdy tylko jej"...

Może to komuś nie przeszkadzać... Ale nawet (o zgrozo!) zupki instant są jednorazowe. Okazuje się, że tylko człowiek (choć rozumem obdarowany) może bezrefleksyjnie konsumować drugiego. Ośmiela się też nazywać to "miłością". Nie szkodzi, że owa "miłość" trwa miesiąc, dwa, rok a czasami niespełna dwadzieścia minut. Nie ważne, że inicjacja seksualna (szczególnie u panów) odbywała się od szkolnej już młodości poprzez namiętne oswajanie się z materiałami pornograficznymi w postaci stron internetowych, czasopism, filmów DVD. Że "miłość" realizowana było pod wpływem alkoholu, narkotyków, gdzieś na kanapie u kumpla, czy w akademiku - też nie ważne. Zabawy w szympansi, czy koci gatunek wielu z pokolenia instant wydłuża na forach, GG i innych nośnikach informacji. Summa summarum: wielu postanawia polecieć na Marsa i wielu z tej wyprawy już nie wraca. A ci co wracają, tak naprawdę nigdy na Marsa nie dolecieli. Bo "sprzęt", którego postanowili użyć po prostu zawiódł. Zabrakło podstawowej rozumnej kalkulacji oraz psychicznej i duchowej dojrzałości. Do seksu trzeba dojrzeć. A najlepszą od wieków drogą ku temu jest bycie z kimś na serio, na "amen". Na dobre i na złe, na dzisiaj i na zawsze. Miłość odpowiedzialna najpełniej realizuje się w małżeństwie. Bóg łączy i Bóg daje siłę. Bóg wkracza w relację zakochanych w sobie i Bóg uzdalnia ich do w stu procentach dojrzałego realizowania humanitas - człowieczeństwa. Bóg obecny także w akcie seksualnym małżonków wprowadza kobietę i mężczyznę do "hortus aromatum" (termin Ojców Kościoła) - "ogrodu zapachów" prawdziwej i odpowiedzialnej miłości, gdzie wrażliwe dusze małżonków mogą rozkwitnąć... I oto właśnie chodzi... Na wszystko wyznaczony jest czas... Nie zaczynamy budowy domu od dachu... A seks w miłości międzyludzkiej jest "dachem". Ot, taka metafora, która wiele mówi i kryje w sobie bogatą, bo mądrą treść.


Miłość cierpliwa jest...


"Miłość", którą odziera się z sacrum i jej pierwotnej głębi, jest miłością nade wszystko niecierpliwą. Pokolenie instant choruje na brak cierpliwości. A miłość z natury swojej jest cierpliwa (por. 1 Kor 13,1-13). Podobnie rzecz ma się z naszą seksualnością. Ona nie funkcjonuje automatycznie, mechanicznie i bezboleśnie. Pokolenie instant pada ofiarą błędu, jednego z największych w historii antropologicznej refleksji człowieka nad sobą - błędu, który zwykłem określać pleonazmem pt. "odrealniona realność". Już nie to, co realne buduje ludzką wrażliwość, umiejętność autorefleksji, gamę podstawowych ludzkich doświadczeń. "Cywilizacja guzika" przenosi naszą empatię w świat wirtualnych i mitycznych idei, zamkniętych w obrazach sztucznie wykreowanych. Sztuczne zaczynają więc być i ludzkie uczucia. Przetwarzanie wirtualnej "rzeczywistości" na nasze codzienne życie często kończy się frustracją i doświadczeniem duchowej pustki. Wzruszamy się losem niewidomej dziewczynki w "Ekspresie reporterów", bo nie trzeba się w to realnie angażować. No może wyślemy smsa, by zadośćuczynić tragedii i naszym uczuciom. Ale wielodzietna rodzina z dołu, której można by było pomóc już nie wzbudza u wielu głębszego wzruszenia, nie wspominając o konkretnej pomocy. Znajdą się zawsze argumenty „(meta)rozsądne” - niech się pijaki wezmą do roboty...

Podobnie z miłością... W języku angielskim istnieje fraza "instant city" oznaczająca miasto tymczasowe, "odręczne" (np. na czas festiwalu młodzieży), zbudowane zazwyczaj z nadmuchiwanych powietrzem plastykowych struktur, po kilku dniach znikające wraz z mieszkańcami. Nie jest to miasto prawdziwe, zakorzenione fundamentami w ziemię, oparte na stałych strukturach, tętniące życiem wielu pokoleń, żyjących w mieście od stuleci. Pokolenie instant uczy się budowania w sferze miłości takiego "instant city". Miłość (plus seks) tak, ale trochę inna, tymczasowa (bo nigdy nie mam pewności), nietrwała (bo trzeba by było się zaangażować), iluzoryczna (bo obawiam się odpowiedzialności), znikająca (bo to jeszcze nie ona, nie on)... Ale czy to jest tak naprawdę miłość? Czy raczej coś na kształt "instant city"?...

"Gdyby tak pojawił się w moim życiu nijaki Edward Cullen" (bohater popularnej czasy ostatnimi sagi o miłości ze wzajemnością zagubionej dziewczyny Isabelli i wampira Edwarda) - wzdychają po nocach co niektóre dziewczyny... "Ale się nie pojawia. A chłopakom, których znam do Edwarda daleko"... Wirtualna miłość, zamknięta w kręgu mitycznych opowieści, dla pokolenia instant staje się inspiracją do przeżycia czegoś podobnego, choć mity mają to do siebie, że najczęściej są nieprzekładalne na to, co jest w nas i wokół nas realne. "Miłość" nieodmitologizowana, kipiąca seksem i erotycznymi przygodami da się wprawdzie przenieść do świata realnego, ale czy pomaga to młodym w ich duchowym wzroście i dojrzewaniu do odpowiedzialnych relacji oraz w pełni zintegrowanej osobowości? Raczej niekoniecznie. W pokoleniu instant wyrasta wciąż i na nowo iście wybuchowa mieszanka sprzecznych postaw, marzeń, doświadczeń. Tęsknota za prawdziwą i odpowiedzialną miłością ściera się z brutalną i bolesną prawdą w postaci przeróżnych miłosnych przygód. Pragnienie oddania siebie w seksualnym doświadczeniu drugiej osobie (i tylko jej) zastępowane jest z różnych przyczyn fast seksem, z różnymi partnerami, inicjowane za szybko i bezrefleksyjnie. Miłość ta jedyna w swoim rodzaju, wierna, dojrzała i na zawsze wypierana jest przez "miłość" będącą kalką wirtualnych, często skrzywionych, przewartościowanych i niekoniecznie zgodnych z tym, co w człowieku najszlachetniejsze (bo prawdziwe) obrazów zauroczeń, miłostek, przelotnych związków...

(cdn)

18 czerwca 2010

Odmitologizować "miłość" (2)

Mit drugi. W miłości seks jest podstawą...

"Nie kupuje się kota w worku" mówią mi czasami moi uczniowie. Wiadomo o co chodzi. "Jeśli mamy być ze sobą - to trzeba wszystko sprawdzić". Myślę sobie wtedy: "a gdzie zaufanie"? Kiedy chcemy coś sprawdzić, albo kogoś? Kiedy mamy wątpliwości. Gdy nie jesteśmy do końca czegoś pewni. Sama wątpliwość nie jest niczym złym. Ale wątpliwość neurotyczna już tak. Argument z kotem i workiem demaskuje nasz lęk przed odpowiedzialnością za "bycie ze sobą". Zaś słowo "kupuję" sprowadza relację międzyosobową do bezdusznego kryterium rynku i jego praw. Jeżeli miłość zamkniemy w przestrzeni konsumpcji czy podaży i popytu będziemy obawiać się wszystkiego. Neurotyczne wątpliwości, paniczny strach, przedmiotowe traktowanie osoby, którą kocham nie sprzyjają dojrzewaniu do prawdziwej miłości. Pokoleniu instant wmawia się często w wirtualnym świecie, że seks jest równie oczywisty i potrzebny do funkcjonowania na co dzień jak oddychanie, odżywianie albo noszenie ciepłych kalesonów w zimę. Nieważne ile masz lat - 14, 16, 20, 24. "Miłość" domaga się seksu, bez niego "miłość" jest równie jałowa jak gleba pozbawiona wody. Jeszcze jeden mit. Jeszcze jedna metoda ogłupiania i wykrzywienia ludzi młodych, często zupełnie niegotowych na podjęcie czegoś, co wiąże się z poniesieniem konkretnych konsekwencji.

"Im bardziej niedojrzały i nieszczęśliwy jest człowiek, im bardziej cierpi na skutek zaburzonych więzi rodzinnych i rówieśniczych, im więcej przeżywa trudności psychicznych czy dręczących go problemów, im bardziej brakuje mu w życiu radości i miłości - tym bardziej atrakcyjna wydawać mu się będzie seksualność i tym częściej traktował będzie zachowanie seksualne jako sposób na odreagowanie napięć i w nich będzie szukał szczęścia" - zauważa psycholog, ks. dr Marek Dziewiecki. Doskonała charakterystyka wielu młodych ludzi z pokolenia instant.

Ze wszystkich zachowań, do jakich zdolny jest człowiek, współżycie seksualne jest zachowaniem najbardziej intymnym i powodującym najbardziej poważne i długotrwałe konsekwencje. Właśnie dlatego jest ono zachowaniem odpowiedzialnym jedynie w kontekście tej najbardziej niezwykłej i nieodwołalnej miłości, jaką jest miłość wierna, wyłączna i płodna, czyli miłość małżeńska. I nawet w miłości małżeńskiej seks nie jest podstawą. Jako ksiądz, wnikający głęboko (podczas spowiedzi czy prywatnych rozmów) w sumienia i historie wielu małżonków, stwierdzam to całkowicie świadomie i z absolutną pewnością.

Mit trzeci. Wszyscy to robią...


Kilka miesięcy temu dał mi Bóg szansę uczestniczenia w przepięknej uroczystości. Paweł i Marta zawierali sakramentalny związek małżeński. On absolwent uczelni medycznej, ona jeszcze studentka. Zakochani w sobie po uszy, ale też głęboko religijni (i w tym wszystkim jak najbardziej normalni). Najpierw poruszająca uroczystość w kościele, potem przyjęcie weselne. Około północy żegnam się z nimi i dziękuję za wszystko a oni nagle proszą mnie, bym im pobłogosławił. "Nie ma sprawy - odpowiadam - zawsze to robię, na pożegnanie"... a oni odpowiadają: "Proszę księdza, ale nam chodzi o takie błogosławieństwo specjalne... No wie ksiądz, my będziemy się ze sobą kochać... Po raz pierwszy"... Patrzyłem się na nich i... Szczerze? Wzruszyłem się. Byli ze sobą wiele lat i wytrzymali. Postawili na czystość. Na czystą miłość. A teraz, kiedy Bóg położył na ich związku, na ich relacji "swoją łapę" (zwrot jednego z moich uczniów) są gotowi na pełnię miłości. Całym sobą...

To nie prawda, że wszyscy uprawiają seks przedmałżeński. Znam wiele par i osób, które podejmują dojrzałą decyzję na życie w czystości, cierpliwie czekają, choć łatwe to nie jest. Oczywiście najczęściej są to osoby głęboko wierzące. Zaangażowane w miłość na poziomie trzech sfer: somatycznej (ciało), psychicznej (psychika-dusza) i duchowej (życie duchowe). Pozwalają Panu Bogu wejść w swoje przeżycia, doświadczenia, emocje... Ale nade wszystko korzystają odpowiedzialnie z tego, co zwykliśmy określać terminem "natura". Natura człowieka zaś jest "naturą rozumną". Człowiek jest osobą rozumną, zdolną kontrolować siebie także w jakże intymnej sferze własnej seksualności. Tym się różnimy od zwierząt, owadów i innych stworzeń... Szympans nie musi zapraszać szympansicy do kina, czy restauracji na wykwintnie przygotowaną kolację. Kot nie śni po nocach o kocicy i nie musi kombinować jak by tu ją poderwać i przeżyć z nią całe swoje kocie życie. Kotom wystarcza przysłowiowy marzec. Nam ludziom już nie... Jesteśmy osobą rozumną i seksualną przez cały rok... Potrafimy kochać... Osobę, jej charakter, sposób bycia, jej ciało. Kochać miłością wewnętrznie zintegrowaną, dojrzałą, wewnętrznie pełną.

Karol Wojtyła w swoim niezwykłym dziele "Miłość i odpowiedzialność" (polecam lekturę) zauważa: "Miłość prawdziwa, miłość wewnętrznie pełna, to ta, w której wybieramy osobę dla niej samej, a więc ta, w której mężczyzna wybiera kobietę, a kobieta mężczyznę nie tylko jako "partnera" życia seksualnego, ale jako osobę, której chce oddać życie. Wibrujące w przeżyciach zmysłowych i uczuciowych wartości seksualne towarzyszą tej decyzji, przyczyniają się do jej psychologicznej wyrazistości, ale nie stanowią o jej głębi. Sam "rdzeń" wyboru osoby musi być osobowy, a nie tylko seksualny. Życie sprawdzi wartość wyboru oraz wartość i prawdziwą wielkość miłości".

Jeszcze raz to podkreślę: prawdą jest, że nie wszyscy uprawiają seks przedmałżeński. I że nie wszyscy żyją w tzw. "czystości przedmałżeńskiej". Pokolenie instant w tej sprawie jest mocno podzielone. Ostatecznie wybór należy do konkretnego człowieka. Ważne jednak - by decyzja była przemyślana, dojrzała i... przemodlona. Na tym też polega proces odmitologizowania "miłości". Niech "miłość" będzie miłością. Miłością zdolną także do ofiary. W końcu w miłości chodzi przede wszystkim o "oddanie życia" a nie li tylko ciała...

(cdn)

15 czerwca 2010

Odmitologizować "miłość" (1)


Mity przeróżne na temat miłości ożywają co rusz, jak grzyby po deszczu. Obecność mitu w naszej kulturze tętni podskórnym życiem a pokolenie instant mitologią fascynuje się nader intensywnie. Nie chodzi tu oczywiście o klimaty rozpalonego Olimpu, którymi fascynuje kolejne pokolenia mitologia grecka, czy jakakolwiek inna. Nie chodzi też nam o mit jako mit - czyli opowieści opisujące historie bogów, demonów, legendarnych bohaterów. Energia mitotwórcza, o której pisał swego czasu Leszek Kołakowski, wchodzi w etap wirtualizacji rzeczywistości. Mity krążące w pokoleniu instant nie podejmują próby wyjaśniania rzeczywistości, czy też wnikania w tajemnice świata i człowieczeństwa. Odarte z sacrum i tajemnicy mity (także na temat miłości) przepotwarzają się w fikcyjne i odrealnione wizje rzeczywistości, które próbuje się przenieść na poziom życia realnego. Mitologia serwowana pokoleniu instant z różnych źródeł (telewizja, internet, prasa, kino, teatr (niestety), reklama) zdaje się być bardziej perfidna, niż fascynująca. Szczególnie wtedy, kiedy wkracza na tereny antropologii.

Wirtualna mitologizacja miłości...


Kultura typu instant znosi granice między fikcją a rzeczywistością, między przeszłością, teraźniejszością a przyszłością, unieważnia estetyczne standardy, miesza style i nie liczy się z hierarchią wielu dotychczczas uznawanych kanonów estetyki i wartości. Pokolenie instant otrzymuje rzeczywistość poszatkowaną na kawałki, z której nie można ułożyć logicznej całości. Zdarzenia komiczne, dramatyczne, fikcyjne, realistyczne otrzymują „osobowość wirtualną”. Uczestniczyć zaczynamy w fikcyjnym świecie, który ma cechy realnej rzeczywistości. Dzieje się to mniej więcej w następujący sposób: życie wchodzi w fazę konsumowania, konsumowanie w znaczenie, znaczenie w fantazję, fantazja w rzeczywistość, ta zaś z kolei w rzeczywistość wirtualną, a zamykając krąg z powrotem, przetwarza rzeczywistość wirtualną na "prawdziwe" życie. W ten sposób rodzi się "wirtualny mit", także natury pseudo-antropologicznej. Nieliczni mają świadomość tego procesu. Pokolenie instant nie ma czasu i chęci na odmitologizowanie tego, co przeszło proces wirtualizacji. No i mamy problem. Przede wszystkim z tym, co określamy "miłością".

Spróbujemy zatem na spokojnie przyjrzeć się relacji zachodzącej pomiędzy miłością a seksualnością. To jeden z aspektów odmitologizowania "miłości". Tym bardziej, że właśnie w tej kwestii - człowiek może nieziemsko się pogubić i paść ofiarą przeróżnych mitów, związanych z "miłością". Pokoleniu instant brakuje cierpliwości - a bez niej miłość nie jest możliwa. Podobnie rzecz ma się z naszą seksualnością. Często młodzi mówią: "Proszę księdza, ale co w tym złego? My się kochamy... A w miłości seks jest podstawą. Zresztą wszyscy to robią... Seks jest dla ludzi"...

Mit pierwszy. My się "kochamy"...

Magda słyszała to wielokrotnie. "Kocham cię dzióbku" mówił jej chłopak tysiąc razy dziennie. Do ucha, sms-em, na GG. Teraz siedzi przede mną dziewczyna, cała roztrzęsiona i gotowa zalać mi łzami połowę pokoju. Kończy w tym roku 23 lata. Pyta się, wycierając nos w chusteczkę - " I co, to wszystko ma sie teraz tak po prostu skończyć"? Jeszcze do jej nie dociera, że to, co łączyło ich czasy ostatnimi niekoniecznie było miłością. Słowa "kocham cię" wybrzmiewają na naszej planecie dzień i noc. W kinie, na molo, w parkach, na uczelni, w łóżku - wszędzie, gdzie się da. Zakochujemy się często, szybko i bez zastanowienia. In Bynajmniej tak nam się wydaje. I choć zauroczenie nie jest miłością w żadnym calu, to jednak może stać się początkiem wielkiej przygody, którą w naszej rozpędzonej kulturze zwykło sie określać (najzupełniej bezpodstawnie) właśnie miłością. Co zrobić, kiedy hormony zaczynają szaleć, w głowie się kręci, o niczym innym nie daje się myśleć - wszędzie jest on albo ona i nie da rady, by mogło być inaczej?

"Zakochanie się" polega na przeżyciu niezwykle intensywnego zauroczenia emocjonalnego drugą osobą. Niestety - pokolenie instant zdaje się być pokoleniem rozdygotanych i mocno nieuporządkowanych emocji. Toteż rzadko kiedy udaje się owo zauroczenie przeżywać w sposób rozsądny, nie wyrządzając krzywdy ani sobie samemu, ani osobie, w której jest się zakochanym. Kiedy zauroczeni sobą młodzi ludzie mówią mi "proszę księdza: my się kochamy" od razu włącza mi się alarm, który zwykłem określać "lądowaniem awaryjnym". Myślę sobie "czas sprowadzić ich na ziemię, silniki są przegrzane a i paliwo za chwilę się skończy". Temperatura emocji w zauroczeniu może wzrosnąć do granic możliwości, co też najczęściej kończy się katastrofą. Młodzi już nie tylko szybują na najwyższych poziomach emocjonalnej (i nade wszystko bezrefleksyjnej) wysokości swojego "esse" (istnienia) ale też wlatują w przestrzeń niebezpieczną tzn. tam, gdzie jeszcze ich nie powinno być. Możemy dzisiaj wysłać na Marsa porządny statek kosmiczny, ale nikogo nie trzeba zbytnio przekonywać, że jest to idea totalnie bezsensowna. Mówiąc krótko: nie jesteśmy na to jeszcze gotowi. I trzeba zadowolić się dotknięciem księżyca. Magdzie i Tomkowi zachciało się jednak Marsa. Ale o tym nieco później.

Powróćmy do zauroczenia i kolejnych jego konsekwencji. Z czasem bowiem wychodzi na jaw to drugie i bolesne oblicze zakochania się. Dziewczyna i chłopak odkrywają nagle, że emocjonalne zauroczenie nie oznacza li tylko wzruszeń, uniesień i godzin niczym niezmąconego szczęścia. Pojawiają się pierwsze nieporozumienia i rozczarowania, pretensje, kłótnie, emocjonalne zranienia, konflikt interesów, łzy i groźby rozstania. Czar pryska, powoli wyłania się coś realnego, prawdziwego do bólu. Miłość to nie tylko bycie ze sobą. Spacery, kino, dyskoteka, pocałunki, czułe spojrzenia i gesty - ok. ale co więcej?... No właśnie. Prawdziwa miłość jest nade wszystko znoszeniem siebie nawzajem, w cierpliwości i z głębokim szacunkiem. Bez zawłaszczanie dla siebie drugiej osoby, bez egoistycznych zabaw i manipulacji psychiką, wymiarem duchowym, ciałem...

(cdn)

9 czerwca 2010

Wisła pomieści nas wszystkich...


Końcówka „Roku Kapłańskiego”, przynajmniej na naszym polskim podwórku, zaowocowała beatyfikacją kapłana męczennika – ks. Jerzego. Dał mi Bóg szansę i łaskę wzięcia udziału w uroczystościach beatyfikacyjnych kapelana Solidarności. Byłem szczeniakiem, kiedy 37-letni ks. Jerzy poniósł śmierć męczeńską. Miałem wtedy sześć lat. W domu się o tym mówiło, choć słabo pamiętam te dyskusje i klimat ówczesnych dni. Co innego ostatnia niedziela. Pojawił się bowiem nowy patron polskich kapłanów. Ksiądz Jerzy, jego człowieczeństwo, wrażliwość i styl kapłaństwa okazują się być prawdziwym darem niebios dla nas kapłanów. Ileż możemy się od niego nauczyć…

Z całym szacunkiem do św. Jana Marii Vianneya. Benedykt XVI już niebawem ogłosi go patronem kapłanów. I dobrze. Francuski proboszcz umierał w opinii świętości. Jego przywiązanie do Chrystusa, pasterska gorliwość, ascetyczne szaleństwo, poświęcenie, umiłowanie ofiary i konfesjonału robią wrażenie. Oblicze dobrotliwego staruszka kapłana, wyniszczone ascezą, towarzyszyło nam przez wiele miesięcy. Nie wspominając już o jego wstawiennictwie, które czułem na każdym kroku. Ale teraz św. Jan Maria ma kompana, przynajmniej w moim osobistym panteonie patronów-kapłanów, i to kompana porządnego, naszego kochanego ks. Jerzego.

Pomyślałem sobie na Placu Piłsudskiego, że walka o prawdę, której tak mocno był wierny ks. Jerzy trwa ciągle i nigdy się przecież tak naprawdę nie skończyła. „Aby pozostać człowiekiem wolnym duchowo, trzeba żyć w prawdzie – mówił 31 października 1982 roku ks. Popiełuszko – Prawda jest niezmienna. Prawdy nie da się zniszczyć taką czy inną decyzją, taką czy inną ustawą. Na tym polega w zasadzie nasza niewola, że poddajemy się panowaniu kłamstwa, że go nie demaskujemy i nie protestujemy przeciw niemu na co dzień”…

Asceza, modlitwa, ofiara… To wszystko jest ważne. Ale czy mają one sens, kiedy ksiądz siedzi jak trusia, przestraszony i skulony jak pisklę, dając się zwieść wszech panującej „poprawności politycznej”? No bo o pewnych rzeczach mówić nie wypada, pewnych tematów ruszać też nie warto. Jakże smutnym jest fakt, że często, chociażby w rzeczywistości medialnej, wielu świeckich odważnie nazywa rzeczy po imieniu, dając świadectwo wiary, a pasterze?... Gdzie my jesteśmy?... Dlaczego na wielu areopagach brakuje wciąż biskupów i kapłanów, którzy jak ks. Jerzy, czy dziesiątki jego poprzedników (św. Paweł chociażby) mówiliby mocnym głosem, wskazując drogę swoim wiernym, nazywając rzeczy po imieniu?... Gdzie my jesteśmy?...

Żyjemy przecież w świecie mocno zakamuflowanych totalitaryzmów. Bezczelna jest ta „nasza niewola” i zakłamanie. Czegoś się boimy. Może samotności, której tak mocno doświadczał ks. Jerzy. Ale czy prorok z natury swej nie jest samotny? Może paszkwili się boimy, dbając o swoja popularność, dobre imię. Ale czy prorok z natury swojej nie jest „mało popularny”, bo prawdziwy, w tym jak żyje i co mówi? Czy nie po to posyła nas Chrystus, byśmy pokazywali światu jaka jest prawda i że warto nawet za cenę narażenia się pewnym środowiskom i cenę własnego kapłańskiego życia bronić najsłabszych, pocieszać odtrąconych, przywracać godność poniżonym, bronić tego, co święte i prawdziwe, bo przecież „prawda jest niezmienna”! Tak jak niezmienna pozostaje rola kapłana - proroka w narodzie, któremu zaczyna brakować męstwa. A „naród ginie – jak mówił bł. Ksiądz Jerzy – gdy brak mu męstwa, gdy oszukuje siebie, mówiąc, że jest dobrze, gdy jest źle, gdy zadowala się tylko półprawdami”.

Dlatego proszę dziś Boga, za wstawiennictwem ks. Jerzego, by potrząsnął narodem i swoimi kapłanami. Żadnych półprawd, żadnego tchórzostwa, żadnego oszukiwania siebie i innych. Tego nas uczy ks. Jerzy, jego życie i męczeńska śmierć, jego wiara i poświęcenie, jego prorocki głos i męstwo.

Miałem sześć lat, gdy wyciągano ciało ks. Jerzego z wody. Dziś mam lat trzydzieści dwa. I Bóg mi świadkiem, że przy pomocy Jego łaski zrobię wszystko, by być świadkiem prawdy. Nawet jeśli to wszystko będzie mocno bolało. Czas wyruszyć na areopagi kochani współbracia w kapłaństwie. Wisła pomieści nas wszystkich…

4 czerwca 2010

Marcie i Mateuszowi...

będziecie się szukać
i odnajdywać
słowami czułymi
przytulać
innym razem ranić
jakby nie mogło być inaczej

a On
subtelnie jak zawsze
z wyciągniętymi dłońmi
przebitymi
gwoździem czasu
bezszelestnie łączyć
was będzie
w jedno

będziecie się obnażać
ze swoich słabości
a potem ubierać
w cierpliwość
miękką jak kromka chleba

a On
w świeżości dnia
chłodzie nocy
w oddechach waszych
powstawać będzie
z martwych

będziecie się wznosić
i opadać
w szumach świętego wiatru
ożywać i umierać
jak ziarno
wrzucone w ziemię

a On
po mistrzowsku zupełnie
przechadzać się będzie
pomiędzy
i łączyć was
w jedno

na dziś
i na zawsze

_____________

Marcie i Mateuszowi... Którzy dzisiaj ślubowali sobie miłość...

2 czerwca 2010

Serce Jezusa...


Serce Jezusa jest pojemne. Najświętsze i jedyne w swoim rodzaju. Kocham te czerwcowe nabożeństwa i litanijne wezwania, z których możemy się dowiedzieć naprawdę dużo, na temat Chrystusa.

Żeby się dogadać z Francuzem, uczymy się francuskiego. By porozumieć się z głucho-niemym , „mówimy” na migi. A Bóg? Kiedy chcemy z Nim porozmawiać, zaczynamy się modlić. Kiedy modlimy się Litanią do Najświętszego serca Jezusa, rozmawiamy z samym Bogiem. O wszystkim. Bo Litania zawiera w sobie wszystko, co nasze, ludzkie, ale i Boże…

W Litanii odkrywamy Chrystusa, Jego Ojca i Ducha Świętego. Ale w litanijnych wezwaniach kryje się również prawda o nas. Bośmy ze Słowem Bożym też zjednoczeni, bośmy również świątynią Boga, bo jest w nas też wiele dobroci, miłości, cnót, cierpliwości oraz miłosierdzia. Czasami serce nasze przebija włócznia: cierpienia, samotności, lęku. Ileż jest wśród nas, ileż było serc posłusznych (woli Bożej) aż do śmierci…

Serce Jezusa, nasze serce jest i pozostanie znakiem człowieczeństwa. Kiedy wypowiadamy w perspektywie ewangelicznej słowo: „serce” mówimy „cały człowiek”. Ks. Jan Twardowski zauważył kiedyś, że sercem są także nasze oczy, nasze usta, ręce, stopy. Serce to cały człowiek. Mówimy przecież: „oczy serdeczne”, „usta serdeczne”…

Kiedy wypowiadasz słowa Litanii do Serca Jezusowego, modlisz się do Boga, który stał się człowiekiem, do Chrystusa… Modlisz się o serce, o swoje człowieczeństwo, by było serdeczne, ludzkie, miłosierne. O oczy serdeczne, dobroci i miłości pełne… Czyli o spojrzenie wolne od potępienia, nienawiści, zazdrości… O usta serdeczne, pełne słów pociechy, nadziei… O ręce aż do śmierci posłuszne, gotowe do obejmowania, do uczciwej pracy… O stopy, cierpliwe i wielkiego miłosierdzia, które cię poniosą tam, gdzie twoje miejsce…

Odmawiajmy tę Litanię często i szczerze. Odkrywajmy w naszej modlitwie – "rozmowie z Bogiem" całą prawdę o nas i o Tym, który podtrzymuje nas przy życiu, któremu tak bardzo na nas zależy…

Jezu cichy i pokornego Serca…

Chrystusowcy....

Zasadniczym celem Towarzystwa Chrystusowego dla Polonii Zagranicznej jest uwielbienie Boga i uświęcenie się poprzez naśladowanie Jezusa Chrystusa. W sposób szczególny członkowie Towarzystwa włączają się w apostolstwo na rzecz rodaków przebywających poza granicami państwa polskiego.

Duchowość Towarzystwa Chrystusowego,
wypływająca z życia zakonnego i kapłańskiego jego członków, oparta jest na charyzmacie Założyciela kard. Augusta Hlonda i posłannictwie zgromadzenia. Wypływa także z późniejszych tradycji wypracowanych przez wspólnotę, kierowanej zwłaszcza przez pierwszego przełożonego generalnego, współzałożyciela ks. Ignacego Posadzego.

Działalność Towarzystwa Chrystusowego zdeterminowana jest misją apostolską zleconą przez Kościół. Wypełniana jest poprzez gorliwe życie radami ewangelicznymi, modlitwą i pokutą oraz wszelkiego rodzaju pracami duszpasterskimi podejmowanymi dla dobra Polaków żyjącymi poza granicami kraju.

Kapłani Towarzystwa, jako słudzy Chrystusa niosą dobrą nowinę o zbawieniu wszystkim rodakom. Służą im nie tylko opieką duszpasterską, ale również kulturową i społeczną. Bracia zakonni uczestniczą w posłannictwie Towarzystwa poprzez gorliwe życie zakonne i podejmowane różnorakie prace dla wypełniania misji zgromadzenia.


Świadectwo....

...Z wiarą w Boga jest jak z lataniem. Może i nie jesteśmy ptakami, na rękach w powietrze się nie wzniesiemy, ale sny Dedala i Ikara o tańcu w chmurach drzemią w każdym z nas. Ktoś musiał zatem wymyśleć samoloty, balony, spadochrony. By poczuć trochę wolności i oderwać się od ziemi, wypowiadając wojnę poczciwemu prawu grawitacji.

Wierzyć, znaczy wzbić się - ze swoim niespokojnym sercem - w przestworza nieznane, bez skrzydeł. Myślę o tym, bo wciąż jestem świadkiem rzeczy i wydarzeń, o których jeszcze kiedyś mógłbym pomyśleć: zwykły przypadek, zbieg okoliczności, sztuczka nad sztuczkami. Kto raz spotkał na swojej drodze Boga, żywego i realnego, wszedłszy w zawiłość doświadczenia Jego obecności, ten już nigdy nie pomyśli, nawet na moment, że bez skrzydeł nie da się ulecieć w głąb tajemnicy. Niespokojne serce musi ostatecznie spocząć w Bogu...

To było 10 lat temu. Studiowałem wtedy filologię polską na Uniwersytecie Szczecińskim. Młody chłopak, z małej warmińskiej wioski, z legitymacją studencką w ręku, wylądował w dużym mieście. Zamieszkałem w akademiku. Nowe znajomości, kumple, wykłady, imprezy - życie studenckie. Wtedy w akademikach nie było internetu czy telewizji. Było za to życie towarzyskie, wysiadywanie do późnych godzin nocnych na korytarzach i w klubach studenckich. Mijały tygodnie. Wódka lała się litrami, dym palonej trawki - szwendał się bezwiednie korytarzami studenckiego organizmu. Przyszedł moment, że sięgnąłem przysłowiowego dna. Zawalone wykłady, moralność poniżej zera, pustka wewnętrzna coraz dotkliwiej dawała znać o sobie. Skreślono mnie w końcu z listy studentów. Wrak człowieka, z parszywą wewnętrzną samotnością, zawył któregoś wieczoru głęboko we mnie, ogłaszając całemu wszechświatu, że jestem prawdziwym zerem. Pamiętam ten wieczór. Leżałem w ciemnym pokoju, za oknami padał dołujący mnie jeszcze bardziej deszcz. Zacząłem płakać. Jak małe dziecko. Zerwałem się z łóżka, chwyciłem kurtkę i wybiegłem na zewnątrz. Myślałem - koniec. Jestem skończony. Co powiem moim rodzicom? Gdzieś, pięćset kilometrów stąd, harowali ciężko, by ich ukochany synek wyszedł na ludzi, ukończył studia i był szczęśliwy. Wierzyli we mnie. Dali mi wszystko, co mogli dać, odbierając sobie bardzo wiele. Szedłem tak długo, z tymi myślami. Deszcz mieszał się z moimi łzami. Pamiętam jak wtedy kląłem , przeklinałem, chciało mi się wrzeszczeć, wyć, krzyczeć, uciec gdzieś - ale dokąd? Aż w końcu stanąłem przed kościołem. Był późny wieczór. Kościół zamknięty. Uklęknąłem przed drzwiami, oparłem o nie swoje czoło i zacząłem wrzeszczeć do Boga. Potrzebowałem Go. Kiedyś słyszałem, jak w kościele mówili, że On przyszedł do chorych a nie do tych, co się dobrze mają. Cisza... Tylko deszcz i szum wiatru. Ale w tej ciszy było coś, co mnie uspokoiło. Zerwałem się z miejsca i pobiegłem do pobliskiej plebanii. Zacząłem na oślep dzwonić do wszystkich księży, tam mieszkających. Musiałem się wyspowiadać. Tak, byłem tego pewny, musiałem się wyspowiadać!!! Potrzebowałem oczyszczenia... Potrzebowałem uzdrowienia... Potrzebowałem Boga, który nie mógł mnie odrzucić. Teraz, albo nigdy! Jeśli istniejesz - wyciągnij mnie z bagna i tego piekła, które rozpętałem na własne życzenie. W domofonie usłyszałem nagle spokojny głos jakiegoś księdza. Wybuchłem płaczem...

Ten wieczór zdawał się nie mieć końca... W spowiedzi wyrzuciłem z siebie wszystko. Nie pamiętam ile trwała. Mówiłem dużo, przez łzy, ksiądz nie przerywał, tylko słuchał. Opowiedziałem historię mojego życia, wszystko, co podpowiadało mi moje niespokojne serce. Mówiłem o tym wszystkim nie księdzu, ale Bogu. Czułem, że mnie słyszy. Pomyślałem: przecież on to wszystko wie... On tak, ale i do mnie musiało to wszystko dotrzeć. Potężna fala wyzwalającej prawdy uniosła mnie i moją rozpacz, poddałem się sile żywiołu, wiedziałem, że nic mi się nie stanie. On był zbyt blisko...

Wracałem do akademika mocno wyczerpany. Wszystko mnie bolało: kości, mięśnie, głowa... Rzuciłem się na łóżko i zasnąłem. Po raz pierwszy, od długiego czasu, zasnąłem. Nie mogło być inaczej. Łaska przebaczenia uspokoiła wezbrane wody. Spałem wtulony w mojego Boga... Który mnie ocalił...

W kilka dni póżniej spakowałem się, by powrócić w moje rodzinne strony. Siedziałem w pociągu, skulony jak przerażone pisklę. Teraz czekało mnie coś najtrudniejszego. Spotkanie z rodzicami. Pociąg sunął się mozolnie, po mocno żelaznych szynach, wioząc zalęknionego syna, który zawiódł swoją matkę i ojca. Cały czas się modliłem. Od czasu do czasu w myślach pojawiała się twarz płaczącej mamy i twarz taty, z jego surowym spojrzeniem i krzykiem w tle. Był porywczym i nerwowym człowiekiem.

Gdy pociąg wjeżdżał na stację Braniewo, czekałem na najgorsze. Wyszedłem z pociągu. W oddali ujrzałem sylwetkę ojca. Zbliżałem się do niego powoli, niepewnie. Gotowy na wszystko. Na pierwsze docinki, marudzenie, może krzyk... Na pierwsze przekleństwa...

Ojciec nagle ruszył w moją stronę. Czułem w powietrzu jego siłę i moc. Spuściłem wzrok, czułem, że pod powiekami za chwilę pojawią się pierwsze łzy. Nie krzyczał... Nic nie powiedział, tylko rzucił się na mnie, oplatając mnie swymi ramionami. Ten uścisk wszedł w fazę nieskończoności. Uścisnął mnie mocno, jak gdyby nie chciał mnie już nigdy ze swoich ojcowskich ramion wypuścić. To nie był sen. To był mój ojciec, jakiego wcześniej nigdy nie znałem... Szeptał mi do ucha: synu, jak ty wyglądasz?... Znoszona kurtka, spodnie, stare buty. Cała kasa szła przecież na zabawę, alkohol, fajki, trawę... Płakałem. A on mnie ciągle ściskał. I wtedy poczułem coś, co mnie z jednej strony przeraziło a z drugiej zalało niedającym się opisać pokojem. Poczułem nie tylko ramiona mojego taty. To nie były tylko jego ramiona. W tym momencie, na peronie, obejmował mnie sam Bóg. Ojciec obejmował syna marnotrawnego... Bóg objął swoje zagubione dziecko. To doświadczenie było tak silne, tak stuprocentowe, że nawet teraz kiedy to piszę, przenika moje ciało dreszcz, zmieszany ze wzruszeniem. Tego dnia uzyskałem, jedyny z możliwych, dowód - na istnienie Boga. Dowód spłodzony w ramionach mojego biologicznego ojca...

I wtedy byłem już pewien swojej przyszłości. W objęciu Boga pojawiło się pragnienie, mocne i nie do zniszczenia. Pragnienie obejmowania ludzi zagubionych. Pragnienie szukania tych, którym brakuje sił do odnalezienia pokoju ducha. Pragnienie, by inni w moich ramionach, słowach, gestach mogli odkryć tajemnicę najpełniejszej i prawdziwej miłości, której na imię - Bóg... Jedna droga umożliwiła mi realizację tego silnego pragnienia. Wstąpiłem do zakonu. Zostałem księdzem i zakonnikiem. By Bóg mógł przeze mnie odnajdywać tych, którzy od Niego odeszli, w dalekie strony, pełne mroku i zwątpienia...

„Stworzyłeś mnie, Boże, dla siebie i niespokojne jest serce moje, dopóki nie spocznie w Tobie”. To słowa św. Augustyna. Moje ulubione, bo pełne tego, co dane mi było doświadczyć... Wiele jest historii niespokojnych serc. I wiele z tych historii rozgrywa się pośród nas, cichych i rzeczywistych do bólu... Bogu te wszystkie historie zawierzam, z nadzieją (może czasami aż nazbyt natrętną), że nie jedno serce (zagubione i niespokojne) otworzy się na łaskę wiary, by spocząć w ramionach ciepłych od prawdziwej miłości.

"Oto czynię wszystko nowe. (...) Stało się. Jam Alfa i Omega, Początek i koniec. Ja pragnącemu dam darmo pić ze źródła wody życia (...) I będę Bogiem dla niego, a on dla mnie będzie synem..."
(Ap 21, 5-7)